50 minut kuracji

Są wykonawcy, których muzyka rozwesela, potrafi człowieka rozchmurzyć, krótko mówiąc – jest lekka i przyjemna. Są też artyści, którzy wkładają duszę w to co robią i potrafią przez swoje dzieła zmusić odbiorcę do przemyśleń i wprowadzić ich w stan pewnego rodzaju psychozy, z której ciężko jest się wyrwać. Najnowsza studyjna płyta The Cure, która została zatytułowana niezbyt oryginalnie, bo po prostu „The Cure”, umacnia pozycję Brytyjczyków w tej drugiej grupie, w szeregu zespołów tworzących sztukę, mimo rozrywkowego charakteru ich muzyki.

Choć część twórczości wokalisty, Roberta Smitha jest nasycona pozytywną energią, to prawdziwy kunszt muzyczny lidera The Cure wypływa z utworów, w których zawarł swoje zagubienie, przygnębienie i niepewność egzystencjalną, nadając im tajemniczość i niewidzialną siłę, która pozwala na wczucie się w muzykę. Już od pierwszego utworu „Lost”, Smith daje do zrozumienia, że nie jest to jakaś popowa papka, której na rynku muzycznym jest coraz więcej.

„Lost” może być znakiem rozpoznawczym twórczości The Cure, bo mamy tu i wspomnianą już przeze mnie tematykę egzystencjalną („I can’t find myself / I got lost in someone else”), i genialny śpiew Smitha, coraz głośniejszy, agresywniejszy, bardziej niepokojący. Atmosfera, jakby żywcem wzięta z obrazu Edwarda Muncha pt. „Krzyk”, jest podtrzymana przez jeden z najlepszych (o ile nie najlepszy) kawałków na albumie – „Labirynth”. Tytuł jest wymowny i w pełni oddaje charakter piosenki, w której Smith stawia pytanie o istotę życia i przemijania, na początku proponując tezę, że wszystko jest stałe i niezmienne („Say it’s the same you and it always and forever is”), by na końcu odwrócić kota ogonem i skwitować swe refleksje słowami „Oh it’s not the same / This isn’t how it’s always been / Everything has to have changed”.

Pierwszym singlem z „The Cure” jest „The End Of The World”. Jest to jednocześnie najsłabszy utwór na płycie, ale tak zwykle bywa, że radio i telewizja emituje tylko to, co jest chwytliwe i niezbyt zaawansowane lirycznie, a więc kierowane do mniej wymagającego odbiorcy (powtarzające się „I couldn’t love you more” i najważniejsze wersy: „Maybe we didn’t understand / It’s just the end of the World” to troszkę pobłażliwe potraktowanie tematu), co gwarantuje większą ilość słuchaczy i potencjalnych nabywców płyty. Z pewnością jest to komercyjne posunięcie, ale na tym opiera się show-business, co jednak nie zmienia faktu, że akurat ta piosenka nie jest najbardziej reprezentatywna dla całego albumu.

Podobnym utworem jest równie melodyjny, kolorowy i troszkę przebarwiony (niczym „Friday I’m in Love” z krążka „Wish”) „Taking Off”, który ukazał się jako drugi singiel. Kawałki ciekawsze to „Us Or Them” (z szalenie wykrzyczanymi wersami: „I don’t want you anywhere near me / Get your fucking world out of my head / I don’t want your „us or them””) oraz “alt.end”, chyba najskuteczniej zapadający w pamięć. Jeśli mielibyśmy „rozkładać na części” wszystkie utwory z „The Cure”, potrzebowalibyśmy tygodni rozgryzania ich znaczenia, bo to, że liryka Roberta Smitha jest naładowana metaforami – wie każdy, kto zetknął się z jakimkolwiek poprzednim albumem zespołu. Najnowsze dzieło Brytyjczyków nie pozostaje pod tym względem w tyle.

Produkcją „The Cure” zajął się spec od metalowych wydawnictw typu Sepultura i crossover’owych, jak Korn czy Limp Bizkit – Ross Robinson, co wbrew pozorom wyszło płycie na dobre, bo usłyszeć można tu momentami szorstkie gitary i głęboki, wyróżniający się na tle innych dźwięków bas. Muzyka stała się wielowymiarowa, czego na poprzednich płytach nie dało się usłyszeć, a także zdecydowanie ostrzejsza. Do kwestii wokalnych, Robert Smith podszedł w sposób bardzo ekspresywny – tak przejmującego wokalu nie było słychać u niego chyba nigdy.

Wydaje się, że tytuł albumu to strzał w dziesiątkę, bo płyta jest jakby podsumowaniem całej twórczości The Cure. Mamy tu zlepek różnorodnych kompozycji, które mogłyby się znaleźć na poprzednich płytach zespołu: od kawałków wesołych niczym „Mint Car” z „Wild Mood Swing”, przez melodyjne rodem z „Japanese Whispers”, aż po trudne w odbiorze, jak na „Disintegration”. „The Cure” nie jest może albumem perfekcyjnym, choć z pewnością jest pretendentem do miana jednego z ważniejszych w 2004 roku. Smith częstuje nas kolejną porcją niepokoju i tajemniczości, choć czasem słychać wyraźnie, że komercyjne, miłe dla ucha melodie również znalazły swoje miejsce na albumie, co jednak nikogo w dzisiejszych czasach nie powinno dziwić. Najważniejsze, że w przeważającej części materiał na „The Cure” jest majstersztykiem muzycznym, świetnie zaśpiewanym, wspaniale wyprodukowanym i nie pozbawionym magii znanej z wcześniejszych dokonań grupy. Dla fanów – pozycja obowiązkowa, dla reszty – świetny dowód na to, że na szczęście muzyka nie kończy się już tylko na hip-hopie.

Marek Staszewski
Recenzja ukazała się w Magazynie Kultury Popularnej „Esensja” 31 maja 2005 r.

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone