74 minuty w muzycznym oceanie chłodu

Siódmy album znanego już na cały świat The Cure, to pod wieloma względami innowatorskie dzieło grupy. Przede wszystkim „Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me” to jeden z najbardziej znanych i cenionych w całej twórczości zespołu album, dodatkowo był to pierwszy krążek, który przyniósł im zaszczytne miejsce w pierwszej czterdziestce zestawienia Billboard. Po za tym to pierwsze dzieło tej formacji porywające nas swą muzyką na przeszło 74 minuty. Choć może wydawać się to męczące zanurzmy się, w muzycznym oceanie chłodu, psychodelii i alternatywy, a być może już niebawem odkryjemy zdumiewający fakt, że muzyka zamiast nas męczyć, odpręża i pomimo swej prostoty wręcz powala pięknem.

Na płycie znajdujemy aż 17 różnorodnych kompozycji. Mamy tutaj dziwną, psychodeliczną gitarę elektryczną, klawisze, z których wylewa się wręcz duch czasu, jak również klasyczne smyczki czy trąbkę – jednym słowem cała gama różnobarwnych instrumentów, którym to zawdzięczamy fenomen tej płyty.

Już począwszy od utworu numer 1 – psychodelicznego „The Kiss” – wszyscy niedowiarkowie dostają po łapach. The Cure tworzy tutaj kompozycję niezwykłą, głównie, dlatego że większość utworu jest instrumentalna. Nie, nie, nie mam nic do zarzucenia wokalowi Roberta Smitha, a wręcz przeciwnie. Kiedy zalani po czubki uszu niesamowitym dźwiękiem gitar nagle atakowani jesteśmy przez jego słowa wręcz napęczniałe od ładunku emocjonalnego nasz zachwyt osiąga apogeum. Następny utwór krótko mówiąc pozwala nam na powielenie wspominanego przed chwilą zachwytu, choć muzyka w „Catch” jest z goła inna. Mamy tutaj do czynienia raczej z sielankową kompozycją. Efekt ten, grupa otrzymuje łącząc delikatny może troszeczkę przesadzony wokal z przewijającymi się przez cały utwór smyczkami. Dalej grupa zabiera nas w podróż po pejzażach malowanych charakterystycznym głosem Smitha i ciepło brzmiącą gitarą. Utwory brzmią świetnie, ale moją uwagę i tak zwraca dopiero „How Beautiful You Are”, osiąga to zaś swoim wstępem, w którym pobrzmiewa nawet dźwięk harmonii. Dalej częstowani jesteśmy w miarę szybkim tempem i tradycyjnym już nieco głupawym ale jedynym w swoim rodzaju wokalem. Końcówka kawałka to wspaniały smyczkowy pomysł, to miejsce w piosence jest szczególne, chociaż rytm nadal zaprasza nas raczej do radosnego pląsania to ten klasyczny element przynosi nam namiastkę romantyzmu i zadumy.

Klimat lekkiej psychodelii wprowadza znowu „The Snakespit”, który zwłaszcza pod koniec rozbrzmiewa dźwiękami trudnymi do zdefiniowania, czym przykuwa uwagę i wprowadza w lekki trans, z którego przebudzamy się dopiero, kiedy pokój zalewają pierwsze dźwięki „Just Like Heaven”. Utworu tego obdarzonego duszą raczej rozrywkową słucha się całkiem przyjemnie i lekko. Zupełnie inaczej rzecz się ma z kolejnym kawałkiem, moim zdaniem obdarzonym jak dotąd na płycie największym ładunkiem emocjonalnym. Mowa o „All I Want”. Nie będę się tutaj wypowiadał o muzyce, która oczywiście brzmi tak jak powinna i niczego jej nie brak, gdyż najmocniejszym ogniwem tego utworu jest moim zdaniem wokal. Zwrotki są tutaj śpiewane z pasją, wyraźnie słychać być może tylko celowe utożsamianie się z tekstem, a dodatkowo przy okazji tej ścieżki odkryłem w sobie dość duże zamiłowanie do śpiewów z akcentem typowo angielskim.

Nie rozwodząc się bardziej na temat kapitalnego głosu Roberta, przechodzę dalej omijając po drodze – wcale nie z powodu mniejszej wartości muzycznej – takie utwory jak „Hot! Hot! Hot!”, z którego wyraźnie czerpali Red Hot Chilli Peppers tworząc jeden ze swoich przebojów „Can’t Stop”, czy „One More Time” pachnący tak wspaniałymi progresywnymi dokonaniami jak te sygnowane przez samego Mike’a Oldfielda, by zatrzymać się w końcu przy „Like Cockatoos”, a więc kolejnej psychodelicznej bombie na krążku. W miarę jak zbliżamy się do końca całości te spośród utworów, które śmiało da się podpisać mianem psychodelii stają się coraz bardziej dziwaczne, coraz bardziej pełne nieokiełznanych dźwięków wdzierających się z różną prędkością do naszego mózgu czasem, na szczęście rzadko siejąc niezłe spustoszenie.

Robiąc ogromnego susa nad jazzowym „Icing Sugar”, któremu nie brak również nieco psychodelicznego wydźwięku, oraz „The Perfect Girl”, który obok „Just Like Heaven” jest chyba najbardziej przyjemną, lekką i niezmuszającą do zbytniego myślenia kompozycją, lądujemy u progu „A Thousand Hours” – utworu, który swoją melodyką jest zdolny podnieść każdego na duchu. Jeśli zaś chodzi o przedostatnią ścieżkę, to należy ona chyba do najszybszych piosenek z krążka. Jak w przypadku „Icing Sugar” wyraźnie odciska swoje piętno tutaj trąbka, jest ona jednak bardziej dziwaczna i ekspresyjna. Krótko mówiąc ten kawałek to jedna wielka wariacja jazzowa.

Kończąc swoją przygodę z „Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me” odpalam ostatni, 17 utwór „Fight”. Wita mnie tutaj raczej popowy rytm niż perkusyjna gra, po chwili pojawiają się delikatne klawisze i wokal Smitha jak zwykle doskonale współgrający z muzyką. Refren okazuje się na tyle banalny, że zapamiętuję go już po dwóch przesłuchaniach. Utwór kończy się w dziwny jak dla mnie sposób, zważywszy na to, że to ostatni kawałek z płyty. Rozwleczony jęk Smitha, kilka klawiszowych akordów i głucha cisza, po chwili przerwana przez dźwięk wysuwającej się kieszeni. Tak, przygoda z „Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me” – niesamowitym dziełem łączącym w sobie niespotykane mnóstwo instrumentariów – dobiegła końca, oczywiście nie na długo…

Ketzer
Recenzja znaleziona w serwisie DarkPlanet.pl

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone