Aachener Zeitung: Święto przyjaźni z dużą dawką melancholii.

Sierpień 2005 r.

The Cure uszczęśliwili w niedzielę w Wuhlheide w południowo-wschodnim Berlinie tysiące fanów swoim, jak dotąd jedynym w tym roku, koncertem w Niemczech.

Wuhlheide – na co dzień miejsce uczęszczane przez spacerujące rodziny i osoby uprawiające jogging, już po południu zaroiło się od 12 000 przeważnie ubranych na czarno osób, które zmierzały w stronę amfiteatru w byłym parku pionierskim, aby zobaczyć swoich ulubieńców.

Trzy grupy supportujące zespół próbowały za pomocą mrocznej, podobnej brzmieniowo do The Cure muzyki, walczyć z promieniami słońca. Ale nawet elegijne brzmienie Cranes, zespołu, który już kiedyś, 13 lat temu, towarzyszył w trasie The Cure, nie zdołało stworzył właściwego nastroju.

Frontman The Cure wyszedł pośród szalonych owacji na szczęśliwie skąpaną już w mroku scenę pół godziny po zachodzie słońca, około 20.30. Zwykłe „Hello” i w wypełnionej w dwóch trzecich arenie zabrzmiała pierwsza piosenka gitarowego albumu Wish, rozpoczynając show.

Utwór otwierający oddawał nastrój całego koncertu – było bardzo rockowo, co zawdzięczamy z pewnością ostatnim zmianom w zespole. Odkąd Perry Bamonte i Roger O’Donnell postanowili w maju pójść własną drogą, w składzie The Cure nie ma klawiszowca. Fani zostali jednak wkrótce potem miło zaskoczeni, gdy lider Smith ogłosił powrót do zespołu gitarzysty i równocześnie współzałożyciela grupy Porla Thompsona. Jego występ w Wuhlheide, włączając w to błyskawiczną zmianę gitar po zerwaniu się struny, potwierdził że jest on wprawnym muzykiem.

Jak często w przypadku występów The Cure, wielu fanów przyjechało na koncert z daleka. W Wuhlheide można było usłyszeć barwny gwar różnorakich języków i dialektów. Także rodziny z nastoletnimi dziećmi wybrały się na koncert w odpowiednich Cure-koszulkach.

Około dwie i pół godziny Smith, Thompson, basista Simon Gallup i perkusista Jason Cooper prezentowali wiele znanych hitów oraz najnowszych piosenek, jak zwykle nie robiąc większych przerw ani scenicznego show. Zespół wydawał się być w, jak na siebie, ekstremalnie dobrym humorze: Smith kilkakrotnie rozmawiał krótko z publicznoscią, a nawet pokazał przy klasycznym „A forest” swoje rzadko ujawniane zdolności taneczne.

Wydawało się, że prawie punkowa wersja pierwszego, już dwudziestopięcioletniego singla „Killing an arab” będzie ostatnim utworem wieczoru, jednak Smith zapowiedział jeszcze jedną piosenkę i zmianę nastroju. Fani zostali na koniec porywającego występu pożegnani przez Mistrza melancholijnym „Faith” oraz niezwykłą obietnicą: „Do zobaczenia w następnym roku na trasie promującej nowy album” oznajmił Smith, i nawet się przy tym uśmiechnął.

tłum. bflower, pomoc: Kuba

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone