Berlin, Kindl-Buehne Wuhlheide, 28.08.2005

Teraz JA! Nie będzie po kolei, ale chaos mam w sobie do teraz więc…
Koncert w Berlinie, po dwóch występach w Polsce, które dane było mi przeżyć na przestrzeni ostatnich dziewięciu lat, od momentu, kiedy okazało się, że jadę, stał się zwieńczeniem reszty spełnionych marzeń. A jaśniej – brakowało mi do pełni szczęścia, właśnie występu na świeżym powietrzu, z supportami. I spełniło się…

Byłem zajęty integrowaniem się z Szanownymi Forumowiczami podczas występów zespołów rozgrzewających, więc niewiele mądrego i klarownego mogę napisać. Jedno zauważyłem i odczułem – dobór supportów nie był większym zgrzytem, a koncert Cranes miał w sobie sporo cudownej magii i uroku. Mankament w miejscu, w którym takie klimaty giną i są rozpędzane przez znudzoną publiczność. Powinni grać w salach na 1000 osób, wtedy by się sprawdzili kompletnie. Mnie się podobało, mimo, że jak wspomniałem byłem zajęty…
Po Cranes podniosłem swój kościsty tyłek (a fajnie się siedziało…) i ze Znajomymi przedarliśmy się pod scenę, w okolice niebezpieczną dla ciała, ale fantastyczną dla oka – tym bardziej wspomaganego grubym szkłem. I zaczęło się…

I skończyło się!

Początek był najbardziej emocjonujący, bo widok Roberta i pierwsze dźwięki sprawiają, że woda zalewa ślepia, a serce rwie się i bije jak oszalałe. Przy FTEOTDGS wiedziałem, że jestem w odpowiednim miejscu, by tęsknić; to było pierwsze załamanie systemu nerwowego tego wieczoru;
już za chwilę nastąpiło drugie – najpoważniejsze i najistotniejsze – a mianowicie, zespół podarować mi perłę, o której po Katowicach i Łodzi śniłem, by w końcu zagrali. I zagrali… The Figurehead, nie będę teraz się zagłębiać, dlaczego TEN utwór, no ale mój nick forum The Cure nie jest przypadkowy. Zasadnicza część koncertu przyniosła inne niespodzianki. A Strange Day – malowniczo – tunelowy; melancholijny i nudnay A Letter to Elise; rewelacyjna końcówka, z The Baby Scream;100 Years i Shiver and Shake na czele; End na koniec i pierwsze poważne rozczarowanie, że tak szybko to wszystko minęło…
At Night sprawił, że rozczarowanie minęło, ustępując miejsca, kolejnemu emocjonalnemu uniesieniu i pojawieniu się wrażenia zupełnego opuszczenia – rozstania. M; Play For Today i A Forest podtrzymały to uczucie i były ścianą dźwięku, przez którą nie mogła się przebić myśl, że koniec jest tak blisko…
Początek 3IB powalił mnie nie tylko wrażeniem, tym, że się pojawił, podobnie jak chwilę później wspaniały i rewelacyjnie zagrany Grinding Halt, ale przytłaczającym wręcz poczuciem utraty czasu i świadomości minionych chwil. Czasu, który skurczył się obrzydliwie – chwil, których uroku i piękna, nie zdąrzyłem w pełni objąć, zatrzymać…

Faith po raz trzeci, Katowice – najwspanialszy; Łódź – z niemiłą awarią mikrofonu, podczas której nie dowiedzieliśmy się wszystkiego, co chciał nam przekazać Mistrz, no i Berlin – doskonale oświetlony, muzycznie i tekstowo – odbierający wszelką nadzieję. Na cokolwiek. Bez wiary… But there’s nothing left… Nie pozostało nic…

Starałem się napisać poprawnie. Niepoprawnie, przy całej fanatycznej swej miłości do zespołu, napiszę krótkie podsumowanie. Otóż powtarzalność utworów na kolejnym z koncertów, jest momentami nie do zniesienia. Mogli by pofatygować się o bardziej urozmaicony repertuar. Gitarowo i dość ostro, ciężko i momentami zbyt hałaśliwie (vide. Us or Them;) robi ciekawe wrażenie, ale przyznam bez bicia, że klawisz by się jednak przydał. Szukając dziury w całym tym fantastycznym wydarzeniu, dodam, że koncert, nie równał się z trzęsieniem ziemi palpitacją serca w Spodku, czy też potokiem łez wylanych podczas Bloodflowers w Łodzi, gdzie towarzyszyła mi moja Cudowna, wtedy jeszcze nie-żona, Wierzba, a teraz Jej zabrakło niestety…
Dlaczego?
Nie było aż tylu momentów, było zbyt monotonnie, hałaśliwie, przewidywalnie, było zbyt krótko, w porównaniu z Węgrami chociażby…(Mam na myśli soundcheck który dostali fani)
No i na sam koniec bardziej pozytywnie i optymistycznie.
Wspaniale było, pomimo … zobaczyć i usłyszeć ICH po raz trzeci.
Wspaniale było poznać nareszcie osobiście Zajin; Alexcure; Moderatorkę; Szanownego współpasażera Curehere’a (do zobaczenia w Bydzi na zlocie!); 10thMarcina-Admina (przydałoby się więcej czasu i piwa…); Kamila z Michelle… i Wszystkich, których zapomniałem wymienić serdecznie i gorąco pozdrawiam. Specjalne pozdro dla Qr Wishfull Thinker – następnym razem się uda…
Czekam na czwarty… I następne. Nigdy Im nie odpuszczę?.

I tyle ode mnie. Za tydzień albo za dwa możecie mnie zapytać jak było i pewnie będę gadać = pisać co innego. Ale NAJWAŻNIEJSZE było – The Figurehead. Dostałem co chciałem.

s’the figurehead 

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone