Berlin, Kindl-Buehne Wuhlheide, 28.08.2005

Koncert wspaniały… inny… dziwny… mocny.. uroczy…

Do tej pory twierdziłem, że nie będzie mi brakować klawiszy bo lubię gitarowe cure…i powrót czarodzieja Porla odebrałem z wielką radochą. Jednak gdzieś tam co jakiś czas musiałem sobie donucić klawisze i nie wiem czy one w Lullaby naprawdę pojawiły się na początku utworu w postaci 4 dźwięków czy był to tylko twór mojej wyobraźni?? Może ktoś słyszał również tego sampla? Nieważne…w każdym bądź razie czarowali na tych gitarach przepięknie. Wgniatali mnie w glebę i wyciągali….a ja płynąłem w tych dźwiękach niczym Otylia po swoje złoto. I sam nie wiem kiedy to się zaczęło i kiedy skończyło. Do tej pory trudno mi poukładać to wszystko w jedną całość. Po koncercie znajomi mówili mi, że fajnie zagrali Friday I’m In Love (nie ładnie tak się nabijać ze starego wyliniałego cure’a) a ja nie mogłem się przeciwstawić bo nie mogłem sobie przypomnieć niczego. I tak sobie dreptałem do samochodu przypominając poszczególne rzeczy próbując zapamiętać, żeby tylko gdzieś bezpowrotnie nie uleciało.

I tak sobie zakodowałem:

Początek… szczęśliwy czekałem na Open… już słyszę sampelek Tape , który im nie wyszedł, ale już wiedziałem, że będzie open..teraz tylko czekałem na Simona aż rozetnie basem te kłęby dymu. No i JEST!…A Porl co on na tym gryfie wydziwiał. , potem Fascination street….kurcze ale to miało kopa…byłem tak naładowany, że przy FTEOTDGS (kocham ten utwór) emocje były tak duże że nie wytrzymałem i ryczałem jak bóbr. Alt.End koncertowo duzio duzio lepiej niż na płycie. Zresztą wszystkie utwory grane z nowej płyty koncertowo wypadają bardzo fajnie. Bardzo chciałem usłyszeć Lost. Niestety nie dane mi było. Ale za to Us or Theme rewelunia… bardzo punkowo, mocno. A czy ktoś widział napis na basie Simona… SEX PISTOLS !!!

The Blood…czerwono ..czerwono…czerwono….uwielbiam te gitary.
The End Of The World… wspaniale Robert śpiewał tego wieczoru ale w Benicassim chyba zaśpiewał lepiej ten utwór. Ale nie ma co narzekać. Bałem się żeby nie zaśpiewał tak jak 18-08-2005 w Avanches -co on miał z tym głosem tam UFF.
Inbetween days – wspaniale, że to zagrali. Ludziska się tak ruszyli że znalazłem się pod samą sceną (kolejno piąty, czwarty i trzeci od barierki)i dzięki temu mogłem zobaczyć jak Robert przewraca oczyma i takie tam:-).
Shake dog shake – ależ to było wspaniałe, ale po tym Rob nie dał odpocząć i Us or them.
The figurehead, A Strange Day – Kolejne prezenty – ostatnio to nie mogę się uwolnić od bębnów Figurhead i cały czas sobie wystukuje w co tylko popadnie paluchami drażniąc przy tym Beatkę. A strange day to słuchałem kiedyś non stop i mam do tego ogromniasty sentyment. Tu zagrany bardzo fajniutko…te solóweczki.

Z całej pornography to brakowało mi utworu tytułowego. Może kiedyś usłyszę to na żywo.
Push , Just Like Heaven -zrobiło się znowu wesoło puszyliśmy się przy tym cudnie długim początku i fajnie wszyscy śpiewali …go!go!go! a potem jak to w niebie.
A Letter To Elise – bardzo lubię ten utwór ….Elis wie dlaczego. (pozdrawiam ciepluchno)…i tak sie zadumałem, że nie pamiętam jak tam
Lullaby – tak jak pisałem słyszałem na początku smyczki… sam nie wiem… może Porl coś wyczarował. No i ten taniec Roberta palcami na statywie… pająki łaziły i po mnie.
Never Enough – ale mocno…ale szybko…Porl znowu poczuł się jak ryba w wodzie (Brawo, brawo)
Signal To Noise –poprawnie ale Rob mógłby w te miejsce wsadzić coś innego mógł wybrać coś z tego: Fight , Kiss, Doing The Unstuck…czy też Lost… a najlepiej to Disintegration, a jeszcze lepiej to wszystko.
The Baby Screams -nie sądziłem, że na żywca to tak może brzmieć. Płytowa wersja nigdy nie robiła na mnie wrażenia.Super Robert…to był naprawdę niezły krzyk
One Hundred Years – słyszę automacik… tak to na pewno to! I te stroboskopy…no to można zwariować
Shiver And Shake – super zaśpiewane i zagrane, jeszcze przez pół end drżałem i trząsłem się.

1 BIS – no fajniutki fajniutki ten bisik…
At night ciężkie… mocne… genialne…
Play For Today czy ktoś nie śpiewał? Od pewnego czasu, ktoś obok mnie cały czas krzyczał Fire In cairo… widocznie nie miał szczęścia tego dnia… ja krzyknąłm A forest… koncert życzeń? A przy tym jak zieloniutko… jak to w lesie.

2 BIS – coś za słodkie starocie a brzmiało tak nowo. Przy Killing An Arab mam wrażenie że Simon się odrobinę spóźnił z wejściem i całą solóweczkę przyspieszył i Janson musiał inaczej wejść… albo mi się tylko wydaje w każdym bądź razie później się śmiali do siebie.

3 BIS – czuję, że to ostanie wyjście na scenę… myślę faith… i jest… i wiem, że to już koniec koncertu. Robert ma problemy z odsłuchem i coś mu nie idzie na początku… ale później pokapało mu się z oczu i pewnie nie jednemu też… a ja się kołysałem… mając nadzieje i wiarę, że to się nie skończy….

Podsumowując był to inny koncert niż te do których gruby nas przyzwyczaił. Brakowało mi tu show, żadnych projekcji, latających ośmiornic, koników, gwiazdek i takich tam pierdół… Brzmieniowo bardzo fajnie, ale jednak te klawisze Panie Robercie to mógłbyś dorzucić.

Mam nadzieje, że za rok się poprawi.
Czekam z niecierpliwością… może w przyszłym roku zacznie trasę od Spodka… a skończy na Łodzi… nie mam nic przeciwko.
No cóż coś z tych skołatanych myśli skleciłem. Pewnie jutro bym napisał zupełnie co innego.

P.S. A i niech Wam się nie wydaję, że Robert patrzył na Was… on patrzył i machnął do mnie… ;-)
Pozdrawiam WAS wszystkich bardzo bardzośnie

cureben

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone