Bezbłędnie – relacja z Łodzi

We wczesnym dzieciństwie byłem prawdziwym peniaczem. Bałem się odpustowych pająków poruszanych pompką, wszelkich klaunów, czołówki 997, a z kolei przeogromny pokaz fajerwerków, na którym byłem w Kolonii, w całości przepłakałem i to bynajmniej nie ze wzruszenia. 20 października sytuacja na Atlas Arenie wyglądała zgoła inaczej, bo tam obawiałem się tylko tego, że każdy z muzycznych wystrzałów The Cure, może okazać się powojennym niewypałem. Spodziewałem się spotkania z podstarzałym idolem, któremu fragmenty makijażu będą stopniowo odpadać z twarzy, tak jak tynk z kamienic na Łódzkim Polesiu, a z klasycznej czupryny w pewnym momencie wyfrunie ptaszek z teledysku do “Burn The Witch” Radiohead.

Tego, że zespół ma w Polsce rzeszę fanów, nie trzeba nikomu udowadniać, hala pękała w szwach, fani z biletami early-entrance, mimo intensywnego deszczu, stali przy wejściu od wczesnych godzin porannych, a gdy bramy w końcu zostały otwarte, wszyscy biegli w zabójczym tempie pod same barierki przed sceną, niczym chciwi klienci szarżujący po damskie torebki w Lidlu. Wszystko obserwowałem na żywo, bo miałem przyjemność być na płycie już w okolicach godziny 16, gdy muzycy mieli jeszcze próbę dźwięku. To niesamowite uczucie, kiedy jeden z twoich ulubionych zespołów gra dla praktycznie pustej hali sportowej gotowej pomieścić 15 tysięcy osób, ponieważ wtedy czujesz się, jakby robili to tylko i wyłącznie dla ciebie, a fakt że grali “Last Dance”, czy “Out Of This World“ otwierające Bloodflowers, tylko potęguje to wrażenie, bo później nie znalazły one miejsca na właściwej setliście.

Tak samo jak 2008 roku na Warszawskim Torwarze, cały karnawał rozpoczęło “Plainsong” i dziś nie potrafię sobie wyobrazić żalu Czechów, którzy dwa dni po nas w Pradze, w ogóle nie zostali uraczeni otwieraczem jednej z lepszych płyt w całym dorobku muzyków z Crawley. Nie dość, że ich dowolny koncert to prawdziwy bieg długodystansowy, czyli 3-godzinna podróż po dyskografii, tak naprawdę zawsze słyszymy set na swój sposób unikatowy, zapełniony innymi numerami w różnych konfiguracjach. Wydaje mi się, że mieliśmy szczęście, trafiając na jeden z lepszych wariantów, który zawierał akcenty z niemal każdego okresu twórczości tych smutnych kolesi, z dużym naciskiem na 1989 rok, co wcale nie jest takie oczywiste, bo zespół często pomija wspaniałe utwory z Disintegration, jak chociażby “Closedown”, czy utwór tytułowy. Tak więc czego najbardziej mi brakowało? Chociaż jednego indeksu z surowego Three Imaginary Boys, a to wielka szkoda, bo subiektywnie “Grinding Halt”, “Object”, czy “Fire In Cairo” to zawsze pewniaki na moich listach “The Best Of The Cure”. Nie wiem skąd to pominięcie dziś dość zapomnianego materiału? Może Robert nie lubi już brzmienia najtańszych gitar? Kilkukrotnie słyszałem żartobliwe komentarze na temat opasek dla ludzi z biletem na golden circle, które były jaskrowo-różowego koloru, czyli rzekomo niepasujące do mrocznej aury. Myślałem wtedy “Ludzie! To na pewno nawiązanie do różowej okładki debiutu”, która przedstawia sprzęt RTV/AGD, do dziś budzący zazdrość u wszystkich gospodyń domowych. Mimo tego rozczarowania, uważam, że tylko prawdziwe die-hardy opuściły halę z niedosytem.

Robert Smith trzymał się całkiem nieźle, choć nigdy nie nazwiemy go showmanem, ale tak naprawdę czy ktoś tego wymagał? Jeśli już się ruszał po scenie, byłem pod wrażeniem, bo to wcale nie przypominało zwykłych kroków – on płynął, snuł się jak kot. Niewiele mówił między utworami, ograniczył się do połamanego “cześć” i “dzięki”, ale jego każde głębokie spojrzenie w publikę uznaję za najlepszą mimiczną choreografię. Tylko Simon Gallup mógłby zaopatrzyć się w telefon z załączonym Endomondo, bo gibał się jak szalony z basem zawieszonym nisko jak u jakiegoś Paula Simonona. W tej wstrzemięźliwości na scenie próbuję odnaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego grają tak długo? Przecież nikt nie może ich zmuśić, by wychodzili na bis aż trzy razy. Może zamiast suchego zabawiania głupią gadką, zespół introwertycznie dziękuje swoim fanom po prostu tym, że wciąż są obecni, grają dalej dla tych kilku tysięcy osób na sali. A jak grają? Niestety niektóre utwory brzmiały mizernie. Robert Smith ma już swoje lata i czasem po prostu nie trafia w dźwięki, czy nie nadąża śpiewać zwrotek, jak chociażby w “Boy’s Don’t Cry”, które mimo mojego uwielbienia, wykonano ociężale, bez wigoru. Swoją drogą na Atlas Arenie widziałem Muńka “Cześć Graham, jestem Ziggy” Staszczyka, który najwyraźniej przyszedł głównie dla tego utworu, ale być może też dla innych piosenek, które zainspirowały go do napisania wersu: “mówisz życie jak cukierek, gorzkie jest czasami”.

Od początku do końca czułem się dobrze, choć zdarzało się kilka pojedynczych negatywnych wyjątków jak odpustowe “The Walk”. Bywało jednak błogo, ale trochę mi głupio, że tylko raz z definicji “doznałem” i było to raczej spowodowane ilością mocnych tytułów z rzędu, a nie jakością wykonania. “Lovesong”, potem “Friday I’m In Love”, ze strasznie kiczowatą wizualizacją serduszek na telebimach. Nie wierzyłem, że po dwóch flagowych singlach jeszcze raz pójdą za ciosem, myślałem, że trochę zwolnią, prezentując coś spokojniejszego. Wtedy usłyszałem pierwsze dźwięki “Just Like Heaven”, a na moich rękach w zgodzie z tytułem pojawiły się ciarki, choć przyznam, że ostatnio częściej wracałem do wersji Dinosaur Jr. Bardzo dobrze wspominam “Fascination Street”, „Lovecats”, w “Lullaby” Gallup swoją partią posmyrał wszystkich po brzuchu, ale to wciąż było tylko dość udane odegranie utworów tak jak na płycie – rzadko coś więcej. Nowy utwór „It Can Never Be The Same” zaskoczył mnie Ride’owską ścianą dźwięku na początku, ale z czasem wszystko się rozmyło rodząc kolejny podobny do innych numer The Cure, który zadowoli fanów, recenzenci nie będą mogli szczególnie z nim pojechać, ale tak naprawdę ani nie zmieni świata, ani spojrzenia na całość dyskografii.

Nie mnie oceniać, czy nagroda „Wychowawcy Roku” należy się rodzicom Roberta Smitha, którzy w 1970 roku pozwolili wówczas jedenastolatkowi pojechać 120 kilometrów od Crawley w kierunku festiwalu „Isle Of Wight”. Jeden ze swoich ostatnich koncertów zagrał tam Jimi Hendrix – jego Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty. Wbrew temu co błędnie podaje Wikipedia, Richard Carman w biografii Smitha napisał, że ten z niewiadomych przyczyn wcale nie dotarł na występ, czego wciąż nie może sobie wybaczyć. Dziś cieszę się, że nie popełniłem podobnego błędu i postawiony przed możliwością przejechania zaledwie czterech przystanków tramwajem na koncert jednego z moich ulubionych zespołów, skorzystałem z okazji. Zdecydowanie było warto.

Artur Kasprzycki

 

Recenzja pochodzi z niezależnego portalu muzycznego Porcys.

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone