Concert – recenzja kwalifikowanego producenta

Wstęp
Ten album nawet w momencie tworzenia nie był przewidywany na opus magnum The Cure. Raczej jest to taka pocztówka dźwiękowa, która usiłuje udowodnić wszystkim naokoło: patrzcie ludzie, ciągle istniejemy. Nie jesteśmy tylko jakimś tam dwuosobowym projektem studyjnym.
Jesteśmy Zespołem pełną gębą i możemy grac porządne koncerty nawet bez ważnych
muzycznie muzyków z przeszłości.

Niestety to wydawnictwo nie ma szans, żeby być wielkim z tym łatanym składem. Phil Thornalley może się nauczyć piosenek i grać je bez błędów, ale nic poza tym. On nie jest w stanie zrobić z tego niezapomnianego wykonania.

Andy Anderson to dobry perkusista. Na pewno zagrał wiele niezapomnianych partii  u innych artystów, ale nie na pewno nie w utworach z ‘mrocznej trylogii’. Raz gra za szybko, innym razem za wolno. Widać, że stara się jak może ale to nie wystarczy.
To nie są jego klimaty.

Na klawiszach mamy ‘łatwego do zastąpienia’ Lola Tolhursta, którego nie było gdzie schować na scenie, więc stanął za klawiszami.

Aha. Mamy też w składzie wschodzącą gwiazdę: ‘Porla’ Thompsona. Oprócz ratowania Lola na klawiszach, gra na saksofonie. Niestety, ledwie słychać jego charakterystyczną gitarę, ale na to przyjdzie jeszcze czas.

1) ‘Shake Dog Shake’
Album zaczyna się od zdawkowego ‘hello’ i następuje znany już
z ‘The Top’ perkusyjny rozbieg. Nigdy nie lubiłem tego utworu.
Taki pseudogotyk. Tu poprawnie wykonane, ale to tyle.

2) ‘Primary’ dobrze jest, ale ogień można usłyszeć w ‘In Orange’
a przede wszystkim w ‘Show’. Tempo żwawe, perkusja też ok,
ale gitara mogłaby coś więcej tu poczynić.

3) ‘Charlotte Sometimes’
Wersja ‘lata 80te’. Jednak nic nie pobije wersji z ‘Paris ’93’.
Lol zdaje się nie gra tu tej dość trudnej jak na jego możliwości partii klawiszowej.
W składzie pojawił się już Porl Thompson i zapewne
on wykonuje główny motyw maskując drugie klawisze.

4) ‘Hanging Garden’
Lol gra pojedyncze dźwięki. Niewiele więcej by tu pasowało.
Niech więc sobie gra, te mocarne akcenty i uwznioślenia.

5) ‘Give Me It’
Wreszcie Porl na wariackim saksofonie! Niestety basik Thornalley’a gra
tu tylko poprawnie, normalowato. Nie ma tu pięknego rąbnięcia pod koniec,
które słyszymy w wykonaniu Gallupa na ‘In Orange’.

6) ‘The Walk’
Partie klawiszowe brzmią momentami jakby grane na gitarze.
Nie, to nie gitara, choc byłoby ciekawie.

7) ‘One Hundred Years’
Perkusja za szybko, więc ciężar i klimat trochę się rozmywają.
Jest wiele lepszych wersji tego utworu.

8) ‘A Forest’
I podobnie jak ze ‘100 lat’. Dobrze odegrane a nie wykonane.

9) ’10:15 Saturday Night’
Thornalley to zdolny uczeń. Nauczył się nutka w nutkę ‘skrzypiących drzwi od starej szafy’, czyli oryginalnej solówki Dempsey’a.
Zamiast tego, mógł jednak wymyślić coś jeszcze lepszego.

10) ‘Killing An Arab’
I ostatnia piosenka. Ciągle grane jako ‘Arab’ a nie ‘kolejny’.
Poprawnie.

Podsumowanie
Sam jestem muzykiem i ‘kierownikiem’ zespołu, więc jestem w stanie zrozumieć zmagania Roberta gdy musiał znaleźć muzyków nie tylko dobrych, ale też z pasją. Nie jest to wcale takie łatwe, nawet jeśli ma się dostęp do bazy danych instrumentalistów z całego świata.

Talent, charakter, charyzma to nie jest coś czego można się nauczyć. Jednak pomimo tego, ten album powinien być dłuższy i zawierać zapis z całego koncertu, z jego mocnymi punktami ale też i słabymi momentami.

Na bootlegach z tego okresu, można usłyszeć całkiem dobre wersje kawałków nigdy nie wydanych oficjalnie, jak na przykład ‘The Top’ (ponury, ale mądry utwór ze wspaniałym przekazem dla wszystkich z ambicjami – ‘szczyt to miejsce gdzie nikt nie dociera’, osiągasz jedna upragniona rzecz i chcesz zaraz druga), który był grany zaraz obok ‘A Forest’.

Andy Anderson w roli perkusisty grał o wiele ciekawiej nowe utwory z okresu ‘fantasy singles’. Rzeczy, które nie były oczywistym rockowym 4/4. Wszystkie te swingi i jazziki jak ‘The Lovecats’, ‘The Caterpillar’ albo ‘Bananafishbones’.

Wersja kasetowa ‘Concert: The Cure Live’ przynajmniej próbuje rekompensować to uczucie nienasycenia ciekawymi wykonaniami z ery wczesnego Gallupa plus nieco siekowaty, chaotyczny ‘Forever’.

Generalnie ten album jest poprawny, ale brzmi zbyt bezpiecznie. Po prostu nauczone partie albumowe i nic ponad to. Odegrane, idziemy do kasy po wypłatę i do domu.

Do takiego zespołu jak The Cure potrzebni są ludzie że tak powiem trzepnięci, a nie tatusiowie jak to tutaj słychać.

Mark Dmowski
Recenzja pochodzi z bloga autora: marktheartist.wordpress.com

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone