The Cure w Atlas Arenie. Przeżyliśmy to znowu

The Cure nie zawiedli w Atlas Arenie. Bisowali trzy razy! Grali przez ponad trzy godziny! Takiego koncertu jeszcze w tym roku nie mieliśmy.

Nie było fajerwerków, deszczu konfetti, kolorowych baloników, multimedialnej sceny ani showmana zabawiającego publiczność niewybrednymi żartami. I dobrze. Do Atlas Areny przyszliśmy na spotkanie z jednym z najważniejszych zespołów lat 80. XX wieku, którego twórczość jest kamieniem milowym w historii muzyki rockowej. Nie zawiedliśmy się.

Po czym poznać, że grał prawdziwy artysta, a nie rozdmuchana przez opinię publiczną gwiazdka? Fani nie czekali do ostatniej chwili z przybyciem do hali. O godz. 19 na korytarzach w Atlas Arenie panował tłok. Gdy o godz. 19.30 na scenie pojawił się support – szkocka grupa The Twilight Sad, hala była wypełniona w połowie. O godz. 20 był już prawie komplet, a gdy trzydzieści minut później zaintonowano pierwsze dźwięki „Plainsong”, hala pękała w szwach. Skąpani w półmroku fani oczekiwali na The Cure. Było ich blisko 15 tysięcy! Bilety wyprzedały się w kilka tygodni.

The Cure nie potrzebowało wielkiej, naszpikowanej elektroniką i efektami sceny. Stali w jednym rzędzie, za sobą mając ścianę tworzoną przez kolumny, wzmacniacze i zestaw perkusyjny Jasona Coopera. Robert Smith w swoim czarnym kombinezonie, z charakterystycznym makijażem i przerzedzoną przez wiek natapirowaną fryzurą, to wciąż prawdziwa ikona brytyjskiej popkultury. Mimo upływu lat nie stracił na autentyczności.

The Cure byli całkowicie pochłonięci grą. Smith nie rozmawiał z publicznością ani nie zapraszał jej do wspólnego śpiewania. Brytyjczyk pozwolili sobie jedynie na delikatny ukłon, rzucając w kierunku widowni słowa „cześć” i „dziękuję”. Skupienie panujące niemal przez cały koncert udzieliło się wszystkim obecnym w hali. Staliśmy jak wryci, obserwując scenę. Spokój co jakiś czas przerywały wędrujące w górę świecące ekrany telefonów.

The Cure zagrali tylko, lub aż, 31 utworów. Przygotowany zestaw zdominowały kompozycje z prawdopodobnie ich najlepszego albumu – „Disintegration”. Zaczęli od wyśmienitego „Plainsong”, w którym chociaż Smith deklarował „I think I’m old and I’m feeling pain” (ang. „Czuję się staro i czuję ból”), wcale nie było tego po nim widać. O tym, że lata mijały, świadczył tylko sok pomarańczowy, który zastąpił wino na scenie. Nie zwalniali tempa. Po „Plainsong” usłyszeliśmy piosenki takie jak „Pictures of You”, „Closedown”, „High”, „Push”, czy „In Between Days”. W podstawowym secie nie zabrakło z jednej strony przejmujących, nastrojowych kompozycji „The End Of The World”, „The Last Day Of Summer”, „From The Edge Of The Deep Green Sea” czy „Distegration”, a z drugiej ich wielkich komercyjnych hitów z „Just Like Heaven”, „Boys Don’t Cry”, „Lovesong” i „Friday I’m In Love” na czele.

Po zejściu ze sceny okazało się, że ani Robert, ani jego zespół nie chcą nas zostawiać. Część osób, myśląc, że w trakcie bisów zagrają tylko jedną piosenkę, ruszyła do wyjścia. Jak musieli się zdziwić, słysząc potem od swoich przyjaciół, że żebyśmy nie czuli niedosytu, The Cure wracali na scenę aż trzy razy! Bisowali przez prawie godzinę! W tym czasie usłyszeliśmy m.in. „It Can Never Be The Same”, „Burn”, „A Forest”, „Never Enough”, „Wrong Number”, „Lullaby”, „Close To Me”, czy w końcu „Why Can’t I Be You?”. Po wybrzmieniu ostatniego Robert ukłonił się fanom i zniknął za sceną.

Karol Sakosik

Relacja z koncertu ukazała się w łódzkim wydaniu Gazety Wyborczej.