The Cure na koncercie w Łodzi: genialny występ po ośmiu latach przerwy

Błyskawicznie wyprzedane bilety, trzygodzinny koncert, wyjątkowa setlista, zachwyt i ogromny niedosyt – te słowa pasują tylko do zespołu The Cure. Za to, jak genialny koncert zagrali w Łodzi, można im wybaczyć nawet to, że na to wydarzenie musieliśmy czekać osiem lat.

Wybierając się na koncert The Cure, tak naprawdę niewiele da się przewidzieć, ponieważ za każdym razem zespół prezentuje inną setlistę. Podczas dwóch występów poprzedzających łódzki koncert, grupa odeszła od schematu uwielbianego przez większość ich fanów, według którego grała prawie całe „Disintegration”. Smith i spółka chyba jednak bardzo dobrze się w Polsce bawią – w Łodzi byli już w środę rano, a po koncercie w świetnych humorach natychmiast wrócili do hotelu. Może dlatego w czwartek nagrodzili nas setlistą, której mogą pozazdrościć nam słuchacze The Cure z całego świata.

Zaczęło się od „Plainsong” i już w momencie, kiedy po raz pierwszy usłyszeliśmy głos Smitha, a słuchacze, którzy po brzegi wypełnili Atlas Arenę, nagrodzili go gromkimi brawami, wiadomo było, że od tej pory będzie już tylko lepiej.

Trudno jest wymienić wszystkie mocne punkty koncertu, bo było ich po prostu zbyt wiele. The Cure zaprezentowali wielkie hity, takie jak „Pictures of You”, „Boys Don’t Cry”, „Lovesong”, „Just Like Heaven” czy „Close to Me”. Można by tutaj wymienić też „Lullaby”, ale ten utwór należy wyróżnić, bo – o dziwo – wzbudził wśród uczestników show wyjątkowo duży entuzjazm. Nie zabrakło też tych trochę mniej znanych kawałków, jak chociażby „Charlotte Sometimes”, „The End of the World”, czy „Shake Dog Shake”. Mieliśmy również okazję usłyszeć „It Can Never Be the Same”, utwór nowy i jeszcze niewydany.

Gdyby przyjrzeć się detalom, można by wyłapać drobne niedociągnięcia. Jason Cooper (perkusista) i Reeves Gabrels (gitara) niczym nie wyróżniali się na scenie, a w swojej grze byli nijacy. Roger O’Donnell (klawisze) i Simon Gallup (bas) to już zupełnie inna historia. Obydwaj zwracali na siebie uwagę swoją grą, wyraźnie słyszalną i kluczową w muzyce The Cure, ale mimo to lider grupy ma rację, mówiąc, że 75 proc. zespołu to właśnie on. W Łodzi nie mogłoby być inaczej – w końcu to właśnie ten ubrany na czarno, przeraźliwie blady człowiek z natapirowanymi włosami, rozmazanym eyelinerem i czerwoną szminką potrafi porwać tłumy, pozornie nie robiąc zbyt wiele. Wystarczą piękne teksty i jego charakterystyczny głos (chociaż Robert ma 57 lat, jego wokal prawie się nie zmienił, przez co wielu fanów nazywa go człowiekiem wiecznie młodym) oraz niezwykle emocjonalne wykonania. Szczególnie przypadło mi do gustu „The Last Day of Summer”, które od samego początku chciałam usłyszeć na żywo. Jestem jednak pewna, że wiele osób wskaże inny moment tego koncertu, który osobiście najbardziej zapadł im w pamięć.

Warto też wspomnieć, że chociaż The Cure kojarzy się przede wszystkim z depresyjnymi piosenkami, ich koncertów nie da się opisać tylko tym jednym słowem. Grupa romansuje też z disco, brzmieniami lat 80. i często dawała polskim fanom okazje do tańca (chociażby przy „Friday I’m in Love”, które Smith zwykł grać tylko w piątki). Ciekawe jest też to, że wszystkie utwory zespołu podczas koncertów brzmią ostrzej, bardziej wyraziście. Trochę szkoda, że na i tak genialnych płytach wypadają o wiele słabiej.

The Cure to temat rzeka. Trudno byłoby opisać w szczegółach trzygodzinny koncert złożony z dziewiętnastu piosenek i trzech bisów – odpowiednio po trzy, cztery i pięć utworów. Jeszcze trudniej jest w przypadku Smitha i spółki, bo podczas ich koncertów na próżno szukać fajerwerków, nie usłyszymy też długich monologów ze strony artysty. Koncerty grupy to raczej ogromna dawka różnorodnych emocji, które przez każdego zostaną odebrane inaczej. Pewne jest tyle: The Cure od dawna nie byli w tak świetnej formie, a ich łódzki koncert był jednym z największych i najbardziej udanych wydarzeń muzycznych tego roku w Polsce.

Katarzyna Gawęska
Relacja ukazała się na portalu Onet.pl