CUREFEST, Warszawa Proxima 19.11.2006

Impreza w stolicy drogiego alkoholu…

Nieczęsto bywają kjurowe imrezy z Polsce a w Szczecinie to już wcale wiec się wybraliśmy do stolicy drogiego alkoholu…

Nie chcę być postrzegany jako świnia, która najadła się, napiła a wychodziwszy napluła na drzwi więc zacznę od PODZIEKOWAŃ DLA ORGANIZATORÓW za zrobienie tej imprezy bo ogólnie rzecz biorąc sprawiła nam dużo przyjemności.

A teraz od początku… Zaczęto wpuszczać do środka dobrze pół godziny po czasie tak jak na pamiętnej imprezie w Sopocie tylko , że tu zamiast tłumu ludzi razem z nami weszło aż TRZY!!!!! Brrrrrrrrrrrrrrrrr… Początek imprezy okej – niespotykany nigdzie indziej powoli tworzący się klimat bez drętwoty ale też bez darcia gęby od razu na wejściu – siedzieliśmy w małej sali gdzie włączyli trylogie, której… nie wyłączyli już do końca…

Koncert Cureheads ciekawy w sumie. Miałem bardzo wielką ochotę na „poskakanie” TYLKO przy the cure wiec było ok. Wokalista perfekcyjnie naśladował Grubego i to tak naprawdę cała siła tego zespołu. FAJOWO SIĘ ICH OGLĄDAŁO! Bas tak ważny w muzyce The Cure był baaardzo cieniutki, garki się psuły a klawisz to już wogóle lipka. Moim śmiesznym zdaniem w zestawieniu z Curiosity byli duużo gorsi muzycznie. Wizualnie zaś znacznie lepsi. A CO BADRZO WAŻNE CHŁOPAKI BARDZO MILI, OTWARCI I PRZYJAZNIE NASTAWIENI – zintegrowali się bardzo szybko po swoim szoł z polskimi kljurowacami.

Bardzo dobry pomysł z tym koncertem jako główną atrakcją wieczoru. ALE TO NIE MIAŁA BYĆ JEDYNA ATRAKCJA !!!!!!! MIAŁO BYĆ CUREPARTY, na które ciągneliśmy przez całą Polskę, A NIE BYŁO OSOBY KTÓRA PUSZCZA MUZYKĘ!, NIE BYŁO PŁYT ! tylko chyba ze cztery które się zacinały. Ludzie siedzieli tak jak my myśląc ze sie cos bedzie działo jak sciagna sprzet ze sceny a tu nic. Mysle , ze to nie mała frekfencja, bo wiele osób miało ochote na zabawę NAWET CHŁOPAKI Z ZESPOŁU wyszli na parkiet mając dość picia browaru i palenia fajek, tylko po prostu to ze nie miało być kjurowej zabawy! No i skończyło się jak nieciekawie, mieliśmy taki cholerny niedosyt jak nigdy w życiu chyba. Nie chcę pisać tu zbyt dużo co było nie tak, bo nie chodzi o dopierdzielenie personalnie organizatorowi, któremu pokłony za zrobienie „czegokolwiek” kjurowego!

Ale… BYŁA MUZYKA THE CURE to najważniejsze, a organizacja no cóż… może za następne kilka lat…

Artur

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone