Cure’owe wynaturzenia

Nosiłem sie z zamiarem napisania takiego tematu jakiś czas, szczerze mowiąc, bardziej ‚dla siebie’, niz dla forumowych mas, aczkolwiek bedzie mi zwyczajnie i po prostu miło, jesli ktos to zrozumie i podpisze się niżej, lub podzieli się swoim punktem widzenia. A że teraz mam ochotę odrobinę popisać, co ostatnio zdarza się raz na 3 miesiące, postanowiłem to zrobić ;). Inspirowany jest on moją szkołą, a raczej tematem jednych z zajęć – każdy zobowiązany był przyniesc co najmniej 3 ulubione utwory i powiedzieć co nieco o gatunku, z jakiego się wywodzą. Oczywiście nic nie przyniosłem, ale lekko mnie zdziwiło, jak postrzegają moi classmates muzykę – konkluzja byla taka, że muzyka poprawia nastroj i dodaje eneregii, by jeszcze dzielniej moc stawiac czola szkole i ‚życiu’. Ale do rzeczy…

…a dotyczy ona zespołu The Cure i muzyki ‚smutnej’.

No właśnie, czy nie dziwi nikogo absurdalny z mojego punktu widzenia podział na muzykę smutną i radosną? Ile razy słyszę pytanie, ‚czego slucham, by poprawić sobie nastroj’, nie mam bladego pojęcia, co odpowiedzieć, bo muzyka w zadnym wypadku nie sluzy mi w ten sposob (inna rzecz, ze czynienie czegokolwiek w kierunku ‚poprawiania mego nastroju’ to dla mnie abstrakcja). Tymczasem, jak już pisałem, muzyka to zwierciadlo dusz i ich konfrontacji z rzeczywistością, a to nie zawsze konczy się optymistycznie i wesoło.

Niemniej, ważna jest szczerość. The Cure nagrywają różnie – znajdziecie u nich popowe, wesolutkie numery, jednak obok zdecydowanej więksci piosenek melancholijnych, nostalgicznych. Z czego to wynika? Ze szczerosci właśnie.

Wierzę i rozumiem Roberta Smitha, gdy mowi, że nie ma ochoty pisać utworow, gdy czuje się szczęsliwy. Ja, gdy taki się czuję, nie mam ochoty sięgać po muzykę niemal w ogóle. Muzyka sluząca do tanca? Dla mnie czysty niemal absurd, niestety.

Twórczość The Cure to dla mnie akustyczne zobrazowanie starcia introwertyka ze światem. Jego nadwrażliwego postrzegania i emocjonalnego podejścia na padole, gdzie musisz dokonywać wyborow, gdzie przeciwko tobie stoją twoje własne nadwrażliwe uczucia. Czyż obserwacja świata przez kogoś takiego jest wesoła, spontaniczna, przemyślana, racjonalna? No właśnie – o tym pisze Robert Smith w swej muzyce. Ekstrawertyk sluchajacy tych piosenek, stwierdzi, że są depresyjne, dołujące. Ja odnajduję w nich krztę zrozumienia, w jakiś sposob one mnie zwyuczajnie pocieszają, poruszają pokłady sentymentalizmu, który w ogromnych ilościach we mnie zalega.

Gdyby muzyka była krajobrazem, twórczosc The Cure byłaby lekko górzystym, mrocznym i gęstym lasem, po którym pałętają się baśniowe stwory z dziecińswa. W ktorym ciągle ktoś coś rozpamiętuje, płacze nad przeszłością i ucieka przed przyszłością.
Nieśmiałość, wieczne zażenowanie i poczucie winy. Tęsknota za czymś nieokreślonym, poszukiwanie i rozpacz, gdy coś co wydawało się właśnie ‚tym’, odchodzi w taki, czy inny sposob. Wieczne pretensje do siebie i chęć pozostania młodym. Gdy czujesz choć odrobinę podobnie, szczerość utworow Cure jest Ci potrzebna, odnajdujesz sie w tych piosenkach, a Robert Smith zostaje twoim kumplem.

Romantyczny pogląd na rzeczywistość, nigdy właściwie nie jest poglądem. To raczej zbior cech, ktore każą Ci odbierać ją tak, a nie inaczej. Można z tego rezygnowac, ale nie rezugnujesz z czegoś, gdy reszta jawi się przekoloryzowana, pusta w środku, a nie inaczej się ją wowczas postrzega.
Te same cechy mają wplyw na odbior muzyki Cure (i innej). To, kim jesteś, definiuje muzykę, ktora do Ciebie dociera. Odnoszę wrażenie, ze typ muzyki Cure, jest ścisle zaadresowany i tylko adresaci mogą zrozumieć, o co w niej chodzi. Nie liczy się racjonalnośc, piękno tkwi w emocjach, w ciemniejszej stronie ludzkiej duszy.

Nie przemawiają do mnie zupełnie w kontekscie tworczości, bo nawet nie sztuki, wyprodukowane popisy krolow popu i gwiazd metalu. Rozbudowane solówki i popisy jazzmanów. Dla mnie nijak sie to ma do duchowego dialogu, przekazu i pojednania. Czysta zabawa, a ja nie umiem się bawić. Nie cierpię muzyki jako tła przy spotkaniach, jako rozrywki. Bo rozrywka mnie nie kręci.

Kwestia imidżu The Cure? Dla mnie było to przeciwstawianie innosci, przesady, tudzież brzydoty, wiekszosci gwiazdozbioru szołbiznesowego. Symboliczny manifest swojej odmienności wobec pozostałej muzyki, i reszty populacji.

Posłuchajcie, co ma Wam do powiedzenia sam Robert:

Moomac

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone