Doskonałe uzupełnienie

Początek lat 90. to okres, kiedy rock przeżywał odrodzenie, przemysł fonograficzny miał się rewelacyjnie, a The Cure sięgali szczytów sławy. Dlatego coś, co dzisiaj byłoby skrajną artystyczną ekstrawagancją i komercyjnym samobójstwem, w 1993 roku nie tylko przeszło, ale i okazało się sukcesem: na przestrzeni dwóch miesięcy na rynek trafiły dwa koncertowe albumy The Cure. Pierwszy, we wrześniu, był dwudyskowy Show, drugi, w październiku – Paris. Oba zostały zarejestrowane w 1992 roku i oba trafiły na listy bestsellerów, chociaż Paris nie zaszedł tak wysoko jak Show (w Anglii 56. miejsce wobec wcześniejszego 29.).

Mówi się o tych wydawnictwach, że ukazują skrajnie różne oblicza The Cure, ale to nieprawda. Po prostu oba albumy inaczej rozkładają akcenty, ale na obu nie brakuje ani charakterystycznego dla The Cure mroku, depresji i desperacji, jak i momentów przebojowych. Ponieważ jednak płyty wydano osobno, przyjrzyjmy się Paryżowi dokładniej.

„Prawdziwy” fan może uznać ten tytuł za najważniejszą koncertówkę The Cure. W końcu jej charakter wyznaczają otwierające całość utwory z absolutnie klasycznego Pornography, później zaś mamy trzech reprezentantów kultowego Seventeen Seconds. To naprawdę przerażający The Cure (One Hundred Years), a zarazem upiornie melancholijny (At Night). Nie dla mięczaków… Ale przecież Play For Today, z chóralnym śpiewem publiczności, okazuje się równie mroczny, co nośny i pełen energii. Naprawdę cudowny Apart z bitowego Wish to esencja cure’owego smutnego piękna. A druga połowa to wcale nie żadne muzyczne hardcore’y, ale tak urokliwe piosenki jak A Letter To Elise, ponadczasowa Charlotte Sometimes czy słodka Close To Me.

Paris, jako że krótszy, nie odtwarzający całego show, ale ukazujący wybrane i przebrane jego fragmenty, wypada trochę lżej i bez chwilowego siadania koncertowej energii, jak bywało na Show. Skoro jednak repertuar obu płyt się nie pokrywa, należy powiedzieć, że Show i Paris po prostu doskonale się uzupełniają. I najlepiej potraktować je jako jedno trzypłytowe wydawnictwo (do czego zachęca także koncept graficzny).

JORDAN BABULA

Recenzja ukazała się w miesięczniku Teraz Rock.

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone