Dwa wieczory w Madison Square Garden. Relacja z Nowego Jorku.

Scenariusz był prosty: od pewnego czasu myślałem o tym, by odwiedzić rodzinę, która mieszka pod Nowym Jorkiem. Nigdy nie byłem w Stanach, więc gdy w zeszłym roku gruchnęła wiadomość o amerykańskiej trasie The Cure, niewiele myśląc zadzwoniłem do brata z propozycją przyjazdu i przy okazji wspólnego pójścia na koncert. „Ja już mam bilet – usłyszałem – zaraz dokupię i tobie.” Po czym okazało się, że na ten sam koncert bilety – przynajmniej wtedy – były wyczerpane, więc dokupiliśmy dwa na następny dzień. Potem okazało się, że tego pierwszego biletu brat się nie pozbył i postanowił mi go oddać. Nie broniłem się specjalnie… Dzięki temu miałem rzadką okazję być na dwóch koncertach dzień po dniu w tym samym miejscu. I to jakim miejscu! Nazwa Madison Square Garden mówi sama za siebie, to jasne. Ale też akustyka i widoczność są tam znakomite.

Sobotni koncert to było popowe szaleństwo przemieszane z dostojnością repertuaru z „Disintegration”. Już po kilku kawałkach cała hala roztańczyła i rozśpiewała się przy singlach. Wokół mnie, a byłem wysoko na trybunach, dosłownie nikt nie siedział – publika w wieku od 18 do 58 lat po prostu świetnie się bawiła razem z zespołem. Ja też nie dałem rady się powstrzymać… Mimo że oczywiście jako „szanujący się fan” jestem niby miłośnikiem ciemniejszej strony The Cure, szybko dałem się porwać tej fali i po chwili gibałem się między krzesełkami wyśpiewując wszystkie te znane od lat wersy. Apogeum nastąpiło podczas gromko odśpiewanego „Just Like Heaven”. Zgrany do znudzenia hit nagle znowu stał się po prostu cudowną, energetyczną piosenką o magicznym stanie zakochania. Do tego świetnie podgrzaną przez szaloną partię gitary Reevesa. Zadowolony Robert, brykający Simon i bodaj żadnej osoby w hali, która nie byłaby w tym momencie szcześliwa. Naprawdę! No dobra – w powietrzu wciąż czułem charakterystyczny zapaszek pewnego czarodziejskiego zioła, ale z pewnością to, co docierało ze sceny, bynajmniej nie przeszkadzało ludkom w złapaniu dobrego lotu ;)

Jednak najbardziej podobały mi się wykonania utworów z „Disintegration”, a prawdziwą perłą w koronie było klarownie zagrane i pięknie, głośno zaśpiewane przez Roberta „Last Dance”. Co prawda w ostatnich wersach Smith zapomniał tekstu i łatał coś bezładnie, ale po chwili podszedł do mikrofonu i jeszcze raz, jakby chcąc się zrehabilitować, odśpiewał a capella końcowe „and even if we drink…” już zupełnie bezbłędnie. Fajny moment. Odniosłem wrażenie, że w wykonanie właśnie tych dziewięciu pieśni z 1989 roku zespół wkłada najwięcej serca i zaangażowania. Nawet „Fascination…” zabrzmiało jakoś tak dobitniej, mniej rutynowo niż kiedyś. Tak jakby Robert chciał pokazać, że to materiał szczególny, z którego jest najbardziej dumny.

Jako długoletni kibic Kudłatego jak zwykle obawiałem się nieco jego aktualnej formy wokalnej. Na szczęście niepotrzebnie – jego głos był pełny i mocny, a w wysokich partiach nie odpuszczał nazbyt często. Oczywiście druga część „Disintegration” to nie była ta dynamika, co choćby na „Entreat”, ale nie było momentów, żebym czuł jakiś niesmak. Chociaż… nie – niesmak był: przy „Us Or Them”, które moim zdaniem powinno zniknąć z setlist koncertowych raz na zawsze i pozostać zapomniane. To jest zupełnie nieudana, zła kompozycja, której nie da się uratować na żywo. Zespół udawał, że daje czadu, a Robert swój tekst po prostu wymamrotał…

W niedzielę było inaczej. Zgodnie z przewidywaniami rozpoczęli wishowo – i o ile w „Open” jeszcze energia w normie, to już na „High” poczułem jakieś rozczarowanie… Odbrzękane jakoś niedbale. Na szczęście już po chwili bardzo miły moment. „We don’t play this very often…”, pierwsze kilka taktów nie od razu rozpoznane i za chwilę taka fajna błogość, że grają dla mnie raczej jako „die-hard” fana, niż dla tych bardziej przygodnych. „This Twilight Garden”. Nie spodziewałem się tego efektu, ale poczułem się jakoś osobiście wyróżniony, zaszczycony, że The Cure gra zaraz na początku jeden z kultowych bisajdów. Uśmiechałem się do sceny. Potem podobne odczucia przy „All I Want” czy nawet „If Only Tonight…”, nawet jeśli nie są to aż takie rarytasy. Zaraz po „All I Want” Robert tłumaczył się, że „teraz chyba jest jasne, dlaczego gramy to tak rzadko”, ale to była raczej kokieteria, bo wybrzmiało naprawdę zacnie.

Ten drugi wieczór był zdecydowanie bardziej rockowy, hałaśliwy i cięższy. Może i byłem nieco zmęczony dwudniowym maratonem po fascynującym na swój sposób, rozgrzanym Manhattanie, jednak tego dnia zabrakło mi trochę typowo kjurowej atmosfery i – bo ja wiem? – lekkości, którą dzień wcześniej przyniosły utwory z „Disintegration”. A może po prostu się postarzałem? Zresztą po sobotnim koncercie słyszałem wśród wychodzących same zachwyty – „he is awesome”, „it was f**ing great!”, „what a fun” itd. Ludzie uśmiechnięci, zadowoleni, chętni na dalsze szaleństwa… W niedzielę reakcje były bardziej stonowane.

Nowe kawałki? Pamiętam, że „It Can Never Be The Same” jako pierwszy bis wprowadzał coś wyjątkowego i transcendentalnego w nastrój obu wieczorów. Brzmiał głośniej i potężniej niż wszystkie inne zagrane utwory. Jest tam moc i serce, choć mam wrażenie, że brakuje mu puenty – zamiast spodziewanego finalnego catharsis kończy się takim niedopowiedzeniem… Cóż – pewnie to celowy zabieg, który jakoś tam pasuje do tematyki utworu. Zgaduję, że będzie zwieńczeniem kolejnej płyty – ciekaw jestem studyjnej wersji. „Step Into The Light” natomiast nadal nie przekonuje, przypomina klimaty z „4:13 Dream” z „The Perfect Boy” na czele. Brak mi w nim kompozytorskiego błysku, nieobecnego zresztą w popowych kawałkach The Cure już od dość dawna… Szczerze mówiąc nie wiem, czego się po tym nowym albumie teraz spodziewać.

Oczywiście inaczej przeżywa się koncert stojąc w tłumie podjaranych fanów pod sceną, niż gdy masz miejsce gdzieś wysoko na trybunach, wśród bardziej przypadkowego audytorium. Te dwa nowojorskie występy odbierałem z tej drugiej, zdystansowanej perspektywy, co do tej pory mi się nie zdarzało. Ale będąc tam zauważyłem jeszcze jedno: po raz pierwszy tak wyraźnie doceniłem profesjonalizm tego zespołu. To rzeczywiście jest dobrze naoliwiona, sprawna machina koncertowa. Muzycznie wszystko było na piątkę, prawie bez słabszych momentów: czyste, dynamiczne brzmienie, trzymanie tempa, dobry kontakt z publiką, dobre nagłośnienie. Zaiste The Cure są nadal w olimpijskiej formie. Dobrze to rokuje na europejską część tournee. Liczę jednak, że wtedy jesienna aura bardziej będzie sprzyjać emocjonalnej warstwie koncertów. Czego Wam i sobie życzę w Łodzi. Do zobaczenia…

PS. Myślę, że warto dać szansę The Twilight Sad: fajne, brytolskie dźwięki, w których słychać echa Mogwai, Smiths czy Joy Division, poukładane w ciekawe melodie.

frank

 

Zobacz też nasze sprawozdania z sobotniego i niedzielnego występu The Cure w Nowym Jorku. Podsumowanie całego tournee tutaj… Czekamy na kolejne Wasze relacje z koncertów pod adresem: thecure.pl/kontakt

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone