Dwanaście drobiazgów muzycznych

Są takie płyty, które składają się z drobiazgów. Dźwiękowych miniaturek, pojedynczych nut dających słuchaczowi tak wiele bliżej nieokreślonej radochy. A jeżeli jest prawdziwym się fanem zespołu to… Ach, ach, mocniej, szybciej, och tak, orgazm… Słucha się wtedy płyty bez przerwy, szuka każdego dźwięku, podkręca głośność na maksa byleby tylko wyciągnąć te cudowne frazy i delektować się nimi. Jak zwykła mawiać moja dziewczyna ? „Jesteś słodszy niż truskawki z bitą śmietaną” (piękne w swym kontekście – bulacz). Właśnie takie słodziutkie owocki dostajemy na nowej płycie Roberta Smitha i jego załogi…

Dobra, nie mogę nie powiedzieć, że jestem fan(atykiem)em twórczości The Cure. Naczekałem się cztery lata… I dostałem dwanaście drobiazgów muzycznych. Dwanaście upominków, które cieszą oko i pozostawiają obdarowanego w mniemaniu, że wszystko jest w najlepszym porządku i będzie trwało długo i szczęśliwie…

Lost – gitarowe rzężenie poparte wytłumionym werblem, głuchym uderzeniem stopy i paranoicznym wokalem Smitha.

Labirynth – rewelacyjny metaliczny pogłos gitary akustycznej na początku utworu i przy mostku. A muzycznie? Mantryczny podkład, jęczący „elektryk”. Dawno już nie słyszałem wokalu Roberta tak naładowanego wyrzutem. Histeryczna wyliczanka wprost zapiera dech.

Before Three – załamanie melodii i samo brzmienie zmiany tempa bębnów oraz echo wyłaniające się przy zaciąganym refrenie.

The End Of The World – urocze, naprawdę urocze solo z „klawisza”, brzmi trochę jak popisy pięciolatka w przedszkolu przy zabawkowym Casio.

Anniversary – kapitalny elektroniczny podkład, szumy i szmery przenikające przez fortepianowy loop i syntezatorową ścianę, poszatkowane gitarowe efekty, obowiązkowe echa i pogłosy.

Us Or Them – Brzmienie gitary. Zdecydowanie. Świetny riff, dudniący bass wzmacniający już i tak potężne brzmienie. To już nie wyrzut w głosie Smitha, to czysta agresja… I don’t want you anywhere near me, get your fuckin’ world out of my head…I don’t want you, us or them… Najprostsza odpowiedź na pokrętne stwierdzenie ukochanej „Kochanie, idź zobacz czy nie ma cię w tamtym pokoju, bo pokój nie lubi być pusty”. Żadnych próśb, kompromisów. Spieprzaj i już!

alt.end – rozbrajające połączenie klawiszowego pasażu z akustyczną gitarą w refrenie i przesterowane solo w 2 minucie 47 sekundzie.

(I Don’t Know What’s Going) On – motyw gitary, klawiszowe plamy w tle i znany już z tego potworka Mint Car efekt rozchodzącego się pogłosu, tu bardzo trafiony.

Taking Off – jestem nudny. Ciągle klawisze. To, co wyprawia O’Donnell do spółki ze Smithem przechodzi wszystko. Cudne fortepianowe frazy ukryte pod resztą sekcji. A ile frajdy sprawia wyłowienie tych akordów…

Never – Ale ja się musiałem nagimnastykować, zanim moje czułe ucho wyłowiło wreszcie dziesiąty drobiażdżek. Prezent fortepianowo-syntezatorowy. Klawiszowe unisono z gitarą i przykryte potwornie zagęszczoną sekcją rytmiczną. Na pierwszy raz nie do wychwycenia, ale po chwili, jak u każdego rozwijającego się dziecka przychodzi wreszcie czas, by zadać TO pytanie: „Gdzie są klawisze?”…

The Promise – Ile ja się naczekałem na taki utwór! Chryste! Pięć utworów musiałem czekać. 10 minut 15 sekund. Jeszcze bardziej psychodeliczny i zakręcony niż Watching Me Fall. Totalna rzeźnia. Ostra jazda bez trzymanki. I ten tekst… You promised me another dream… To jest ten wielki The Cure!

Going Nowhere – Jeszcze nie zjechał ze mnie walec poprzedniego utworu, a tu dostaję taką perełkę. Wyciszony, bardzo w klimacie The Last Day Of Summer ze ślicznym fortepianem i delikatną gitarą akustyczną. so tell me that you love me again…tell me that you care…Jedyna prośba na tej płycie. Ostatnia. Tak bardzo wdzierająca się w pamięć… Czy w takim razie wszystkie te wyrzuty wobec Ciebie nie mają najmniejszego sensu, skoro without you I’m nothing? Sprawdzają się słowa wielkich Romantyków Muzyki…

Nie jest to wybitna płyta. Nie jest bardzo dobra. Zasługuje na czwórkę. Z góry polubiłem The Cure. Za to, że się w ogóle ukazała. Polubiłem ją po pierwszym przesłuchaniu. Za to, że na jednym krążku dostałem więcej prezentów niż na gwiazdkę. A zakochałem się w niej za Going Nowhere. Za bonusową miniaturkę… Bo tego utworu tak bardzo brakowało mi zawsze na Bloodflowers…

Aleksander „Malkavian” Stępień
Recenzja znaleziona na stronie RockMagazyn.pl

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone