Dziecko rośnie

W 1985 roku The Cure przestal byc w Wielkiej Brytanii „faktem kulturowym”, jak za czasów Faith i Pornography. Gdyby wtedy odszedł (ale tak jak Syd Barrett, a nie lan Curtis), byłby wielką legendą rocka. Teraz trochę zaokrąglił się i zaczął nagrywać bardziej lekkostrawną muzykę, a i przy okazji stał się jed-nym z ulubionych obiektów zainteresowania dziennikarzy, zdobył sobie nawet przydomek „cuddly”, co znaczy mniej więcej „pieszczoch”. Faktycznie, trudno znaleźć bardziej zagłaskiwaną przez prasę osobę niż Robert Smith. No, może dzielił on tę przyjemność z Morrisseyem, którego zresztą do dziś serdecznie nienawidzi za cynizm i narcyzm.

Dodatkowego splendoru dodał mu sukces The Head On The Door w USA, który przecież ma niebywałe znaczenie prestiżowe i komercyjne. Tym bardziej, że wielkie nadzieje na eksport tzw. nowej fali za ocean spaliły na panewce. Nie udało się powtórzyć blitzkriegu dokonanego w latach sześćdziesiątych. Ale też The Cure miał coś do zaoferowania amerykańskim słuchaczom, a mianowicie — nowoczesny, inteligentny rock, zagrany z lekkością i elegancją, w którym wszakże było dodatkowo coś tajemniczego i lekko szalonego. Oczywiście, w granicach przyzwoitości, jako że tamtejsi wykonawcy postawili na ciężkostrawną dosadność i niepokojącą brutalność. Tak w muzyce, jak i w tekstach.

The Cure można było słuchać bez obaw i bez „opieki dorosłych” w każdym domu. The Head On The Door zbudowany jest dokładnie z tych samych elementów co The Top, uległy one jednak dokładniejszemu wymieszaniu i przetopieniu w propozycję smakowicie nawiązującą do tradycji (np. do Hendrixa w Screw, The Byrds w Push, McCartneya i The Beatles w Six Different Ways oraz do All Day And All Of The Night grupy The Kinks w The Baby Screams), ale i nie tracącą z pola widzenia najnowszych tendencji rysujących się w brytyjskim rocku. Pomimo wielkiej różnorodności — od pięknego, romantycznego Kyoto Song, po agresywny Screw — The Cure tym razem nie stracił swojej tożsamości. Po perturbacjach minionych czterech lat byl to już, oczywiście, zupełnie inny zespół niż w czasach Three Imaginary Boys lub Pornography albo The Walk.

Nie można jednak dziecku wyrzucać, że rośnie, nawet gdy w tym procesie uwydatniaja sie pewne nieprawidlowosci.

Jerzy Rzewuski

 

Podziekowania dla Olgi za nadeslane materialy.

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone