Fajnie-banalnie

W poprzedniej recenzji jednej z najlepszych – jak nie najlepszej – płyt The Cure (Wish) napisałem, że fani zakochani w Disintegration byli trochę zdziwieni brzmieniem następczyni. Wish jak zostało już tu mądrze napisane to płyta głównie akustyczna utrzymana w spokojnym klimacie z pięknymi rozbudowanymi kompozycjami dla których równowagą są przebojowe single. Jak poczuł się fan po usłyszeniu po raz pierwszy w radiu High? To już wiecie. Jak czuł się ten sam osobnik po The 13th z Wild Mood Swings wydanego w połowie 1996? Jeśli to ortodoks to strach się bać!

Wild Mood Swings to album na który fani The Cure musieli czekać najdłużej jak dotąd. Cztery lata dzieliły go od poprzednika, chociaż sesja rozpoczęła się już w 1994 roku. Na początku nad albumem pracował sam Robert Smith oraz nowy członek zespołu Perry Bamonte. Spowodowane było to nazwijmy ‘’chwilową niedyspozycją’’ Gallupa i ..brakiem innych muzyków w grupie (dopiero potem dołączyło kolejnych dwóch nowych). Również w tym okresie Cure nie udzielali się zbytnio nie licząc nagrania na potrzeby kompilacji z zakresu A Tribute dla Jimmy’ego Hendrixa, coveru Young Americans z repertuaru Davida Bowie i utworu Dredd Song, który trafił na ścieżkę dźwiękową filmu Judge Dredd. Nie jestem przekonany jaki był pierwotny zamiar Smitha i spółki odnośnie tego jaki to miał być album. Chcieli odnaleźć się z pewnością na nowym rynku (w UK królował britpop), pozostać starym dobrym Cure, a jednocześnie poeksperymentować. To wszystko złożyło się na…najbardziej znienawidzony przez fanów album grupy (do tej pory w USA nie sprzedała się nawet jedna czwarta nakładu Wish) Przez fanów, bo krytyka potraktowała go łagodniej. Ja też wcale nie uważam go za słaby. Za oryginalny owszem – nie za słaby.

A przecież wszystko zaczyna się tak cudownie. Want to enty znakomity open song Kjurów. Mroczny klimat, gęste gitary, długi, rozbudowany – porównywalnie dobry jak Open z Wish. Drugi tytuł na płycie to Club America i już tutaj słychać nowe brzmienie Cure. Smith śpiewa dość jałowo na tle wariujących kaskad gitar. Refren prawie nie wyczuwalny. Jeden z najmocniejszych numerów Cure w historii stylizowany już na brzmienie lat 90, taki club-rock. Podobać się też powinien tekst -”I ride into the town on a big black trojan horse. I’m looking to have some fun” – rzecz o niezobowiązujących zabawach. Czyli wrócili do gitar? Trójka to znów inne Cure. This Is A Lie to chyba najbardziej dramatyczna kompozycja na albumie. Teatralny, obcy mi zupełnie klimat i gorzki tekst…choć to zostało ze starego zespołu. Mimo to podoba mi się to eksperymentowanie. Piosenka ma duszę. I znów zamiast napisać jakąś złotą myśl na temat Wild Mood Swings muszę zatrzymać się przy kolejnym pod rząd kawałku bo co chwila coś zaskakuje. The 13th wybrany na pierwszy singiel z płyty (brawa za odwagę) to chyba największy szok jaki wierny Kjurowiec mógł przeżyć. To zabawny utrzymany w klimacie salsy numer o tym jak to dobrze być hedonistą. The Cure gra tu jak rasowy zespół z Kuby. Wszędobylskie dęciaki, dość odważnie zbudowana kompozycja (długo czekamy na refren równie dziwny jak sam numer – on tam śpiewa ciągle Do It To Me, serio!) i egzotyczny klimat. ”Yeah I feel that good!” – ale Smith to lubi!. Polecam przy okazji zobaczyć bardzo dobrze dopasowany klip. Strange Atraction, Mint Car – odpowiednio 2 i 3 (amerykański) singiel to hołd dla lat 60 i bardzo sprawne pop piosenki. Siła rażenia nie tak potężna jak Friday I’m In Love, ale słucha się bardzo dobrze. To jednak pop i fani tego chyba nie wybaczyli. Podobne odczucia mogli mieć przy wywodzących się z tego samego podwórka Round & Round & Round (w nowym TR przesadzili nazywają to ‘’utworem w klimacie dance’’ i Return (to się nadaje na parkiet!) Inną wersje lat 60 słyszymy w innym singlu – Gone! – z głębokim ”tubalnym” podkładem. To taka ich wariacja na temat jazzu. Wszyscy chwalą raczej drugą stronę Wild Mood Swings. Szczególni za trzy ostatnie piosenki, które tworzą jakby jedną całość (Trap, Treasure, Bare). Fakt, brzmi to najbardziej ‘’normalnie’’. I jest to puszczenie oka w kierunku wszystkich zawiedzonych poprzednimi 11 kompozycjami. Dla mnie jednak ta 3 częściowa mini-trylogia nie robi wielkiego wrażenia. Tekściarsko Smith prezentuje się poprawnie, są rzeczy ewidentnie pozytywne (Round & Round & Round), nawet śmieszne (The 13th), z drugiej strony mamy jednak pełen bólu Numb

Britpop inspirował się wszystkimi geniuszami melodii z lat 60 na których czele stało Beach Boys czy też The Beatles. Po przesłuchaniu Wild Mood Swings, dzieła klasyczne Curepopowego mam wrażenie, że piątka Brytyjczyków robiła podobnie. Nie ma co kryć, że przeważa tam pop. Ok. pop rock, alternatywny poprock – to lepiej brzmi przy napisie The Cure i nie razy w oczy znawców gatunku. To zdecydowanie najlżejszy z albumów grupy, choć przez swoją różnorodność na pewno nie najłatwiejszy do słuchania. Ja mam to szczęście, że nie mam wypranego mózgu przez konkretny nurt muzyczny i spokojnie podchodzę do oceny WMS. Plus za oryginalność, plus za odwagę, plus za zmianę (chwilową) brzmienia. Minus za małe zgranie ze sobą kompozycji, za ewidentnie nużące numery (Jupiter Crash, Bare) i może za zbyt delikatną produkcję całości. WMS to dobra płyta, która nie powinna nikogo powalić na kolana, a która ma obowiązek odciążyć uszy od tego co Cure robiło do tej pory i co zaprezentowało na Bloodflowers z 2000 roku. Może gdybym pisał te słowa tuż po premierze wiedząc, że to jedyny nowy materiał między 1992, a 2000 rokiem nie byłbym taki zadowolony i pełen pochwał? W końcu jednak mamy początek 2008 roku, wygodnie siedzę w fotelu, słucham mojego ulubieńca z tej płyty czyli The 13th…i jest fajnie-banalnie.

Paweł Soja
Autor bloga „Małpowanie z muzyką”, z którego pochodzi recenzja.

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone