<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>The Cure PL</title>
	<atom:link href="http://thecure.pl/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://thecure.pl</link>
	<description>Polska Strona The Cure</description>
	<lastBuildDate>Thu, 23 Feb 2012 05:00:21 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.3.1</generator>
		<item>
		<title>Route Of Kings, Londyn 27.07.2002</title>
		<link>http://thecure.pl/artykul/route-of-kings-londyn-27-07-2002/</link>
		<comments>http://thecure.pl/artykul/route-of-kings-londyn-27-07-2002/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 23 Feb 2012 05:00:21 +0000</pubDate>
		<dc:creator>marcinmarszalek</dc:creator>
				<category><![CDATA[KONCERTY]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://thecure.pl/?p=358</guid>
		<description><![CDATA[Jak przeszłość ma wpływ na teraźniejszość MMMM to było coś! Piękny, słoneczny, ale dzięki Bogu bezdeszczowy dzionek, w powietrzu dało się poczuć coś niepokojącego, jakiś dreszczyk emocji, może to sprawka serducha, które tak długo oczekiwało mającego odbyć się tuż, tuż wielkiego show? Pewnie tak, no cóż jak się później okazało, było więcej niż wielkie, niesamowita mieszanka przebojów drobiowej spóły w połączeniu z żywiołową reakcją publiki stworzyły bajeczny klimacik. Tak się ]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Jak przeszłość ma wpływ na teraźniejszość</p>
<p>MMMM to było coś! Piękny, słoneczny, ale dzięki Bogu bezdeszczowy dzionek, w powietrzu dało się poczuć coś niepokojącego, jakiś dreszczyk emocji, może to sprawka serducha, które tak długo oczekiwało mającego odbyć się tuż, tuż wielkiego show? Pewnie tak, no cóż jak się później okazało, było więcej niż wielkie, niesamowita mieszanka przebojów drobiowej spóły w połączeniu z żywiołową reakcją publiki stworzyły bajeczny klimacik.</p>
<p>Tak się skomplikowało moje żytko, że ciałem (nie zawsze duszą) pozostaję w tym dość przyjaznym dla człeka kraju, los też sprawił mi niespodziankę i otrzymałam szansę ponownego posłuchania i ujrzenia grupy (pierwsza była Hala Sportowa w Łodzi, The Dream Tour&#8230;.). Bilety załatwione przez Internet, z dwumiesięcznym wyprzedzeniem, miejsca stojące, czas otwarcia; 4 p.m (punktualnie co do minuty normalnie!), obok miłość mego życia, wkoło niezliczona gromada wiernych fanów. Co zaś do stylu ubioru, jak to zostało przyjęte dominowała czerń, wszystkie chwyty dozwolone, każda idea na miarę złotej szpilki.</p>
<p>Od samego początku pełne zaskoczenie, jeśli chodzi o organizacje: kulturalna ochrona, (no kjurcze tylko ten zakaz wnoszenia butelek bez zakrętek, Boziu droga, przecież woda jest mokra&#8230;.) już nie wspominając o dokładnym przeszukiwaniu bagażu, w celu odnalezienia kamerek itp.. i tak na wszystko można znaleźć rozwiązanie, zacięty fan, rządny fotek poradzi sobie i w tak podbramkowym położeniu. Niech to, to nie Polska! Ludziska okazali się kulturalni, żadnych przepychanek, zupełne zrozumienie, co mnie zdumiało? Ano potrafili nawet odsłonić na życzenie, dziwne ale możliwe. Scenka wielka, dwa telebimy, pod stopkami zielona trawka, w tyle półokrągłe siedliska, dla twardzieli ( no bo jak można się bawić na siedząco, a tak w ogóle siodełka były przytwierdzone do gruntu w całkiem sporej odległości od centralnego punktu wydarzenia.. no i co to za frajda he? Co tu dużo gadać, najciekawiej zawsze jest na środku!!!!!!!!! AA nie wspomniałam o wyglądzie biletu umożliwiającego wstęp do raju! Ładniutki, jak to zawsze zresztą! Tło czerwono-różowe, motyw różyczki (no a czemuż by nie?) picture z lodem a&#8217;la płyta &#8216;Galore&#8217; rozmazanym centralnie właśnie w Hyde P. no i logo organizatora- The route of Kings; jak na ironie- różyczka. Nie powiem, dość postępowe. W bocznych rejonach też interesująco; zadbano o komfort słuchaczy, umieszczając budki z popitkiem (bez skojarzeń!) oraz jadłem, natomiast mniejsza punktacja oceniam różnorodność dostępnych gadżetów, właściwie to brak różnorodności, bo takowa wystąpiła. Ceny wprawdzie nie powalające, a to chyba dlatego że nie było w czym wybierać. T-shirty, to jasne, jakieś &#8220;kubłaki&#8221; na herbatkę i dość liche ulotki ze zdjęciami. Na całe szczęście po koncercie, jakiś podejrzany typek ogłaszał się na cale gardzielisko, że ma do zaoferowania postery. No i zaspokoiłam swój głód kolekcjonerski, niemalże za &#8216;friko&#8217; (gostek chyba zbierał na piwko). Rodacy? A owszem. Było ich paru. Jeden koleś z odwróconą koszulką na lewa stronę, oznajmił wprawdzie, że jedynie towarzyszy, ale jak tylko zobaczył Smitha, wczłapującego na podium, to aż &#8230;.. zorientował się, że źle się ubrał. Z kolei blond piękność, niszczyła swoje struny głosowe, relacjonując bieg wydarzeń (zapewne) nieobecnemu/obecnej ludce do komóry (oojjj będzie rachuneczek). Byli również przedstawiciele innych krajów Europy (nnnno i nie tylko, nie tylko); Francuzi, Niemcy, Węgrzy czy wreszcie Azjaci (bo ja wiem, chyba Japonia). Niezły mix w każdym bądź razie.</p>
<p>The Cranes grali dobrze, Mogwai jeszcze lepiej, jednak każdy dobrze wiedział po co przyszedł, hm, dla kogo właściwie &#8230; z każdej strony było tylko słychać: &#8216; ok, dajcie wreszcie Cure!&#8217;, się wie, publika przekazywała to życzenie miedzy sobą, grzecznie wsłuchując się w grane utwory kolejnych gości, ale i tak każdy stał (czy phi, siedział jak na szpilkach)</p>
<p>Nareszcie, po półgodzinnej przerwie, w trakcie której przygotowywano sprzęt ,sprawdzano nagłośnienie i normowano inne chwyty techniczne, wkroczyli mistrzowie z wielkim czarodziejem na czele. Jak się wszyscy rozwrzaskali, mamo! Robi wykonał parę porządnych przejść, pooglądał najpierw widownie, pomachał do niej (no i można sobie wyobrazić naszą reakcję, to wyglądało jak pielgrzymka ,ops bez religijnych odniesie?). Normalnie szaleństwo! W momencie wszystkie łapki powędrowały do góry, grom braw powitalnych, każdy chciał jakoś zaznaczyć swoją obecność, robił więc co tylko mógł.</p>
<p>Po pierwszych trzech pieśniach, wiedzieliśmy co się święci, będzie lekko smutnawo. Songi z &#8221;Pornography&#8221;, &#8221;Disintegration&#8221;, i o dziwo- &#8221; The top&#8221;, wreszcie &#8221;Faith&#8221;. Także Pan Smith chyba miał zamiar być na t-o-p-i-e, w związku z ponowionymi nastrojami dekadenckimi, &#8221;In a high building there is nothing to do..&#8221; Słuchacze jakby lewitowali nad powierzchnią, jak zawsze świetnie dobrane kolorystycznie oświetlenie, oraz riffy , wydobywające się z wnętrza gitar Simona i Maga-Smitha, wprowadziły wszystkich w oniryczne uniesienie.</p>
<p>Mój towarzysz kompletnie nie wiedział czy powinien mnie ratować, kiedy ujrzał jak niemal pokopana prądem skakałam w trakcie &#8221;Shake dog shake&#8221;, nie wspominając o wielkiej &#8216;szajbie&#8217; kiedy kuraki zagrali &#8221;Play for today&#8221; (no i ludeczki powtórzyli śpiewnie grupowe wykonanie tej pieśni z Paryża, w Le Zenith, każdy chyba, jak mógł zaśpiewać refren wraz ze swymi idolami (potem doprawiłam swój pyszczek zimna woda i nie mogłam wydać z siebie żadnych dźwięków przez kolejne dwa dni, ale opłacało się!!!! naprawdę!). Pan Robi, nie mógł nie wspomnieć o zbliżającej się rocznicy, w końcu nie lada wydarzenie-25 lat razem, nie każde małżeństwo potrafi ze sobą tyle wytrzymać, czyż nie? OOj nie daliśmy odejść muzykom, jeszcze dwa razy wychodzili, aby zaserwować &#8216;deserek&#8217;. Gdy tylko rozbrzmiały pierwsze nutki, po których rozpoznaliśmy &#8221;In between days&#8221;, oraz szlagierek&#8221; Boys don&#8217;t cry&#8221;, przeczuwając powoli zbliżający się koniec przedstawienia, ruszyliśmy w szalony, dziki szał (uniesień). Co to była za końcówka! Na tym etapie recenzji, muszę przyznać, że nasza kochana polska publika, jakoś żywiej reaguje na koncertach (nie tylko Cure, już nawet ogólnie), chyba Brytyjczyków dłużej się &#8216;rozgrzewa&#8217;.</p>
<p>Właśnie zabrakło mi tego krajowego, zapalonego kibicowania. Ale jakże inaczej możemy podchodzić do takiego wydarzenia, jakim jest występ ukochanej spółki, skoro tak rzadko u nas bywają? Tutaj to właściwie chleb powszedni, mógł spożywać go częściej, więc nie są aż tak wygłodzeni.</p>
<p>Ale jednak najbardziej położył mnie na łopatki gest Rogera. Do tej pory miałam świadomość, że ten smutasem rzadko się uśmiecha, ale gdzie tam! Zrobi? to! Zrobi?! Tak pięknie zerkał w tłum, z resztą wraz z Robim, cały band dostrzegł ten szczery i spragniony dobrej muzy ogrom ludzi (eja, nie wiem dokładnie jaka ilość przybyła do Parku, kto ma na ten temat informacje&#8230; proszę) .A tak poza tym, każdy kto tylko poczuł na sobie ich spojrzenie starał się jak tylko siły pozwalały machać, skakać i robić wszystko, aby tylko stać się zauważalnym w tym zgiełku. Było to wprawdzie męczące (wiem ja cosik o tym!) ale dodawało pewności, że przyszło się po &#8216;coś&#8217;, no jakby to ująć, żeby nie przesadzić? Przyszedłeś, aby stać się jednym z elementów wielkiej grupy ludzi, która swą obecnością składa pewnego rodzaju hołd, im więcej elementów, tym większa konstrukcja, pomnik&#8230; bardziej widoczny&#8230; to był wręcz konieczne, skoro tylko blisko( no nie zupełnie- 1,5 godziny jazdy metrem, uufff) A zdjęcia są, wykonane ze sporej odległości, ale kupi się lupę, no problem! Nie narzekam, byłam tam, widziałam, słyszałam, czułam każdą najdrobniejszą częścią ciałka, moje oczy w sekundę zmieniły się w rzekę, krew szybciej krążyła w żyłach, a serce poczerwieniało [no ok, nie wiem ale tak się czułam]</p>
<p>To było piękne, niezapomniane, tych wszystkich wrażeń nikt mi nie odbierze, na zawsze zachowam każdy ich ruch, pląsanie Roba, uśmiech O&#8217;donella, grę Gallupa, majstersztyk Coopera oraz grę Teddy&#8217;ego. Wszyscy byli znakomici, to słońce świeciło przez cały dzień i wieczór specjalnie dla nich, jak na życzenie, nikt ani nic nie mogło zakłócić tak genialnej ceremonii. Niechaj zawsze pozostają sobą, grają tak jak do tej pory, just like heaven&#8230;..</p>
<p>hej wszystkie kjuraki! dla was buziaki!!!!</p>
<p><strong>Fushia</strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://thecure.pl/artykul/route-of-kings-londyn-27-07-2002/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Zillo Festival, Hahn 13.07.2002</title>
		<link>http://thecure.pl/artykul/zillo-festival-hahn-13-07-2002/</link>
		<comments>http://thecure.pl/artykul/zillo-festival-hahn-13-07-2002/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 22 Feb 2012 05:00:00 +0000</pubDate>
		<dc:creator>marcinmarszalek</dc:creator>
				<category><![CDATA[KONCERTY]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://thecure.pl/?p=356</guid>
		<description><![CDATA[Początek &#8211; nie byłam zbyt przytomna, dlatego, że byłam na Hocico i myślałam, że rozpocznie się o 23.05, gdyż tam wszystko rozpoczynało się w miarę punktualnie. Usłyszałam hałas na dużej scenie i popadłam w panikę, biegłam tam jak szalona&#8230;. dlatego Plainsong przeżywałam w tyle. Płakałam. Nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Potem Figurehead, głośno, na FTEOTDGS wymiękłam, a na The Drowning Man &#8211; wersja zwalająca z nóg znowu płakałam, ]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Początek &#8211; nie byłam zbyt przytomna, dlatego, że byłam na Hocico i myślałam, że rozpocznie się o 23.05, gdyż tam wszystko rozpoczynało się w miarę punktualnie. Usłyszałam hałas na dużej scenie i popadłam w panikę, biegłam tam jak szalona&#8230;. dlatego Plainsong przeżywałam w tyle. Płakałam. Nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Potem Figurehead, głośno, na FTEOTDGS wymiękłam, a na The Drowning Man &#8211; wersja zwalająca z nóg znowu płakałam, przez co oczywiście nic nie widziałam, : ). Torture było dla mnie wspaniałą niespodzianką, zaczęłam słuchać The Cure od Kiss Me Kiss Me Kiss Me, nie spodziewałam się, że usłyszę coś z tej płyty.Push &#8211; wspaniałe!! ten przekrój i huśtawka nastroju powodowała wielkie emocje.</p>
<p>Dla mnie koncert rozpoczął się od The Kiss. Znalazłam kolegów z busu, zrobili zdjęcia, uspokoiłam się i&#8230;. przedarłam się przez tłum. Niemiecka publiczność, jak dla mnie beznadziejna, statyczna i spokojna, umożliwiła mi (i w tym momencie chwała im za to &#8211; w Polsce taka akcja nie udała by mi się nawet w 5%) przedarcie się przez tłum pod samą scenę, na przeciwko Roberta&#8230;. Moje Kiss Me Kiss Me Kiss Me! The Kiss trwało i trwało, intro gitarowe Roberta pochłaniało swą niesamowitością (dobre 10 min). A potem słowa Roberta : &#8220;a completely different mood&#8217; i &#8230; trudno rozpoznawalny na początku If Only Tonight We Could Sleep. Uśmiech na Jego twarzy w kompilacji z dziureczką w brodzie i chłopięco-dziecięcą-szczerością &#8211; to było to. Normalność i naturalność człowieka na scenie, który gra przed tłumem &#8230;.Pictures Of You!!! Głos Roberta falował jak żeglarz na pełnym morzu. Co za Show!!!I Shake Dog Shake &#8211; nie dało się nie wrzasnąć w tym momencie. Stał obok mnie dość żywiołowy fan z Niemiec &#8211; nietypowy, bo ogolony na łyso, ale zainicjowałam z nim chwycenie się za ręce, zrobiła się z tego grupa kilkunastoosobowa, chwyceni za ręce machaliśmy, w trakcie Siamese Twins twarz naszego kochanego Smitha skierowała się ku nam, łysy gościu się do mnie przytulił i płakał (potem mnie przepraszał, ale był z kolegą i nie chciał się przytulać do kolegi &#8211; tam gdzie stałam, był to jedyny człowiek o tak silnej dozie reakcyjności). ST Robert wprowadził czymś w rodzaju &#8220;you know this song from the top ten around the world&#8221;, uśmiechnął się nieśmiało i dodał &#8220;&#8230; huh but not from this world.&#8221; Rzeczywiście my nie żyjemy w tym świecie, nie!!!</p>
<p>Na One Hundred Years skakaliśmy i machaliśmy rękami&#8230;. Wersja rewelacyjna. A potem Bloodflowers, &#8220;these flowers will always die&#8230;&#8221; śpiewaliśmy niemalże ze łzami w oczach. łysy reagował jak ja, choć gdybym miała takiego gościa spotkać na ulicy &#8211; wystraszyłabym się go &#8211; wyglądał jak pedał, na zmianę ubierał się i rozbierał &#8211; emocje dawały w kość. Potem Pornografia &#8211; znów machaliśmy rękami w objęciach &#8211; Robert uśmiechnął się do nas &#8211; popatrzył mi prosto w oczy &#8211; jest to człowiek, który mimo upływu czasu jest wciąż dzieckiem, chłopcem, taką kochaną grubiutką kuleczką, śmiałam się do Niego, byłam szczęśliwa! Koncert, na którym uśmiech stanowił sedno, miłość wylewała się dźwięcznie z jego serca do serc całego tłumu. I Disintegration! (Widownia była za spokojna, mało kto machał rękami, powiedziałam łysemu, żeby coś wymyślił, próbowaliśmy się huśtać, skakać, machać, chwytać innych za ręce&#8230; na jakiś czas przyniosło rezultat, kolejny uśmiech w naszą stronę, objęliśmy się, łysy płakał&#8230;</p>
<p>Przerwa. Dla niektórych były to bisy, ja tego tak nie odczułam, dla mnie to była po prostu krótka przerwa. Bisy z polską publicznością wyglądają inaczej, : ). Głos Roberta &#8220;this is a very old song&#8221;, uśmiech (wiem, że w którymś momencie podrapał się w głowę, może wtedy, : ))) i Three Imaginary Boys! Potem 3 kawałki z 17 Seconds, M (piękna sprawa!), Play For Today i Forest (chciałabym by był dłuższy, no ale wersja była kultowa, przynajmniej publika wzięła się w garść i klaskała rytmicznie jak trzeba).</p>
<p>Druga przerwa. łysy płakał, mnie też wzięło. Płakaliśmy. Nie miałam siły ani klaskać, ani gwizdać, ani machać. Weszli! Robert z uśmiechem zainicjował słowami, mniej więcej, &#8220;After the disscusion (uśmiech) we&#8217;re going to play a song that we haven&#8217;t done for a quite long time. Hopefully everything goes right.&#8221; Była to Charlotte Sometimes. Niesamowita sprawa. Aż wreszcie przedłużona wersja Faith ze słowami &#8220;If you have to hate, hate yourself, not anyone else&#8230;&#8221;). Płakałam. Robert zakończył ponad 2 godzinny Show słowami, mniej więcej: &#8220;Thank you very much and see you tomorrow, we&#8217;ve got another day &#8230;&#8230;&#8230; and if not see you very soon&#8221;. Uśmiech.</p>
<p>Teraz wygląd Roba, miał koszulę czarną, i koszulkę z pomarańczowym kółkiem&#8230;. na środku! Nie mogło być inaczej! Miałam jeszcze jedną satysfakcję na całym Zillo nikt nie miał takiej koszulki jak ja, sporo osób mnie odwracało do tyłu, żeby zobaczyć, miałam zajebistą satysfakcję, bo wielki zachód, a reprezentantka POLSKI była przedmiotem zainteresowania, : ), może dlatego tak łatwo wśliznęłam się w tłum.</p>
<p>Nie spotkałam nikogo z Polski!!! Dziewczyny z busu spotkały chłopaka i dziewczynę &#8211; ja nie miałam okazji, jeśli to czytacie, proszę o kontakt (w naszym busie byłam jedyną fanką The Cure i brak mi kogoś z kim mogłabym kjuropogadać, : ).</p>
<p>The Cure jesteście kochani, dziękuję za fantastyczny show!!!!! Szkoda, że było taaaak krótko.</p>
<p><strong>Ola Alexcure</strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://thecure.pl/artykul/zillo-festival-hahn-13-07-2002/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Roskilde Festival 1.07.2001</title>
		<link>http://thecure.pl/artykul/roskilde-festival-1-07-2001/</link>
		<comments>http://thecure.pl/artykul/roskilde-festival-1-07-2001/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 21 Feb 2012 05:00:47 +0000</pubDate>
		<dc:creator>marcinmarszalek</dc:creator>
				<category><![CDATA[KONCERTY]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://thecure.pl/?p=350</guid>
		<description><![CDATA[“IT`S A PERFECT DAY FOR DREAMS COME TRUE” AGAIN AND AGAIN AND AGAIN&#8230;&#8230;&#8230;&#8230;&#8230;&#8230;&#8230;&#8230;&#8230;..THE CURE PO RAZ SIÓDMY Nie wiem dlaczego, ale 2 lipca zeszłego roku &#8211; po zakończonym koncercie w Werchter &#8211; miałam nieodparte wrażenie, że po raz ostatni oglądałam THE CURE na żywo. Wtedy przekonałam się też , że występy pod gołym niebem są o wiele bardziej odlotowe i mocniej się je przeżywa&#8230;.. Na szczęście Robert Smith i Spółka ]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>“IT`S A PERFECT DAY FOR DREAMS COME TRUE”</p>
<p>AGAIN AND AGAIN AND AGAIN&#8230;&#8230;&#8230;&#8230;&#8230;&#8230;&#8230;&#8230;&#8230;..THE CURE PO RAZ SIÓDMY</p>
<p>Nie wiem dlaczego, ale 2 lipca zeszłego roku &#8211; po zakończonym koncercie w Werchter &#8211; miałam nieodparte wrażenie, że po raz ostatni oglądałam THE CURE na żywo. Wtedy przekonałam się też , że występy pod gołym niebem są o wiele bardziej odlotowe i mocniej się je przeżywa&#8230;..</p>
<p>Na szczęście Robert Smith i Spółka lubią zaskakiwać!!!&#8230; kiedy więc przeczytałam, że będzie można Ich obejrzeć na jedynym w tym roku koncercie na festiwalu w Roskilde (zeszłoroczny odwołali z powodu tragedii, jaka przydarzyła się podczas występu Pearl Jam&#8230;), OCZYWISTE stało się dla mnie, że nie mogą sobie odpuścić wyjazdu do Danii.</p>
<p>Tym razem zjechaliśmy z różnych miejsc Polski do Piły. Tam nasza siedmioosobowa „załoga” zapakowała się na pokład busa, a późnym popołudniem byliśmy już w drodze „do szczęścia”&#8230; Podróż przebiegła bardzo sympatycznie, szkoda tylko, że na promie spędziliśmy zaledwie 45 minut (płynęliśmy z Niemiec, a nie ze Szczecina, jak inni znajomi, których spotkaliśmy potem na terenie festiwalu). Do Danii jechaliśmy specjalnie dość szybko, żeby dotrzeć na otwarcie kas o 8 rano i nie mieć problemu z kupieniem biletu &#8211; okazało się to zupełnie niepotrzebne, bo tłumów wcale nie było!!! Wręcz przeciwnie &#8211; ludzie w kasach aż podskoczyli z radości, kiedy zobaczyli, że chcemy kupić „wejściówki”. Następnie dostaliśmy ataku śmiechu, kiedy kazano nam wkładać ręce w przyrząd przypominający średniowieczne narzędzia tortur. Wszystko po to, by „zakleszczyć” upoważniającą do wejścia na teren festiwalu specjalną „bransoletkę” w taki sposób, żeby nie można jej było ściągnąć z ręki. Gdy wreszcie wczesnym rankiem „przebrnęliśmy” przez festiwalowe bramki (ochroniarze mieli baardzo leniwe nastawienie do pracy), oczywiście większość ludzi jeszcze spała po nocnych koncertach. Wyglądaliśmy więc trochę dziwnie, „prawie” samotnie pijąc kawę w (na szczęście) otwartych już stoiskach z jedzeniem. Potem, podobnie jak w Werchter, było włóczenie się po naprawdę ogromnym terenie festiwalu, rozpoznawanie scen po kolorach, walka z narastającym zmęczeniem, zabijanie czasu na oglądaniu różnych przedziwnych ludzi, konsumowanie piwa, poszukiwanie cure`owo- roskildowych koszulek ( widziałam kilka osób w takowych, ale w sprzedaży NIESTETY już nie było &#8211; pewnie „wyszły” pierwszego dnia). No i tak przebiedowaliśmy, aż zaczęły się wreszcie koncerty na różnych scenach. Szkoda – tego dnia nie było dla mnie nic ciekawego. Bardzo żałowałam, że w poprzednie dni zagrali już Placebo czy Nick Cave, bo chętnie obejrzałabym ich raz jeszcze; na koncert PJ Harvey też miałam wielką ochotę, ale cóż – nigdy nie ma pełni szczęścia. Nie pozostało nic innego, jak oglądanie wielu nieznanych mi kapel, a jak już trafiła się Apocalyptica &#8211; to po paru kawałkach wydawało mi się, że grają ciągle ten sam numer. Potem poszłam na Misty In Roots &#8211; stara dobra kapela reggae, którą pamiętam z dwóch świetnych koncertów w Polsce &#8211; ale teraz już nie są tacy „roots” jak dawniej, chyba trochę za bardzo się skomercjalizowali. Kiedy wróciłam pod pomarańczową scenę, produkowała się na niej Patty Smith &#8211; moim zdaniem mocno przeintelektualizowana, ale i tak jestem pełna podziwu dla niej, bo pomimo tak bujnego życia nadal świetnie się trzyma&#8230;.no i klasyki typu „Dancing Barefoot” ciągle brzmią świetnie. Po Patty Smith wystąpił człowiek o tym samym nazwisku, ale znacznie mi bliższy&#8230;&#8230;i wreszcie serce zabiło mocniej!!!!! W podróży przez cały czas zastanawialiśmy się, czy Cure`y przygotują na ten jedyny występ w tym roku jakąś niespodziankę&#8230;. Niestety (?) &#8211; kiedy z głośników popłynęło Adagio For Strings, poczułam, że chyba po raz kolejny usłyszymy zestaw z Dream Tour (no nie, żeby mi się nie podobało, ale w zeszłym roku słyszałam ten program 3 razy i miałam cichą nadzieję na jakąś odmianę&#8230;). Wiele osób czyniło z tego zarzut. Myślę jednak, że zmiany mogłyby nastąpić, gdyby chodziło o jedyny koncert, ale tylko dla zagorzałych fanów Cure, którzy doskonale poznali już „Trasę Marzeń”. Natomiast w Danii to było granie na festiwalu, dla różnych ludzi, być może i takich, którzy w ubiegłym roku przyjechali do Roskilde i Cure`a nie zobaczyli z powodu odwołania ich występu &#8211; w związku z tym odegrany został zestaw zeszłoroczny, bez niespodzianek&#8230; Trochę szkoda, ale i tak się cieszę, że mogłam to wszystko usłyszeć na żywo raz jeszcze &#8211; szczególnie zapowiedziany z dużym smutkiem w głosie TRUST, który jak zwykle wzruszył mnie do łez (i nie tylko mnie &#8211; na trzech wspaniałych, ogromnych telebimach widać było, że na twarzy Roberta również pojawiły się łzy&#8230;). Pomimo tego samego zestawu utworów i tak Shake Dog Shake, End i The Kiss – zagrane z niesamowitą siłą – wbiły mnie w ziemię podobnie jak rok temu! Jak zwykle bardzo ucieszył mnie mocno zielony od świateł From The Edge Of The Deep Green Sea. Czekałam na niego z niecierpliwością, bo to jeden z tych kawałków &#8211; “wciągaczy”, który ma w sobie coś takiego, że mogłabym go słuchać godzinami i kiedy tylko się kończy, natychmiast puszczam go od nowa. Jakże przyjemnie było znowu unieść z innymi ręce do nieba i wykrzyczeć z Robertem „never, never, never let me go she sad”&#8230;. No i Bloodflowers (z kwiatami w tle sceny) – utwór genialny i szczególny w każdych okolicznościach&#8230;. Oprócz wymienionych tytułów, listę uzupełniły jeszcze: Out Of This World, Watching Me Fall, Want, Fascination Street, Open, Maybe Someday, 100 Years, 39 i na bis „trochę popu”: Inbetween Days i Just Like Heaven (z przepięknymi efektami w postaci śniegu na scenie) oraz &#8211; na koniec &#8211; zaskakująco krótka, niestety, wersja A Forest. Koncert trwał zaledwie 2 godziny &#8211; wydaje mi się jednak, że takie były wymogi organizatorów i nasi Lekarze zmuszeni byli zakończyć granie równo o północy, bo na tę właśnie godzinę zaplanowano komunikat o oficjalnym zamknięciu festiwalu i&#8230; sztuczne ognie.</p>
<p>Moje wrażenia „na gorąco” &#8211; Robert wydał mi się wyjątkowo zadowolony ( początkowy „strach” na twarzy, kiedy wyszedł na scenę i zobaczył taką masę ludzi, szybko zamienił się w dyskretny uśmiech). Poza tym wyglądał na wypoczętego i pełnego energii, ale trudno się dziwić &#8211; to był pierwszy koncert od kilku miesięcy, a nie granie i śpiewanie codziennie tego samego programu i miesiące spędzane w trasie i na imprezach po koncertach &#8211; to się czuło&#8230; Na ogromnym pionowym telebimie umieszczonym wysoko na rusztowaniu za konsoletą (sceny i pozostałych dwóch telebimów nie miałam szansy widzieć, bo było tam zdecydowanie zbyt tłoczno) Robert wyglądał jak jakiś prorok śpiewający i grający dla nas na niebie&#8230;. Był taki uroczy, kiedy puszczał te swoje nieśmiałe uśmiechy do publiczności&#8230; widać było, że bardzo go cieszy to granie. Z ręką na sercu kłaniał się nam na koniec i cały czas uśmiechał (to raczej rzadkie w jego przypadku, prawda?:))) Simon też trochę zaskoczył &#8211; zmienił fryzurę na krótkie włosy i długie baki. Reszta raczej bez zmian – statycznie. Tym razem po koncercie jakoś wcale nie miałam wrażenia (tak jak rok temu w Werchter), że oglądałam ich ostatni występ&#8230;, może to przez ten bijący od Roberta optymizm?:))&#8230;a może dlatego, że na pożegnanie Robert powiedział coś w rodzaju: We`ll come back to Denmark! (tylko czy można mu wierzyć?J)</p>
<p>Po ubiegłorocznych wypadkach więcej niż zwykle mówiło się przed festiwalem o bezpieczeństwie. Organizatorzy jednak bardzo się starali, żeby wszystko było w porządku i pod kontrolą ochrony. Przed sceną ustawiono kilka rzędów barierek, za które ochroniarze wpuszczali tylko określoną ilość ludzi. Udało się dzięki temu uniknąć ścisku i naporu tłumu z tyłu. Już kilka godzin przed koncertem The Cure z boku Pomarańczowej sceny przy tychże barierkach usadowiły się liczne rzesze „szczególnie” wyglądających ludzi, którzy cierpliwie czekali, aż fani Patty Smith opuszczą strefę z najlepszym widokiem i zrobią dla nich miejsce&#8230;.. Pogoda na szczęście była w miarę fajna (żadnego oberwania chmury, jak w Werchter:))) Słońce czasem zakrywały chmury &#8211; wtedy nawiewał dosyć chłodny wiatr z północy i zaczynałam „zamarzać” (ale to pewnie bardziej z niewyspania i zmęczenia, bo jednak ogromna większość ludzi urzędowała w t-shirtach, a byli i bardziej rozebrani:) Wieczorem wiatr się uspokoił i zrobiło się całkiem ciepło, może dlatego że &#8220;rozgrzewali&#8221; nas już wtedy Robert i S-ka&#8230;.</p>
<p>Jeszcze jeden moment, który mocno utkwił mi w pamięci – w drodze powrotnej w środku nocy rozkołysany prom, zimny wiatr szalejący na wyludnionym pokładzie, silnie uderzające o burty fale, niezwykła plama białych chmur na czarnym niebie i oczywiście muzyka Cure w słuchawkach&#8230;&#8230; to jest to, co lubię&#8230;..</p>
<p>Zatopiony głęboko w nocy<br />
Topię się w nocy<br />
Samotny stojąc pod niebem<br />
Czuję lodowaty chłód<br />
Na mojej twarzy</p>
<p>Sunk deep in the night<br />
I sink in the night<br />
Standing alone underneath the sky<br />
I feel the chill of ice<br />
On my face</p>
<p>The Cure to jedyny zespół, który potrafi mnie tak wzruszać &#8211; nawet grając ciągle te same kawałki:)&#8230; I raz jeszcze przekonałam się, że koncerty w plenerze &#8211; kiedy cała przestrzeń wokół aż do nieba wypełnia się muzyką Lekarzy &#8211; wciągają o wiele bardziej&#8230; Wciąż mam nadzieję, że niebawem znowu doczekam się Cure`acji na którymś z letnich festiwali&#8230;</p>
<p>“IT`S A PERFECT DAY FOR DREAMS COME TRUE”&#8230; to był wspaniały dzień &#8211; dzięki koncertowi w Roskilde znowu spełniły się marzenia!</p>
<p><strong>Olga Palka</strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://thecure.pl/artykul/roskilde-festival-1-07-2001/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Roskilde Festival 1.07.2001</title>
		<link>http://thecure.pl/artykul/roskilde-festival-1-07-2001-2/</link>
		<comments>http://thecure.pl/artykul/roskilde-festival-1-07-2001-2/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 20 Feb 2012 05:00:05 +0000</pubDate>
		<dc:creator>marcinmarszalek</dc:creator>
				<category><![CDATA[KONCERTY]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://thecure.pl/?p=354</guid>
		<description><![CDATA[Roskilde to nieduże miasto w Danii, położone kilkadziesiąt kilometrów na południe od Kopenhagi. Od ponad trzydziestu lat, co roku organizowany jest w pobliżu tej miejscowości festiwal muzyki rockowej. Jest to jeden z większych, jeśli nie największy i chyba najbardziej znany festiwal tego typu, odbywający się w Europie. Tegoroczny festiwal trwał cztery dni ( 28.06 – 01.07.), nie licząc koncertów organizowanych na tak zwanej scenie kempingowej, już na trzy dni przed ]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Roskilde to nieduże miasto w Danii, położone kilkadziesiąt kilometrów na południe od Kopenhagi. Od ponad trzydziestu lat, co roku organizowany jest w pobliżu tej miejscowości festiwal muzyki rockowej. Jest to jeden z większych, jeśli nie największy i chyba najbardziej znany festiwal tego typu, odbywający się w Europie.</p>
<p>Tegoroczny festiwal trwał cztery dni ( 28.06 – 01.07.), nie licząc koncertów organizowanych na tak zwanej scenie kempingowej, już na trzy dni przed oficjalnym otwarciem całej imprezy.</p>
<p>O randze i świetności festiwalu mogą świadczyć występy na nim takich gwiazd, jak m.in. Bob Dylan Deftones, Placebo, Tool, PJ Harvey, Nick Cave, Patti Smith, Robbie Williams, The Gathering, Apocaliptica, Stereo MC’s, czy The Cure. Właśnie dla tego ostatniego zespołu, mogąc sobie pozwolić tylko na jednodniową wizytę w Roskilde, wybrałem dzień ostatni. Wiedząc, że The Cure ma zagrać na zakończenie całego festiwalu, wraz z grupą znajomych z całej Polski, wieczorem 30.06. wyruszyliśmy furgonetką w stronę Roskilde. Na miejscu byliśmy nazajutrz rano. Do upragnionego koncertu mieliśmy zatem cały dzień, który spędziliśmy na spacerach pomiędzy siedmioma scenami, na których już od południa odbywały się koncerty. Pomimo rockowego charakteru festiwalu, artyści występujący w tym dniu, prezentowali bardzo zróżnicowane style muzyczne. Przykładami niech będą: punk rockowy Green Lizard, grający reggae Misty in Roots, dyskotekowa Aqua i znana ze swojego smyczkowego instrumentarium Apocaliptica. Myślę, że z pośród trzydziestu grup grających tamtej niedzieli, każdy mógł wybrać coś dla siebie. Mi osobiście najciekawszym wydał się, noisowy zespół o nazwie Queens of the Stone Age, nie biorąc pod uwagę głównego celu „wycieczki”, czyli koncertu The Cure.</p>
<p>Ten koncert zaczął się o 22:00. Jako rozpoczęcie występu The Cure, z głośników popłynęło piękne „Addaggio for strings” Samuela Barbera. W tym czasie muzycy pojawili się na scenie, gotowi, aby zagrać pierwszy utwór z wydanej w ubiegłym roku płyty „Bloodflowers”. Następnie zaczęli grac coraz mocniej: „Watching me fall”, „Want”, „Open” i znany z płyty „Disintegration”, &#8211; „Fascination Street”. Po tym ponad półgodzinnym bardzo ostrym jak na Roberta Smitha i spółkę graniu, nadszedł czas na chwile uspokojenia. Delikatny „Trust” z wydanej w ’92 roku płyty „Wish” wprost nie mógł nie zachwycić delikatną linią melodyczną pianina i drżącym głosem Smitha. Tu ukazało się to najpiękniejsze oblicze The Cure. Przez następną chwile zagrali trochę jakby weselej, bo do takich utworów należy zaprezentowany „Maybe Someday”, ale już po kilku minutach przypomnieli o drapieżnym charakterze zespołu. Wydawało się, że agresywny refren utworu „Shake dog shake”, śpiewa cale Roskilde. I znowu mocne i pełne chorych uczuć pieśni, jak „From the edge of the deep green sea”, „The Kiss”, “End” i “100 Years” , pochodzący z chyba najlepszej płyty The Cure pt. „Pornography”. Dalej „39” i w końcu tytułowy utwór z płyty „ Bloodflowers”. Po tym utworze muzycy zeszli ze sceny. Wywołani jednak potężnym hukiem braw i okrzyków, wrócili , aby zagrać bis w postaci trzech wielkich hitów, znanych nie tylko w kręgu wielbicieli zespołu. Popowe „Just like heaven” i „Inbetween days” oraz jeden ze sztandarowych utworów muzyki The Cure i gatunku New Wave – „A forest”. Po koncercie, na trąbce został odegrany sygnał oznajmujący zakończenie festiwalu. Zmęczeni i pełni wrażeń ruszyliśmy w stronę auta, aby przez noc wrócić do Polski.</p>
<p>Warto wspomnieć o imponującym oświetleniu, bez którego koncert był może nie wywarłby na mnie tak ogromnego wrażenia. Poza tym w porównaniu do ubiegłorocznego koncertu w Hali Sportowej w Lodzi i na festiwalu w Werchter (Belgia) , które miałem okazję przeżyć, muzycy wydawali się jakby bardziej rozluźnieni i wypoczęci. Prawdopodobnie spowodowane było to tym, że , był to pierwszy koncert The Cure w tym roku i jak zapowiada zespół, jedyny.</p>
<p><strong>Przemek Zdunek</strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://thecure.pl/artykul/roskilde-festival-1-07-2001-2/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Werchter Festival, 2.07.2000</title>
		<link>http://thecure.pl/artykul/werchter-festival-2-07-2000-2/</link>
		<comments>http://thecure.pl/artykul/werchter-festival-2-07-2000-2/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 19 Feb 2012 05:00:48 +0000</pubDate>
		<dc:creator>marcinmarszalek</dc:creator>
				<category><![CDATA[KONCERTY]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://thecure.pl/?p=346</guid>
		<description><![CDATA[&#8230;.Kiedy w kwietniu dane mi było przeżyć dwa wspaniałe spotkania z THE CURE w Pradze i Łodzi, nie przypuszczałam, że to jeszcze nie koniec mojego Dream Tour&#8217;u w tym roku&#8230; Gdy pojawiła się kolejna możliwość zobaczenia ich na żywo, zastanawiałam się co najwyżej dwie sekundy &#8211; a jeśli to rzeczywiście ostatnia trasa??? może to mój ostatni koncert??? nie mogę nie pojechać – przecież nie wybaczyłabym sobie do końca życia!&#8230;. &#8230;i ]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>&#8230;.Kiedy w kwietniu dane mi było przeżyć dwa wspaniałe spotkania z THE CURE w Pradze i Łodzi, nie przypuszczałam, że to jeszcze nie koniec mojego Dream Tour&#8217;u w tym roku&#8230;</p>
<p>Gdy pojawiła się kolejna możliwość zobaczenia ich na żywo, zastanawiałam się co najwyżej dwie sekundy &#8211;  a jeśli to rzeczywiście ostatnia trasa??? może to mój ostatni koncert??? nie mogę nie pojechać – przecież nie wybaczyłabym sobie do końca życia!&#8230;. </p>
<p>&#8230;i tak oto moja Trasa Marzeń niespodziewanie się przedłużyła&#8230;.</p>
<p>&#8230;Poranek w Werchter wyjątkowo gorący&#8230;.Bramki udało się przejść bez bólu, a więc będzie można spokojnie nagrywać i robić zdjęcia&#8230; Dopiero 11.00, a już tak grzeje! Jak na patelni&#8230;.Walczę z rosnącym upałem i coraz bardziej natrętnym zmęczeniem po podróży&#8230; nie pomaga nawet zimne piwo (strasznie cienkie zresztą)&#8230;.jak wytrzymam do 23.00, skoro dopiero 13.00???? Całe szczęście, że nie jestem sama, dzięki temu udaje mi się nie zasnąć&#8230; </p>
<p>Zaczyna Counting Crows, a więc już 17.30&#8230;.godziny spędzone na zabijaniu czasu&#8230;. nie sprawdziły się prognozy internetowe – miało być pochmurno z przelotnym deszczem, a tu tak przygrzewa&#8230;. Jest po 19.00 – zaczyna Paul Weller – to chyba odpowiednia pora, by przemieścić się bliżej sceny, choć tłumy niesamowite&#8230; robi się coraz bardziej nerwowo – już za cztery godziny&#8230;. </p>
<p>&#8230;.nagle czuję krople deszczu!&#8230;.przed 21.00 &#8211; w miejsce Pearl Jam, którzy odwołali swój występ z powodu tragedii w Roskilde &#8211;  wychodzą na scenę muzycy z Live&#8230;.a deszcz pada coraz bardziej&#8230;.Live całkiem niezły, chociaż wolałabym, żeby to był jednak R.E.M&#8230;.. z nieba ktoś wylewa wodę wiadrami&#8230; no i jak ja będę nagrywać Cure`ów w takiej ulewie?&#8230;.. nie przypuszczałam, że pod moim parasolem mieści się naraz tyle osób&#8230;. wmawiam innym (choć sama w to nie wierzę), że niebo się  przejaśnia i na Cure`ach na pewno przestanie padać&#8230;. </p>
<p>PRZESTAŁO PADAĆ!!! Jestem całkiem przemoczona, ale co tam – już prawie 23.00&#8230; nagle słychać znajome dźwięki&#8230;tak – to Adagio For Strings&#8230;uruchamiam nagrywanie&#8230;  po kilku minutach Out Of This World, Watching Me Fall – czyli bez niespodzianek&#8230; od razu powala mnie wspaniałe nagłośnienie&#8230;no i te dwa ogromne telebimy, na których spokojnie oglądam każdy ruch Roberta, każdy nieśmiały uśmiech czy grymas na Jego twarzy, skupienie nad gitarą&#8230; </p>
<p>Want – „&#8230;chcę, żeby niebo spadło mi na głowę&#8230;chcę, żeby zamiast deszczu padała krew&#8230;” Fascination Street, Open &#8211; &#8230;gapię się jak dziecko, a Robert przychyla mi nieba&#8230;.</p>
<p>The Loudest Sound – jedyny utwór na ostatniej płycie, za którym nie przepadam, na koncercie też mi nie pasuje&#8230;wolałabym w tym miejscu Where The Birds Always Sing&#8230; albo There Is No If &#8230;</p>
<p>Maybe Someday  &#8211; &#8230;może ten dzień jest końcem wszystkiego?&#8230;. Shake Dog Shake – co za siła!!! From The Edge Of The Deep Green Sea &#8211; &#8230;cudownie, zaraz usłyszę to, co kocham słyszeć: “&#8230;never never never never never let me go she says&#8230;”, a potem: “&#8230;why why why are you letting me go? she says&#8230;”  to nie deszcz, ocieram łzy z twarzy&#8230;..</p>
<p>Inbetween Days – jeśli zagrają podobnie jak w Pradze, to zaraz powinno nastąpić&#8230;..</p>
<p>JEST!!! SINKING – I am slowing down as the years go by I am sinking&#8230; tonę razem z Robertem&#8230; to drugi, po Faith, tekst, który rozkleja mnie w każdej sytuacji, nie jestem w stanie się opanować&#8230;&#8230; z bardzo daleka wracam do rzeczywistości – muszę zmienić dyskietkę&#8230;.niestety, The Kiss będzie bez kawałka wstępu&#8230;. ale chłopaki dają czadu&#8230;.czuję wszystkie wnętrzności&#8230;.moje serce bije w rytm perkusji&#8230;.. bardzo szybkie przejście w Prayers For Rain z dziwnym początkiem (jak to dobrze, że dyskietkę zmieniłam przy poprzednim utworze!)&#8230;.Robert nie pociągnął „raaaaaain” tak jak w Katowicach&#8230;ale i tak było wspaniale&#8230;. na niebie błysnęły światełka kolejnego samolotu startującego z pobliskiego lotniska&#8230;jak to dobrze, że nie ma nad nami sufitu&#8230;.można odlecieć dalej&#8230;.</p>
<p>100 Years – jeszcze raz dzięki za telebimy – jak na dłoni widać białe pulsujące światła na całej scenie&#8230; co za siła!!!&#8230; ale czy będzie jeszcze dzisiaj „pornograficznie”????&#8230;.</p>
<p>39 – „So the fire is almost out and there`s nothing left to burn..” znowu nie mogę uciec od myśli, że to już może naprawdę ostatni koncert Cure w moim życiu&#8230;</p>
<p>Bloodflowers – coraz bardziej czuję, że nadchodzi moment rozstania&#8230;. nie wiem, czy to tylko moje wrażenie – Robert odśpiewuje tekst z WYJĄTKOWYM  smutkiem i rezygnacją&#8230;. znowu jeden z najbardziej wyczekiwanych momentów: ”&#8230;Between you and me&#8230;.” &#8230;tysiące godzin wyrzuconych za siebie, bym przez chwilę „żyła”&#8230; temu uczuciu NIGDY nie pozwolę przeminąć&#8230;. </p>
<p>&#8230;.Co będzie, kiedy powrócą na scenę po przerwie????&#8230;.jak długo będę jeszcze czekać na to najważniejsze: „Catch me if I fall I`m losing hold&#8230;” ? &#8230;..wreszcie wracają!!!! Zaczyna się dziwnie, ale znajomo – Just Like Heaven&#8230;.ktoś z tłumu puszcza bańki mydlane, które lecą do nieba&#8230;jest bajkowo&#8230;. Co dalej? &#8211; niespodzianka! Boys Don`t Cry&#8230; a dlaczego mieliby nie płakać?&#8230;tempo coraz szybsze, momentalne przejście w 10:15 Saturday Night – znowu jest czadowo&#8230; i kolejne zaskoczenie – Killing An Arab – co za ENERGIA!!!! Aż mnie przytkało, tak mnie sponiewierali natężeniem dźwięków&#8230;. I nagle: „Good Night, Thank You”&#8230;.. zaraz, zaraz – jakie Good Night??? A gdzie Faith? Figurehead? A Forest?&#8230;. Czyżbym już nigdy w życiu miała nie usłyszeć na żywo Trust? The Same Deep Water As You?&#8230; po cichu marzyłam o Like Cockatoos, If Only Tonight We Could Sleep&#8230; nawet Hanging Garden czy Other Voices chodziły mi po głowie (New Day czy Play były chyba poza zasięgiem)&#8230; a tu “Good Night”&#8230;.niestety,  to nie był żart&#8230; zamiast The Cure, zza sceny rozbłysły sztuczne ognie&#8230; niebo straciło dla mnie magię&#8230;. </p>
<p>&#8230;Cóż, z poczuciem niedosytu stoję zagubiona w rozchodzącym się tłumie&#8230;. nie pozostało nic oprócz wiary, że hasła Roberta typu: „ostatni” po raz kolejny się nie sprawdzą&#8230;. i że dla tego rozczochranego, nieśmiałego faceta,  dla Jego &#8220;melancholijnych kawałków&#8221; i płaczliwego głosu znowu będę miała kiedyś okazję tłuc się przez pół Europy&#8230;. </p>
<p>&#8230;Pierwszy koncert Cure widziałam na odkrytym stadionie w Budapeszcie, potem były cztery kolejne w halach, teraz znowu przestrzeń – dzięki Werchter przekonałam się, że występy pod gołym niebem są o wiele bardziej odlotowe i głębiej się je przeżywa&#8230;.. może więc jeszcze kiedyś dane mi będzie Cure`ować się na jakimś letnim festiwalu&#8230;..?????</p>
<p>&#8230;.TO TOUCH THE SKY JUST ONE MORE TIME&#8230; &#8211;  DZIĘKI KONCERTOWI LEKARZY UDAŁO MI SIĘ DOTKNĄĆ NIEBA RAZ JESZCZE&#8230;&#8230;  </p>
<p><strong>Olga Palka </strong></p>
<p>PS : Dziękuję tym wszystkim, którzy pomogli mi przedłużyć mój tegoroczny DREAM TOUR&#8230; </p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://thecure.pl/artykul/werchter-festival-2-07-2000-2/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Werchter Festival, 2.07.2000</title>
		<link>http://thecure.pl/artykul/werchter-festival-2-07-2000/</link>
		<comments>http://thecure.pl/artykul/werchter-festival-2-07-2000/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 18 Feb 2012 05:00:36 +0000</pubDate>
		<dc:creator>marcinmarszalek</dc:creator>
				<category><![CDATA[KONCERTY]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://thecure.pl/?p=343</guid>
		<description><![CDATA[Kiedy dowiedziałem się o planach festiwalowych zespołu, nie zrobiły one na mnie zbyt dużego wrażenia. Tylko dwie daty. Festiwale w krajach, do których Dream Tour nie dotarło. Pomyślałem, że kwietniowe koncerty w Łodzi i Berlinie, które przyjdzie mi zobaczyć w zupełności wystarczą. Ale nic bardziej mylnego! Wspomniane występy jeszcze bardziej rozbudziły mój apetyt. Byłem głodny muzyki The Cure jak nigdy dotąd. Pozostała tylko decyzja, dokąd jechać? Wszystko przemawiało za Roskilde, ]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>  Kiedy dowiedziałem się o planach festiwalowych zespołu, nie zrobiły one na mnie zbyt dużego wrażenia. Tylko dwie daty. Festiwale w krajach, do których Dream Tour nie dotarło. Pomyślałem, że kwietniowe koncerty w Łodzi i Berlinie, które przyjdzie mi zobaczyć w zupełności wystarczą. Ale nic bardziej mylnego! Wspomniane występy jeszcze bardziej rozbudziły mój apetyt. Byłem głodny muzyki The Cure jak nigdy dotąd.</p>
<p>  Pozostała tylko decyzja, dokąd jechać? Wszystko przemawiało za Roskilde, lepsze połączenie, większa tradycja festiwalu (najsłynniejszy obok Glastonbury festiwal w Europie)&#8230; Tylko cena biletu odstraszała. Ponad 500 złotych i brak w sprzedaży biletów na pojedyncze dni festiwalu. A przecież The Cure mieli wystąpić podczas drugiego dnia. Biorąc pod uwagę wszystkie te zdarzenia i odwołany występ The Cure, dobrze się stało, że wybraliśmy Werchter.</p>
<p>  Rozpoczęły się przygotowania do wyjazdu. Na Polskiej Liście Dyskusyjnej poświęconej The Cure (sivvy) wrzało. Wspólne ustalanie wyjazdu, jego miejsca, kosztów, listy chętnych itd. Wybór padł na Szczecin (zadecydowały oczywiście pieniądze) i można było powoli przygotowywać się do wyjazdu.</p>
<p>  Przez cały ostatni tydzień słuchałem różnych festiwalowych koncertów The Cure (Glastonbury, Bizarre i inne) powoli wprowadzając się w atmosferę, która mnie czekała.</p>
<p>  Wreszcie nadszedł dzień wyjazdu. 1 lipca.<br />
Po kilkugodzinnej podróży pociągiem z Warszawy dotarliśmy do Szczecina. Chyba jako ostatni z całej grupy. Reszta czekała już w przydworcowej kawiarni umilając sobie czas przy piwie, kawie i wspólnym oglądaniu zdjęć z koncertów z Łodzi i Paryża.<br />
Po około godzinie wszyscy załadowaliśmy się do dwóch minibusów, które miały nas zawieść prosto do Werchter. Z głośników popłynęła muzyka The Cure.<br />
Ktoś w pewnej chwili zaproponował, żeby włączyć Program 3. I tu niespodzianka! Jakieś znajome dźwięki&#8230; to ‘Out Of This World’. Okazuje się, że Trójka właśnie retransmituje promocyjny koncert The Cure z Chicago. Uznaliśmy to za dobry znak. Chwilę później poprzez telefon komórkowy wysłaliśmy do Trójki e-maila – „prosto z trasy”. Po jakimś czasie na antenie zabrzmiały pozdrowienia, specjalnie dla nas&#8230; Jak to powiedział prowadzący audycje „specjalnie dla wesołego autobusu”. Oj&#8230; w tym momencie to był naprawdę „wesoły autobus”.</p>
<p>  Po kilkunastu godzinach podróży, kilku postojach na stacjach benzynowych, dojechaliśmy wreszcie do Werchter.<br />
Mała wioska, jakich wiele, oddalona ok. 20 km od Brukseli tętniła jednak życiem. Mimo wczesnej pory po ulicach krążyło mnóstwo ludzi. Wyczuwało się atmosferę trwającego tam już od dwóch dni festiwalu.<br />
Wreszcie mogliśmy powiedzieć: JESTEŚMY!</p>
<p>Jeszcze tylko odbiór wcześniej zamówionych biletów, w kasie i weszliśmy do środka. Od razu rzuciła mi się w oczy ogromna, główna scena festiwalu. Ale byliśmy zbyt daleko, żeby cokolwiek można było na niej dostrzec. Tylko dzięki dwóm wielkim telebimom umieszczonym po obu jej stronach można było się zorientować, że trwa właśnie koncert, że muzyka, która do nas dociera grana jest na żywo.<br />
Przy stoisku z festiwalowymi koszulkami wyznaczyliśmy sobie miejsce spotkania (na 2 godz. Przed rozpoczęciem koncertu The Cure) i dzieląc się na kilka grup zaczęliśmy zwiedzanie terenu festiwalu.</p>
<p>  Rozczarowaniem była dla mnie wiadomość o odwołaniu koncertu grupy Pearl Jam. Byłem podekscytowany, że oprócz The Cure zobaczę także inny wielki zespół, który bardzo lubię. Ale mając na uwadze wszystko to, co działo się w Roskilde trudno im się dziwić, że przerwali trasę i wrócili do USA. Zamiast Pearl Jam zagra zespół Live (czytam na ulotce) OK&#8230; znam.</p>
<p>  Rozpoczęło się długie odliczanie do koncertu The Cure. Leżąc na trawie, popijając piwo, obserwowałem przechadzających się ludzi. Mnóstwo z nich miało na sobie koszulki z wizerunkiem Roberta Smitha. To jeszcze bardzie utwierdziło mnie w przekonaniu, że za kilka godzin czeka nas wielkie przeżycie.</p>
<p>  Kiedy tak siedząc (leżąc) w prawie 30 stopniowym upale, zło wieszcząc na słońce i modląc się o deszcz, około godziny 15 z głównej sceny festiwalu (były 3 sceny) dobiegły do nas jakieś znajome dźwięki&#8230;</p>
<p>- Hej, czy to nie &#8216;Love Song&#8217;?<br />
- Hmmmm&#8230;?<br />
- Tak, to &#8216;Love Song&#8217;!</p>
<p>Szybko spojrzałem w “rozkład jazdy” festiwalu i&#8230; jest. Zespół nazywa się ‘A Perfect Circle’. Długa, chyba z 10 minutowa wersja utworu, podobno (ktoś mi później o tym wspomniał) ze specjalną zapowiedzią dla fanów Cure, ale kto by się wsłuchiwał przez cały czas w to, co się dzieje na głównej scenie. Tym bardziej, że odległość, która nas od niej dzieliła powodowała, że dźwięk, który do nas docierał był nieco zniekształcony.</p>
<p>  Mijały kolejne godziny… obszedłem chyba cały teren festiwalu… mnóstwo stoisk… koszulki, gadżety, płyty CD (ponad 70 PLN!!! – także Cure) i wiele, wiele innych. Kolejna niespodzianka. Spotkałem trójkę Polaków (pozdrowienia – Alison, Harold i Faith). Okazało się, że doskonale się znamy z IRCowego #thecure. Byli „w trasie” już od trzech dni!!! To jest poświęcenie… jechać 3 dni na koncert The Cure… to są prawdziwi fani!</p>
<p>  W miarę upływu czasu przesuwaliśmy się coraz bliżej sceny. Występował zespół Counting Crows, o którym „rozmawialiśmy” (szczególnie z Tomkiem Z.) wcześniej wiele razy. Jak wypadli? Nie wiem… nie słuchałem.</p>
<p>  Odliczaliśmy już godziny do tego właściwego koncertu gdy na scenie występował Paul Weller. Zachmurzyło się i zaczęło padać. W sumie zapowiadało się na to już od dawna ale rozmiary ulewy zaskoczyły chyba wszystkich. Na scenę wchodzi zespół Live. Można powiedzieć, że ich nazwa nie jest przypadkowa. Rzeczywiście zagrali znakomity koncert. Usłyszeliśmy m.in. ‘I Alone’, ‘Selling The Drama’ i ‘The Dolphin’s Cry’. A niesamowicie w tych strugach deszczu zabrzmiał ‘Run To The Water’. Ja nie musiałem uciekać do wody – już byłem nią przesiąknięty od dobrej pół godziny.<br />
Bez kurtki, bez parasola… ale to jest właśnie to szaleństwo… to są chwile, które się będzie długo pamiętać… stoję w deszczu, gdzieś ok. 2000 km od domu i dobrze się bawię. Wariactwo!<br />
Tuż przed 22 przestało padać. Jakimś cudem Ed Kowalczyk (wokalista Live) przepędził deszcz. Chyba dwa, czy trzy bisy (po raz drugi ‘I Alone’) i można już było zajmować miejsca na główną gwiazdę wieczoru… The Cure.</p>
<p>  Po scenie zaczęli krzątać się techniczni. Z głośników poleciała mocno wyciszona muzyka. Wśród kilku dziwnych kawałków (np. Nena) znalazł się ‘Maybe Someday’.<br />
Zacząłem się zastanawiać, które utwory chciałbym usłyszeć. Nie ważne… było mi już wszystko jedno. Jestem TU a oni zaraz wyjdą. Zaraz ich zobaczę… znów będę chłonął ich muzykę. To co zagrają jest mniej istotne. Chociaż miałem taki jeden utwór… i był!</p>
<p>  Zapaliły się niebieskie światła… Adagio For Strings… czyżbym był na kolejnym koncercie Dream Tour? Wychodzą! Pierwszy Jason, dalej Perry, Robert, Simon i Roger.<br />
Pierwsze takty perkusji i już wszystko jasne -‘Out Of This World’. Robert chwyta za gitarę i od razu podchodzi na skraj sceny, najpierw z jednej strony, potem z drugiej.<br />
Dzięki wielkim telebimom umieszczonym po obu stronach sceny widzę dokładnie każdy jego ruch, każde spojrzenie. Jeszcze nie raz podczas tego koncertu będę wlepiał wzrok w oba ekrany.<br />
Kołyszący ‘Out Of This World’ wprawia wszystkich w niesamowity nastrój. Ten jedyny, specyficzny, jaki można doświadczyć tylko na koncertach Roberta Smitha i spółki.</p>
<p>‘Watching Me Fall’. Przyznam się szczerze, że nie za bardzo podoba mi się ten utwór w zestawieniu z innymi na Bloodflowers. Ale co innego nagranie studyjne, a co innego wysłuchanie go na żywo. Już w kwietniu przekonałem się, że o niebo lepiej wypada na koncertach. A w Werchter dzięki potężnemu nagłośnieniu brzmiał jeszcze bardziej drapieżnie. W mocniejszych fragmentach utworu niesamowita gra świateł. Zastanawiałem się wcześniej, czy nie zabraknie nam tych projekcji video z Dream Tour. Okazało się, że wcale nie! To, co pokazali oświetleniowcy jeszcze bardziej wzmogło siłę koncertu. ‘Want’, ‘Fascination Street’, ‘Open’ – ten niesamowity wieczór nabrał rozpędu. W pewnym momencie zauważyłem, że Roger ma pomalowane oczy (pewnie to robota Smitha) – to chyba pierwszy raz podczas Dream Tour.<br />
‘The Loudest Sound’ wcale nie zabrzmiał najgłośniej. Ktoś słusznie zauważył, że ten utwór niezbyt dobrze wypada na koncertach. Tak było i tym razem.<br />
Drastyczna zmiana nastroju. Potężne białe światła rozbłyskują na scenie&#8230; ‘Shake Dog Shake’&#8230; jest jasno jak w dzień. Utwór momentami wykrzyczany przez Smitha.<br />
Kolejna zmiana barw i ‘From The Edge Of The Deep Green Sea’ – ulubiony kawałek Simona Gallupa z całej twórczości The Cure. W pewnym momencie setki rąk podniesionych ku niebu.</p>
<p>Pomimo tego, że repertuar nie różnił się (kolejny utwór to ‘Inbetween Days’) na razie od koncertów, na których byłem w kwietniu&#8230; w zupełności mi to nie przeszkadza. Jakże inny jest odbiór koncertu w zamkniętej, dusznej hali w porównaniu z otwartym festiwalem, wśród wielu tysięcy ludzi, których nie można nawet ogarnąć wzrokiem.  </p>
<p>Po ‘Inbetween Days’ zrobiło się ciemno. Tylko kilka reflektorów skierowanych na zespół. W pierwszej chwili pomyślałem, że to być może częściowa awaria oświetlenia. Ale nic z tych rzeczy. Zaczynam tonąć we fioletowych dźwiękach ‘Sinking’. W powietrzu fruwają bańki mydlane. To są naprawdę wielkie chwile!</p>
<p>Zrobiło się spokojnie&#8230; ale nie na długo&#8230; czerwień i biel&#8230; ‘The Kiss’ !!!</p>
<p>Jeśli ktoś uważa, że w Łodzi został zaskoczony niesamowitą energią włożoną w ten utwór, trzeba było przeżyć Werchter. Wprost ogromna siła&#8230; patrzę na zbliżenie Smitha&#8230; on oddaje całego siebie podczas wykonywania tego utworu&#8230; niesamowity, przeraźliwy grymas, krzyk&#8230; czerwień wypala wszystkich zgromadzonych pod sceną. Szok&#8230; stałem nie mogąc poruszyć nawet ręką.</p>
<p>Po ‘The Kiss’ szybkie przejście w ‘Prayers For Rain’ z trochę dziwnym początkiem (chyba nie za bardzo im to wyszło) i moment oddechu. Trochę to dziwne, modlić się o deszcz, kiedy jest się przemoczonym do kości. Nawet słynny „Raaaain” nie wypadł imponująco, ale to dlatego, że ‘The Kiss’ kosztowało Smitha sporo zdrowia.  </p>
<p>‘100 Years’. I znowu ta ogromna siła&#8230; pulsujące światła stroboskopowe. Patrzę na Rogera (pamiętam jego ziewanie podczas łodzkiego koncertu) Można powiedzieć, że Łódź po prostu „odwalił”. A tu?!? Przy ‘100 Years’ zachowuje się jak w szalonym transie. Dosłownie skacze przy keyboardzie. Mam wrażenie, że zaraz podniesie cały sprzęt i roztrzaska go o scenę. Brak mi słów&#8230;  </p>
<p>Końcówka koncertu: ‘39’ i ‘Bloodflowers’.<br />
Ten pierwszy zawsze pomijam, słuchając płyty Bloodflowers, dlatego też nie będę się rozpisywał na jego temat.<br />
Podstawowy set – jak zresztą na całej trasie – zakończył ‘Bloodflowers’. Jak wspaniały jest to utwór nie trzeba nikogo przekonywać i każde jego wykonanie jest wielkim przeżyciem. Właściwie można go słuchać bez końca.<br />
Ale wszystko, co dobre szybko się kończy&#8230; w czerwieni reflektorów muzycy zeszli ze sceny.</p>
<p>Doskonale jednak wiedziałem, że muszą wyjść. Przeraźliwy pisk i gwizd widowni nie pozwolił zespołowi długo na siebie czekać. Wrócili&#8230; wrzawa!<br />
Robert od razu podszedł do mikrofonu i powiedział: „nie mamy zbyt dużo czasu&#8230;” i zaraz po ostatni jego słowie Jason i Simon zaczęli grać&#8230; ‘Just Like Heaven’!<br />
Nie wyobrażam sobie koncertu The Cure bez tego utworu. „You, you, you” – śpiewał Smith, a z nim prawie wszyscy.  </p>
<p>‘Just Like Heaven’ zagrali&#8230; ale czy zagrają&#8230; Robert zaczął coś pobrząkiwać na gitarze – słucham i&#8230; czyżby?!? „JEST K**** JEST!!!” – wyskoczyłem do góry i wykrzyknąłem na całe gardło (ciekawe, czy ktoś mnie zrozumiał?)<br />
‘Boys Don’t Cry’ &#8230; o rany!!! Jak ja chciałem, żeby to zagrali!!! Skaczę jak oszalały, choć cały przesiąknięty wodą (cięższy o dobre kilka kilogramów)&#8230; nie wiem jak moje nogi to wytrzymują (poczuję to dopiero póżniej). Ale kogo to teraz interesuje, kto by o tym myślał, kto by się tym przejmował? Jest pięknie, cudownie, niesamowicie&#8230; żadne słowa nie potrafią wyrazić takich chwil.</p>
<p>Wygląda na to, że zakończą tak jak podczas większości koncertów amerykańskiej części Dream Tour.</p>
<p>Zgadza się. ’10:15 Saturday Night’. To chyba ta prawie dwutygodniowa przerwa spowodowała, że mają oni w sobie tyle energii. Wszyscy znają charakterystyczny taniec Simona, ale to, co wyprawiał w Werchter to było totalne szaleństwo. Jeszcze chwila a się przewróci na scenę – myślę. Perry&#8230; zawsze spokojny&#8230; uderza z całych sił w gitarę. Podobnie Roger i Jason – szaleją. Tylko Robert&#8230; widać, że czuwa nad wszystkim.</p>
<p>Charakterystyczne solo i zaczyna się ‘Killing An Arab’. Już wiem, że to ostatni utwór, ale chyba nie zapomnę go nigdy.<br />
Potężna dawka dźwięków&#8230; świtała stroboskopowe&#8230; wyglądało to NIEPRAWDOPODOBNIE!!!<br />
W pewnej chwili poczułem jak jakaś ogromna fala uderza w nas z całą swoją siła, niszcząc wszystko wokół, rozrywając nasze ciała&#8230; a my unosimy się w górę, płynąc wraz z potokiem dźwięków&#8230; gdzieś&#8230; daleko&#8230; W pewnym momencie słyszę: „Thank You, Good Night’ – opadam na ziemię. Uffff&#8230; to było COŚ! To był koncert, którego nigdy nie zapomnę.</p>
<p>Odwróciłem się&#8230; patrzę na ludzi&#8230; mają łzy w oczach, łapią się za głowy. Może nie reagowali przez cały koncert zbyt spontanicznie&#8230; nie śpiewali, nie tańczyli&#8230; ale na pewno bardzo przeżyli te dwie ostatnie godziny. Każdy dźwięk, który do nich docierał miażdżył całe wnętrze. Ten koncert był jak potężna burza z piorunami&#8230; nieznana, nieobliczalna energia, której byliśmy świadkami i w której uczestniczyliśmy.  </p>
<p>Przy akompaniamencie gwizdów na scenę wyszedł jeden z organizatorów i powiedział „To już koniec&#8230; dziękujemy”.<br />
Niebo rozświetliła cała masa sztucznych ogni&#8230; tak&#8230; to koniec.</p>
<p>  Mokrzy, straszliwie przemęczeni, ale świadomi, że byliśmy świadkami czegoś wielkiego, udaliśmy się do busów i po chwili ruszyliśmy w drogę powrotną do Szczecina.  </p>
<p>  Po dotarciu na miejsce w poniedziałkowe popołudnie, życząc sobie kolejnego festiwalowego wyjazdu rozjechaliśmy się do Warszawy, Łodzi, Krakowa, Piły, Częstochowy, Torunia, Olsztyna, Ełku i Gdyni&#8230; zabierając ze sobą cząstkę wspólnych przeżyć, które jeszcze wiele razy będziemy wspominać.</p>
<p>Minęły już cztery dni od tamtych chwil, a ja jeszcze nie włączyłem w domu nawet radia. To wszystko dlatego, aby jak najdłużej zachować w pamięci koncert, który ciągle jeszcze gra w mojej głowie&#8230; Być może mój ostatni taniec&#8230;</p>
<p>&#8230;ostatni taniec z zespołem The Cure.</p>
<p><strong>Marcin Marszałek</strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://thecure.pl/artykul/werchter-festival-2-07-2000/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Po raz pierwszy w Rosji!</title>
		<link>http://thecure.pl/artykul/po-raz-pierwszy-rosji/</link>
		<comments>http://thecure.pl/artykul/po-raz-pierwszy-rosji/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 17 Feb 2012 06:46:47 +0000</pubDate>
		<dc:creator>nevyn</dc:creator>
				<category><![CDATA[NAJWAŻNIEJSZE]]></category>
		<category><![CDATA[NEWSY]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://thecure.pl/?p=523</guid>
		<description><![CDATA[Stało się! The Cure zagra po raz pierwszy w Rosji. To jedno z państw, którego do tej pory nie było na mapie koncertowej naszego ulubionego zespołu. Tak więc trzeci przystanek na trasie festiwalowej to Rosja, Moskwa, festiwal Maxidrom &#8211; 11.06.2012 11.06.2012 Maxidrom Festival (Moskwa ROSJA) Razem z&#8230; ? Bilety w sprzedazy od 21 lutego. Maxidrom Festival to coroczna impreza organizowana w Moskwie przez rozglosnie radiowa Radio Maxidrom. W tym roku ]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Stało się! The Cure zagra po raz pierwszy w Rosji. To jedno z państw, którego do tej pory nie było na mapie koncertowej naszego ulubionego zespołu.</p>
<p>Tak więc trzeci przystanek na trasie festiwalowej to Rosja, Moskwa, festiwal Maxidrom &#8211; 11.06.2012</p>
<p></br><br />
</br><br />
</br></p>
<p><strong>11.06.2012 Maxidrom Festival (Moskwa ROSJA)</strong><br />
Razem z&#8230; ?<br />
Bilety w sprzedazy od 21 lutego.</p>
<p>Maxidrom Festival to coroczna impreza organizowana w Moskwie przez rozglosnie radiowa Radio Maxidrom. W tym roku bedzie to 11 edycja festiwalu, bo choc wszystko rozpoczelo sie w roku 2000, to w latach 2009-2010 impreza zostala zawieszona. The Cure wystapia po raz pierwszy w Rosji.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Pozostaly jeszcze 3 lub 4 festiwale do potwierdzenia w najblizszym czasie. Jak juz wczesniej informowalismy beda to prawdopodobnie dwie daty w Wielkiej Brytanii, Irlandia i byc moze wegierski Sziget.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://thecure.pl/artykul/po-raz-pierwszy-rosji/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>13</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>New York, Jones Beach 20.06.2000</title>
		<link>http://thecure.pl/artykul/new-york-jones-beach-20-06-2000/</link>
		<comments>http://thecure.pl/artykul/new-york-jones-beach-20-06-2000/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 17 Feb 2012 05:00:07 +0000</pubDate>
		<dc:creator>marcinmarszalek</dc:creator>
				<category><![CDATA[KONCERTY]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://thecure.pl/?p=391</guid>
		<description><![CDATA[Pierwszy raz kiedy byłem na koncercie The Cure było to w Polsce w Katowicach. Wiele razy widziałem ich live na video, MTV albo w innych miejscach. Zauroczony jestem ich muzyką już od wczesnej młodości. To co pokazali na Jones Beach było po prostu piękne. Na potwierdzenie tego można przytoczyć słowa dziewczyny która obok mnie była. Stara fanka The Cure z USA &#8211; 13 lat temu była w tym samym miejscu ]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Pierwszy raz kiedy byłem na koncercie The Cure było to w Polsce w Katowicach. Wiele razy widziałem ich live na video, MTV albo w innych miejscach. Zauroczony jestem ich muzyką już od wczesnej młodości. To co pokazali na Jones Beach było po prostu piękne. Na potwierdzenie tego można przytoczyć słowa dziewczyny która obok mnie była. Stara fanka The Cure z USA &#8211; 13 lat temu była w tym samym miejscu na koncercie The Cure, tyle ze wtedy promowali plytke &#8220;Kiss me kiss me kiss me&#8221;. Wtedy świat wyglądał trochę inaczej tak mówiła, grali swoje hity. A teraz zagrali coś niekonwencjonalnego tzn. utwory ze starych płyt które nigdy wcześniej nie były grane na koncertach. Oczywiście nie wszystkim się to podobało, ale ona była w niebie i ja też byłem w niebie. Amerykanie są za głupi na taka muzykę. Chodzą na koncerty dokładnie nie wiedząc czego się spodziewać. Próbują dopasować się do reszty świata ale to wszystko jest tak sztuczne, że aż chce się rzygać.</p>
<p>Myślałem, że koncert w NY to będzie coś wielkiego na amerykańską skale i z ich rozmachem. Ale szczerze mówiąc w porównaniu z Katowicami to była LIPA jakich mało. Ludzie w Polsce lepiej się bawią. Wracając do głównego wątku; Otóż ta dziewczyna była ze swoim chłopakiem co ciekawe murzynem jedynym w amfiteatrze (ciekawe jak się czuł sam wśród świrów???). Nie mniej jednak ona widziała The Cure w tym samym miejscu 13 lat temu. Powiem tyle: pomimo, że mój angielski nie jest najlepszy; z nikim tak się nie dogadałem w temacie muzyki jak z nią. Reszta na koncercie to było tło, oni sami do końca nie wiedzieli gdzie przyjechali i na jaki koncert! Tacy są amerykanie strasznie ograniczeni. A ciężko się żyje z takimi ludźmi.</p>
<p>Gdybym mógł wybrać gdzie mam jechać na koncert czy do Katowic (do hanysów), czy do Nowego Jorku wybrałbym hanysów. Może trudno w to uwierzyć ale koncert w Polsce na którym byłem był dużo lepszy od tego tu. Nie chodzi przy tym o to co zespól grał, tylko o publiczność. W Polsce nie jest taka sztuczna jak tu. I nie szczerzy sztucznych zębów do kamery  żeby był w TV. Kocham The Cure i nienawidzę amerykanów chociaż tu mieszkam.</p>
<p><strong>Gniady </strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://thecure.pl/artykul/new-york-jones-beach-20-06-2000/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>&#8220;Mój Dream Tour&#8221;</title>
		<link>http://thecure.pl/artykul/moj-dream-tour/</link>
		<comments>http://thecure.pl/artykul/moj-dream-tour/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 16 Feb 2012 05:00:40 +0000</pubDate>
		<dc:creator>marcinmarszalek</dc:creator>
				<category><![CDATA[KONCERTY]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://thecure.pl/?p=335</guid>
		<description><![CDATA[Łódź 14.4., Berlin 16.4., Hamburg 17.4., Rotterdam 19.4., Londyn 22.4., Paryż 25.4., Paryż 26.4., Oberhausen 28.4. THE CURE &#8211; NAJWAŻNIEJSZY ZESPÓŁ NA ŚWIECIE. Od dwunastu lat jestem wyznawcą, maniakiem, fanatykiem The Cure. Czy jest w tym coś złego? Czy można przeżywać tą Muzykę i nie być fanatykiem The Cure? Co czujesz gdy zobaczysz po raz pierwszy Kobietę-Miłość Swojego Życia? Czy jesteś zaskoczony i zaintrygowany? Czy chcesz spotkać się z Nią ]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Łódź 14.4., Berlin 16.4., Hamburg 17.4., Rotterdam 19.4., Londyn 22.4., Paryż 25.4., Paryż 26.4., Oberhausen 28.4.</p>
<p>THE CURE &#8211; NAJWAŻNIEJSZY ZESPÓŁ NA ŚWIECIE.</p>
<p>Od dwunastu lat jestem wyznawcą, maniakiem, fanatykiem The Cure. Czy jest w tym coś złego? Czy można przeżywać tą Muzykę i nie być fanatykiem The Cure? Co czujesz gdy zobaczysz po raz pierwszy Kobietę-Miłość Swojego Życia? Czy jesteś zaskoczony i zaintrygowany? Czy chcesz spotkać się z Nią ponownie? Gdy poznasz ją bliżej czy chcesz być obok Niej codziennie, spędzić każdą możliwą chwilę blisko Niej? Czy chcesz przeżyć jak najprawdziwiej każdy pojedynczy dzień? Czy śnisz o pocałunku? Czy pragniesz kochać się z Nią wczesnym rankiem, w słoneczny dzień, gasnącym wieczorem i cichą nocą, jakby czas stanął w miejscu? Czy Marzysz o tym by kochać Ją bezgranicznie do końca życia?<br />
I co w końcu robisz?</p>
<p>“Gdybym kiedyś choć przez chwilę mógł POCZUĆ w sobie odpowiedź na chociaż jedno z tych pytań&#8230;” &#8211; to Marzenie, które żyje we mnie jakby od zawsze. Rok 2000 okazał się być rokiem spełnienia Marzeń&#8230;</p>
<p>W tym roku mogłem zaplanować sobie wyjazd na więcej niż jeden koncert The Cure. Już w 1998 pojechałem na trzy koncerty. Wcześniej miałem trochę wątpliwości czy to nie będzie za dużo wrażeń. Jednak koncert drugi, w Dreźnie, Koncert Życia pozbawił mnie wszelkich wątpliwości.</p>
<p style="text-align: center;"><em>Każda jedna chwila trzymania Cię za rękę ma wartość nieskończoną.</em></p>
<p>Dlatego też w tym roku chciałem zobaczyć jak najwięcej koncertów. Optymalna dla mnie okazała się trasa zaczynająca się w Łodzi, a kończąca 2 tygodnie później w Oberhausen &#8211; 8 koncertów, bez francuskiego Lille. Niskie pokłony biję tutaj dla Internetu &#8211; bez ciebie, stary, miałbym sporo kłopotów ze zdobyciem tylu biletów. W przeciwieństwie do koncertów z lat poprzednich, gorączkę przedkoncertową zacząłem odczuwać dość wcześnie &#8211; wiele dni przed 14 kwietnia. Z kilku powodów &#8211; “specyficzna” organizacja polskiego koncertu, niesamowite zestawy utworów grane przez zespół podczas pierwszych koncertów trasy, wreszcie coraz gorętsze dyskusje na ‘sivvym’ &#8211; polskiej liście dyskusyjnej The Cure.</p>
<p>Połowę dnia 13 kwietnia spędziłem na rozmowach telefonicznych &#8211; “mieszkają w Grandzie!”, “dostałem autograf od Gallupa na Piotrkowskiej!!!”, “idę do tego pubu!, zadzwonię jak wrócę”, “czekam pod drzwiami, ale impreza zamknięta!”&#8230; i tak dalej i tak dalej&#8230; ja tymczasem 300 kilometrów od Łodzi&#8230; Spać później nie mogłem&#8230;</p>
<p style="text-align: center;"><em>Jutro zobaczę Cię ponownie.<br />
Obejmę, przytulę bardzo mocno,<br />
dotknę policzkiem policzka,<br />
poczuję Twój oddech i uśmiech,<br />
i zamknę oczy&#8230;</em></p>
<p>Wreszcie nadszedł DZIEŃ PIERWSZY. 14 kwietnia &#8211; kolejna najważniejsza data w życiu polskich fanów The Cure. Po południu zapakowany na cały wyjazd wyruszam z Bydgoszczy razem z sympatyczną (i jak się okazało bardzo odważną &#8211; pozdrowionka Kasia&amp;Kamil) znajomą. Przed halą byliśmy około 18-tej. Oczywiście otoczoną już wtedy tłumem podobnych nam. Wtedy nastąpił czas kilku spotkań z przyjaciółmi &#8211; wiernymi wyznawcami tej samej Muzyki. Spotkań pełnych napięcia, oczekiwania, tremy, początków wzruszenia, radości, że jesteśmy tu razem. Co to są za chwile? Nic innego nie może równać się z tym Uczuciem&#8230;</p>
<p>Spotykam m.in. Klausa &#8211; znajomego fana z Danii. Wybiera się na identyczną trasę jak ja &#8211; od Łodzi do Oberhausen. Od dzisiaj po każdym koncercie będziemy spotykać się przy konsolecie. Wchodzimy do środka koło 18.30. Z przejęcia nie zwracam uwagi, że jest jakieś stoisko z koszulkami, dopiero kilkanaście minut później widzę u znajomych, że coś nakupowali. Eh&#8230; odłożę to sobie na któryś z następnych koncertów. Sala jeszcze dość pusta, wodzę wzrokiem dokoła, dźwięki jakby już wiszą w powietrzu, gotowe by na nas spaść wszystkie na raz. Niewielką grupką zajmujemy wygodne miejsca ok. 10 metrów przed konsoletą. Powinien być tu najlepszy dźwięk, dobry widok i nikt nie będzie przeszkadzał&#8230;</p>
<p>Za sceną widzę wiszące białe płachty &#8211; to pewnie te ekrany, o których czytałem wcześniej. Długi rząd gitar po prawej stronie, po lewej klawisze. Pewnie ustawią się jak w Hamburgu na początku lutego &#8211; od lewej Roger, Robert, Simon, Perry, z tyłu Jason&#8230; Taaaa&#8230; Rozglądam się dokoła &#8211; przejęte i uśmiechnięte twarze przyjaciół. Myślę trochę o tym co zagrają i trochę boję się o tym myśleć. WIEM, że ten koncert będzie niesamowity, piękny, wzruszający, że zagrają dla nas Koncert Marzeń. To już nie jest WIARA, ja to WIEM.</p>
<p style="text-align: center;"><em>Jedyne czego teraz pragnę to całym sobą być jak najbliżej,<br />
czuć oddech, dotyk, włosy, ciepło&#8230;<br />
</em></p>
<p style="text-align: left;">Klasyczne intro&#8230; za parę minut wyjdą na scenę.</p>
<p style="text-align: center;"><em> Głowa i serce myślą tylko o jednym&#8230; o Tobie.</em></p>
<p style="text-align: center;">
<p>Wreszcie są. Każdy wie co zagrali później, każdy z nas przeżył to na swój sposób. Każdy zapamiętał swoje Najistotniejsze Chwile. Dla mnie koncert był wypełniony po brzegi Istotnymi Chwilami. Następowały jedna po drugiej. Każda miała swój początek, szczyt i koniec. Po niej natychmiast następowała kolejna. Każda była inna i każdą przeżywałem bardzo głęboko.</p>
<p>Spokojny, wzruszający początek ‘Out Of This World’, jak delikatnie falujące Morze wczesnym rankiem. Ekrany z tyłu sceny jak na poparcie całe w odcieniach błękitu. Jeden z moich ulubionych początków płyt &#8211; ‘Open’. Przypominają mi się chwile gdy po raz pierwszy słyszałem ten utwór &#8211; słuchawki, leżę na kanapie w pokoju, w dłoniach wkładka z tekstami z tak długo wyczekiwanej płyty. ‘The Loudest Sound’ &#8211; przepiękny utwór, jeden z najpiękniejszych utworów, które kiedykolwiek napisał Robert. I do tego jeszcze wieczorno-księżycowe Morze na tylnym ekranie, mogłoby być najsmutniejszym obrazem na świecie, mogłoby być najradośniejszym. ‘The Kiss’ &#8211; pierwszy utwór na koncercie, który totalnie rzuca mnie na kolana. To od zawsze jeden z moich najukochańszych utworów, jeden z tych, których już nigdy miałem nie usłyszeć na żywo&#8230; Tymczasem grają go w Polsce! Wielkie czerwone usta całują się gitarowymi dźwiękami z nami wszystkimi. Co za niesamowita gra Roberta! Mam wrażenie, że ten utwór trwa 20 minut i jeszcze się nie kończy. I marzę o tym by się nie kończył, by te gitarowe dźwięki lały się, lały i lały, by utopiły nas wszystkich w tej hali na zawsze. Do tego nieprawdopodobna partia basu. Prawdę mówiąc w Łodzi nie zwróciłem na nią specjalnej uwagi. Wszystko przez gitarę Roberta. Dopiero w czasie następnych koncertów odpadałem również przy basie&#8230; Zaraz potem ‘Końcówka lata’ &#8211; następny przepiękny utwór z nowej płyty. I ‘From The Edge&#8230;’ &#8211; utwór historia, prawdziwe Morze rozlewa się w całej hali. Zmienia kolory jak Bałtyk w różnych porach roku.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
<p style="text-align: center;"><em>A nasze ręce na błękitnym niebie wydają się otaczać cały świat&#8230;</em></p>
<p style="text-align: left;">Końcówka podstawowego setu jest genialna. Esencja Cure &#8211; Cure do bólu gitarowy, najlepszy jaki tylko może być &#8211; ‘Prayers For Rain’, ‘100 Years’, ‘End’ &#8211; co za boskie wykonanie!, ‘39’ i najpiękniejszy dla mnie utwór tego roku &#8211; ‘Bloodflowers’. Aż się wierzyć nie chce, że to już 2 godziny minęły. Jak to dobrze, że przed nami wciąż bisy&#8230;</p>
<p style="text-align: center;"><em>Każdy jeden utwór jest jak jedno spojrzenie w Twoje oczy&#8230;<br />
przez chwilę zagadka, tajemnica, potem uśmiech i radość.<br />
I chce się patrzeć i patrzeć bez końca&#8230;</em></p>
<p style="text-align: left;">‘Plainsong’ &#8211; Światło narodzin i śmierci oraz ‘Disintegration’ &#8211; Muzyka początku i końca &#8211; kolejny potężny kawał mojego życia, kolejne najważniejsze utwory, kolejne zdecydowane ruchy rzeźbiarza modelującego mojego ducha, kolejne łzy szczęścia&#8230;</p>
<p style="text-align: center;"><em>Jak to dobrze, że jesteś tak blisko,<br />
że widzę Cię nieustannie&#8230;</em></p>
<p style="text-align: left;">‘M’ &#8211; utwór-symbol i jednocześnie początek bardziej energetycznego bisu. Dziękuję, że Polacy są niesamowicie entuzjastycznymi fanami, że tak bardzo wczuwają się i reagują na Muzykę. Tak jak w Katowicach zakochuję się w każdym jednym człowieku, który przyszedł na ten koncert. ‘Just Like Heaven’ &#8211; i ten Moment musiał nastąpić. Myślałem o nim od samego początku koncertu. Przez cały utwór mam wrażenie, że tatuuję sobie jego tytuł na sercu. I wytatuowałem. Codziennie do dzisiaj czuję go średnio raz na 15 minut. Później tak wyczekany przez Polskę ‘A Forest’ i tak jak w Katowicach na koniec ‘Faith’. Czy dewastacja może być pozytywna? Tak właśnie się czułem. Nie ma innego zespołu na świecie, który może dać takie Uczucie. Nie ma i nie będzie. Jest tylko jeden.</p>
<p style="text-align: center;"><em>Parę godzin spędzone z Tobą</em><br />
<em>jest jak krótka chwila, jak pół chwili, jak ćwierć.</em><br />
<em>I jak można później nie tęsknić,</em><br />
<em>gdy ledwo dotknąłem Twej skóry,</em><br />
<em>gdy ledwo spojrzałem Ci w oczy,</em><br />
<em>wypowiedzieć zdążyłem z trzy słowa,</em><br />
<em>ze cztery usłyszeć, z siedem pomyśleć?</em><br />
<em>Czy szczęście jest we mnie czy smutek?</em><br />
<em>Co zrobić byś była koło mnie dziś w nocy?</em><br />
<em>Co zrobić bym czuł Twój policzek ponownie?</em><br />
<em>I czesał Twe włosy palcami</em><br />
<em>i trzymał Cię całą rękami?</em><br />
<em>Tak mi Ciebie teraz brakuje&#8230;</em></p>
<p>Po koncercie spotkałem jeszcze kilku przyjaciół, których nie widziałem wcześniej. Każdy w oczach miał Jedno.</p>
<p>Później jeszcze całonocna audycja w ‘Trójce’ (wielkie dzięki Piotr!), podczas której moja nieprzytomność mieszała się z dźwiękami, echami wrażeń, obrazami przeszłości i Wizjami przyszłości.</p>
<p style="text-align: center;"><em>Tylko TY potrafisz wywołać we mnie takie Uczucia.</em><br />
<em> Dziękuję, że jesteś&#8230;</em></p>
<p style="text-align: left;">Mimo tylu wrażeń wiedziałem, że to nie koniec. To dopiero pierwszy koncert z ośmiu, które w ciągu najbliższych dni zobaczę. Byłem szczęśliwy.</p>
<p style="text-align: center;"><em>Mimo smutku rozstania z Tobą, wiedziałem, że pojutrze zobaczę i poczuję Cię ponownie.</em><br />
<em> Stałaś się nieodłącznym elementem mojego życia.</em><br />
<em> Bez Ciebie byłoby ono tak strasznie puste&#8230;</em></p>
<p style="text-align: left;">16 kwietnia. W piątkę dotarliśmy do Berlina. Hala bardzo podobna do tej, w której widziałem koncert Bauhausu 2 lata wcześniej. Na początku nawet wydawało mi się, że to ta sama. Jakby stara hala fabryczna z cegły, bardzo surowa, czarna w środku. Bez żadnych miejsc siedzących. Tam jest wreszcie czas by dokładnie obejrzeć koszulki i inne rzeczy, które sprzedają. Miejsce zajmuję podobne &#8211; przed konsoletą. Jeden koncert będę pod sceną, ale to jeszcze nie ten. Zagaduje nas jeden Niemiec koło 40-tki, pyta skąd przyjechaliśmy i co my &#8211; tacy młodzi (!) robimy na koncercie The Cure &#8211; “Przecież oni grają już od ponad 20 lat!” No tak&#8230; Po chwili rozmowy zdradza nam, że pierwszy raz widział Cure na żywo w ’81 albo ’82, dokładnie nawet nie pamięta. Eh&#8230; kolana zrobiły mi się miękkie. Mija jeszcze kilka chwil, kilka słów i drugi raz w tym roku słucham jednej z ulubionych klasycznych kompozycji Roberta Smitha.</p>
<p style="text-align: center;"><em>Drugie spotkanie z Tobą.</em><br />
<em> Pierwsze było najcudowniejsze na świecie.</em><br />
<em> Czy takie nierealne Marzenie może spełnić się ponownie&#8230;?</em></p>
<p style="text-align: left;">Koncerty w Berlinie, dzień później w Hamburgu, następnie w Rotterdamie i w Londynie były bardzo podobne pod względem repertuaru do koncertu w Łodzi. Set podstawowy jak i bisy były niemal identyczne. Pojawiły się zaledwie dwa “nowe” utwory &#8211; ‘Snakepit’ (Berlin, Rotterdam) i ‘Sinking’ (Rotterdam, Londyn). Zresztą na obydwa bardzo liczyłem wcześniej. Należą do moich “kultowych” utworów The Cure. Klaustrofobiczny ‘Snakepit’ z Robertem grającym na flecie i dziesiątkami wijących się węży na tylnych ekranach, ‘Sinking’ ze zniekształconą twarzą Roberta zajmującą cały tył sceny &#8211; prosto z kamery umieszczonej tuż przy głównym mikrofonie &#8211; takie zostaną w mojej pamięci z tej trasy.</p>
<p style="text-align: left;">
<p>Koncerty były podobne repertuarem, natomiast zasadniczo różniły się moim odbiorem. Nie da się ukryć &#8211; koncert w Łodzi wchłonąłem całym sobą, mógłbym nawet powiedzieć &#8211; pożarłem nawet nie gryząc. Przed Łodzią byłem w stanie totalnego głodu tej Muzyki, od wielu dni wszystkie moje zmysły były podrażnione do bólu. I 14 kwietnia wszystkie rzuciły się na te dźwięki bez opamiętania. Na następnych koncertach były dużo spokojniejsze. Berlin i Hamburg mógłbym nazwać koncertami bardziej “wizualnymi”. Muzyka wchodziła we mnie równie głęboko jak w Łodzi, ale jednocześnie miałem miejsce by się napatrzeć na efekty wizualne a podobno “chłodna” publiczność niemiecka okazała się być niemal tak entuzjastyczna jak polska. Natomiast Rotterdam&#8230; to był TEN koncert, który obejrzałem stojąc przy samej scenie.</p>
<p>Hala Ahoy robi niesamowite wrażenie z zewnątrz. Jest to bardzo nowoczesny budynek. Mieści również sporo publiczności. Po wejściu do środka okazało się, że przody są bardzo luźne. Spokojnie można było podejść pod samą scenę. Ponieważ od pierwszego koncertu w Łodzi myślałem o tym by nagrać całe klasyczne intro, które wybrzmiewa przed Out Of this World, a tutaj bez problemu można było stanąć pod samym głośnikiem zdecydowałem, że intro nagram właśnie w Rotterdamie. I tak się stało. Co było dalej? Po paru minutach na scenę wyszedł zespół, przy barierkach o dziwo nie zrobiło się bardziej gęsto, więc co mi zostało&#8230; Od głośników przesunąłem się jedynie bliżej centrum sceny i tak już zostałem do końca koncertu. Zresztą na tym właśnie koncercie publiczność była najmniej “nagrzana” z wszystkich, które widziałem. Przez cały koncert można było spokojnie podejść pod samą scenę, wyjść po piwo i za chwilę wrócić dokładnie w to samo miejsce. Hmmmm&#8230; z jednej strony dobrze &#8211; stałem parę metrów od zespołu z idealnym widokiem, widząc najmniejszy grymas na twarzy Roberta, Perrego, Simona, Rogera czy Jasona, nikt nie wrzeszczał do ucha, nikt nie popychał czy szturchał, z drugiej&#8230; czegoś tu brakowało. Koniec końców po Łodzi był to drugi koncert, na którym prawie w ogóle nie widziałem co dzieje się na tylnych ekranach. Cały czas wpatrywałem się w twarze muzyków, w gitary, perkusję&#8230; zapisywałem wszystko dokładnie oczami. Zupełnie nowy, inny odbiór Muzyki. Koncert zespołu The Cure zamienił się trochę w koncert konkretnych osób. I kolejne przemyślenia rodziły się w mojej głowie&#8230;</p>
<p style="text-align: left;">DREAM TOUR &#8211; perfekcyjna nazwa dla tegorocznych koncertów, zarówno dla fanów jak i dla zespołu. Robert gra swoje ulubione utwory, co wieczór dostaje nieprawdopodobny aplauz, o którym większość zespołów może tylko marzyć. W zamian fani dostają swoje Koncerty Marzeń. Ich ulubione utwory z całej kariery zespołu zaprezentowane razem jednego wieczoru. Perfekcyjnie przećwiczone wcześniej przez zespół i tak później zagrane. Do tego oprawione niesamowitymi efektami wizualnymi. Od rozmaitych obrazów rzucanych w czasie utworów na cztery ekrany umieszczone z tyłu sceny, po różnokolorowe, raz dynamiczne, raz wyciszone światła dziesiątek reflektorów zawieszonych praktycznie w każdym zakątku scenicznej przestrzeni.</p>
<p style="text-align: left;">
<p style="text-align: left;">Koncerty są naładowane emocjami do bólu. Gdy ogląda się kilka koncertów pod rząd, w ciągu kilku dni, człowiek ma wrażenie, że więcej już mu się nie zmieści. Ledwo zdążył przetrawić 5% przeżyć z poprzedniego wieczora a dzisiaj ponownie otrzyma dawkę 100%-ową. No i tak trochę jest &#8211; tak jak przeżyłem koncert w Łodzi &#8211; wiem, że było to przeżycie wyjątkowe. Z drugiej strony po każdym koncercie mam wrażenie, że ten właśnie był najlepszy, najlepiej nagłośniony, najlepiej zagrany przez zespół. No i w związku z tym jakie to szczęście, że na nim jestem. To, że miałem takie właśnie odczucia mogę zawdzięczać klasie, jaką reprezentuje The Cure. Tak myślę. Zespół perfekcyjnie przygotowany do tej trasy. Polityka “ostatniej trasy”, “ostatniej płyty”, którą od lat wyznaje Robert &#8211; przez niektórych wyśmiewana czy nawet krytykowana &#8211; sprawdza się jednak znakomicie. Osobiście mam wrażenie, że to co zobaczyłem i usłyszałem w tym roku, to już jest szczyt, to jest maksimum, to jest wszystko czym The Cure jest i był przez te 20 lat swojej działalności. Ale przecież te same myśli miałem w roku 1992, te same w 1996&#8230;</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: center;" align="center"><em>Sekundy biegną szaleńczo</em><br />
<em>mijają z lewej to z prawej</em><br />
<em>wybiegają zza rogu</em><br />
<em>padają jak deszcz</em></p>
<p style="text-align: center;"><em>Zielone liście żółkną</em><br />
<em>żółte spadają i giną</em><br />
<em>Ubrania blakną</em><br />
<em>Włosy siwieją  </em></p>
<p style="text-align: center;"><em>Ty&#8230; jesteś wciąż uśmiechnięta</em><br />
<em>Twe oczy błyszczą jak dawniej</em><br />
<em>Te same mam myśli gdy jesteś</em></p>
<p style="text-align: center;"><em>  Te same tęsknoty gdy znikasz</em><br />
<em>We śnie tak samo oddychasz</em><br />
<em>Tak samo dotykasz i kochasz</em><br />
<em>Tak samo&#8230;</em></p>
<p>Po koncercie w Rotterdamie przyszedł czas na wyjazd do Londynu. Ale zanim do tego doszło 20 kwietnia spędziłem w Brukseli na&#8230; koncercie. To niesamowite, ale w czasie tego wyjazdu spełniło się jeszcze jedno bardzo nierealne wcześniej moje Muzyczne Marzenie. Poznałem osobiście i około godziny spędziłem na rozmowie z Piotrem Fijałkowskim &#8211; niesamowicie charyzmatycznym wokalistą kiedyś zespołu Adorable (lata 91-94) &#8211; kolejnego Zespołu Mojego Życia (!) a teraz wokalistą swojej nowej kapeli o swojskiej nazwie Polak. Rozmawialiśmy przy okazji właśnie ich koncertu, ale to już inna historia&#8230;</p>
<p>Po deszczowej nocy spędzonej w samochodzie na parkingu gdzieś między Lille a Calais, wczesnym rankiem 21 kwietnia razem z Klausem &#8211; znajomym Duńczykiem załadowaliśmy się na prom do Dover. A na promie mała niespodzianka &#8211; poznajemy czwórkę Węgrów, fanów The Cure, którzy okazuje się, biją nas na głowę jeśli chodzi o Cure’owe “maniactwo”. Nasze 8 koncertów robi się mizerne przy ich 26(!!!) europejskich koncertach &#8211; czyli WSZYSTKICH, od Madrytu 27 marca do Rzymu 8 maja. Chwalą się, że napisali wcześniej do zespołu, informując o swoich planach, a oni w zamian fundnęli im bilety na wszystkie koncerty. Super. To dopiero wyprawa.</p>
<p>W Londynie rozstaję się z Klausem do czasu koncertu, on mieszka u swoich znajomych, ja u swoich. To miasto po raz kolejny powala mnie Muzyką, która dosłownie wylewa się z każdego zakamarka, nie wspominając o jedynych w swoim rodzaju sklepach muzycznych. Dla mnie Londyn od wielu lat jest i pewnie już zostanie muzyczną stolicą świata.</p>
<p>Koncert ma miejsce w Arenie Wembley, tuż koło słynnego stadionu. I jest to największa hala jaką przyjdzie mi zobaczyć. 12 000 ludzi, koncert w 99% wyprzedany. Na dodatek dzień po urodzinach Roberta, no i jedyny do tej pory koncert na Wyspach (nie licząc promocyjnego koncertu w lutym). Z tych kilku powodów od samego początku liczę, że ten koncert może być niezwykły. W dzień koncertu przylatuje jeszcze do Londynu Tomek Z., z którym razem udajemy się do hali. W metrze raczej nie zauważamy wielu klimatów Cure’owych, natomiast stacja Wembley Park jest już w 100% koncertowa. Zgodnie z instynktem stadnym zdążamy w kierunku hali. Na miejscu kierujemy się do specjalnej kolejki dla tych z biletami na płytę. Dostajemy czerwone bransoletki (pewnie żebyśmy się nie pchali na trybuny ;) ) i już jesteśmy w środku. Hala faktycznie duża, w kształcie prostokąta, trybuny po bokach i naprzeciwko sceny. Klimat przed koncertem podobny jak wcześniej. Sala napełnia się dość wolno, wiele osób kręci się przy stoiskach z piwem i gadżetami koncertowymi. Reszta siedzi już na swoich krzesłach, ewentualnie na płycie. Zadziwia mnie dość kuriozalne zachowanie ochroniarzy. Nie pozwalają spokojnie wyciągnąć się na podłodze na płycie, mimo, że miejsca jest w bród. Od razu podchodzą i każą wstać lub siedzieć tak by zajmować jak najmniej miejsca. Absurd. Miałbym ochotę się kłócić, ale nie chcę ryzykować utraty sprzętu, którego ponownie udało się przemycić. Zresztą, jak się później okazało, to nie był koniec bujnej wyobraźni angielskich ochroniarzy. Nie raz zdarzało się już w czasie koncertu, że ktoś brał drugą osobę na barana. W sumie to chyba dość normalne zachowanie na koncercie. Nie tutaj jednak. Mimo bardzo dużej i szerokiej sali, dość gęsto napakowanej przez ludzi, ochroniarze twardo przeciskali się przez cały tłum i ściągali takich amatorów na ziemię. Co za poświęcenie! Co kraj to obyczaj.</p>
<p>Tak jak wspomniałem wcześniej, repertuar był niemal identyczny jak na poprzednich koncertach. Publiczność okazała się być jednak bardzo dobrze nastawiona do zespołu &#8211; mimo, że The Cure w Anglii jest daleko poza brytyjskim top-em i uważany jest raczej za przeżytek przez brytyjską prasę muzyczną, która zresztą specjalizuje się w rekordowo absurdalnych recenzjach (patrz np. recenzja ‘Bloodflowers’ w Melody Makerze czy też recenzja tego koncertu w NME). Powodem nastawienia publiki być może było to, że to jedyny koncert, który zaplanowali w Wielkiej Brytanii (podczas gdy np. w Niemczech, Francji czy Hiszpanii zagrali po 5 razy). Mimo wszystko jednak po publiczności spodziewałem się czegoś więcej. Po cichu liczyłem na jakieś “Happy Birthday&#8230;” czy coś w tym stylu. Niestety, sztywniactwo zwyciężyło, albo może po prostu tylko brak świadomości, że Robertowi dzień wcześniej stuknęło 41 lat&#8230; Niemniej był to kolejny niesamowity Koncert Marzeń. Rewelacyjnie nagłośniony, perfekcyjnie zagrany. Kolejny raz usłyszałem życiową wersję “The Kiss”, odjechany “Sinking”, cudownie smutny (jeśli mogę tak powiedzieć) “The Loudest Sound”, genialnie zagrany “End”, wymarzone “Plainsong” połączone z “Disintegration” i wszystkie inne utwory, każdy po kolei w ponownie najlepszej wersji. Zespół też wyglądał na bardzo zadowolony. Często uśmiechali się do siebie, sami byli chyba zaskoczeni tak pozytywnym przyjęciem. Po koncercie załapaliśmy się z Tomkiem na ogromniaste (naprawdę wielkie!) plakaty “Bloodflowers”. Niedługo, gdy zmienię mieszkanie, powieszę go w centralnym miejscu&#8230;</p>
<p>Dwa kolejne dni spędziłem w Londynie, próbując na ile to tylko możliwe chłonąć atmosferę tego niesamowitego miasta. A później przyszedł czas na powrót na kontynent i podróż do Paryża&#8230;</p>
<p align="center"><em>Czasem wydaje mi się, że jestem daleko<br />
Czasem zastanawiam się ile dni jeszcze zostało<br />
Czasem tęsknię do Chwil, które minęły<br />
Czasem myślę, że wcale nie jest tak pięknie </em></p>
<p style="text-align: center;"><em>  Ale przecież Ty wciąż jesteś&#8230;</em></p>
<p style="text-align: left;">Paryż jest miejscem legendarnym jeśli chodzi o koncerty The Cure. 3 niesamowite koncerty w hali Zenith (tej samej co w tym roku) w roku ’92, w czasie których zagrali niemal WSZYSTKO (włącznie z Big Hand, Forest z Robertem na basie(!), It’s Not You, Forever i wiele innych), zostały nawet wyróżnione  później znakomitą płytą ‘Paris’. W 1996 zagrali rewelacyjny koncert w hali Bercy &#8211; 35 utworów, z których wiele grają bardzo rzadko, koncert transmitowany później we fragmentach nawet w polskim radio. Miesiąc później wrócili do Paryża do mniejszej sali Bataclan na zupełnie wyjątkowy koncert &#8211; utwory grając chronologicznie, po 2 z każdej płyty(!). We wcześniejszych latach było podobnie. W ’89 dwa równie genialne koncerty także w hali Bercy, w roku ’87 także. Dlatego też zastanawiając się nad tą trasą przed wyjazdem, po 2 koncertach paryskich obiecywałem sobie najwięcej. I co?</p>
<p>FAKTY PRZEKROCZYŁY WSZELKIE MOJE WCZEŚNIEJSZE WYOBRAŻENIA!!!<br />
Gdybym żył tylko dla muzyki Cure, po tych dwóch paryskich koncertach mógłbym umrzeć. Tak jak każdy jeden koncert tej trasy był Koncertem Marzeń, tak te dwa były PONAD MARZENIAMI. Takie koncerty nie zdarzają się ani na jawie ani we śnie. Po pierwszym koncercie Klaus stwierdził, że następnego dnia może być tylko rozczarowanie, tylko słabszy koncert. I co? I rozczarowania nie było&#8230; Ale może od początku&#8230;<br />
Nie tylko pewnie ja zdawałem sobie wcześniej sprawę z wyjątkowości koncertów paryskich w historii The Cure. Dlatego też oba koncerty zostały wyprzedane dużo wcześniej. W konsekwencji po drodze do hali co chwilę byłem zaczepiany czy nie chcę sprzedać biletu. I prawdę mówiąc miałem na sprzedaż po jednym bilecie na każdy dzień. Nie muszę chyba mówić jakie oczy zrobił pewien Włoch, któremu zaoferowałem obydwa bilety i to po normalniej cenie zakupu. Wziął bez wahania sprawiając wrażenie, że uratowałem mu życie. Zresztą&#8230; czy to takie dziwne?</p>
<p>Hala Zenith jest okrągła, miejsca dla widzów i scena mają rozkład a’la teatr grecki. Trybuny wokół sceny, w środku arena z miejscami stojącymi. Bilety były jednego rodzaju, także każdy wybierał czy chce siedzieć czy stać. Według informacji organizatorów sala mieści 7 000 widzów, czyli tyle samo ile podobno hala w Łodzi. Na moje oko jednak w Paryżu ludzi było dużo więcej niż w Polsce. Zanim jednak wszedłem do środka kręciłem się trochę w przedsionku z różnymi stoiskami. Na każdym  koncercie oferta była identyczna. Te same koszulki, tour-book i wisiorki, wszystko w praktycznie takich samych cenach jak w Polsce. I gdy tak stałem obok jednego stoiska nagle, tuż obok mnie przeszedł Roger trzymając za rękę małego chłopca. Niemal identycznie (oprócz chłopca) jak przed koncertem w Katowicach. Jak zwykle uśmiechnięty, bardzo pogodny. Wziąłem to za dobry znak. Przeszedł tak zwyczajnie, że Klaus, który stał ze mną w ogóle go nie zauważył.</p>
<p>W końcu weszliśmy do hali. To jedyne dwa koncerty, które miałem zobaczyć we Francji. Jest to o tyle istotne, że w czasie koncertów francuskich przed The Cure występowała grupa supportująca. Był to zespół francuski Ekova. Tak jak się domyślałem grający zupełnie inną muzykę niż wszystkie zespoły “kojarzące się” z The Cure. Robert nie przepada za brzmieniami a’la Cure, także zgodził się na zespół grający muzykę “indyjską”, to najlepsze określenie jakie przychodzi mi do głowy. Dalekowschodnie instrumenty, wokalistka w długiej sukni wyśpiewująca raczej wokalizy aniżeli normalne słowa. Mimo, że nie słucham raczej takiej muzyki to słychać było, że grają naprawdę na dobrym poziomie. Ludzie też zresztą przyjęli ich bardzo entuzjastycznie. Zagrali około pół godziny w oba dni. Gdy zapaliło się światło po ich koncercie ZACZĘŁO SIĘ&#8230;</p>
<p>Najpierw ludzie. Publiczność w Paryżu była po prostu N I E P R A W D O P O D O B N A. Na miejscu zespołu chyba niemożliwe byłoby sobie wymarzyć bardziej entuzjastyczną widownię. Ludzie byli naładowani dużo wcześniej zanim rozpoczął się koncert. Pół godziny przed rozpoczęciem występu wywoływali zespół tak jak w Polsce wywołuje się na bis. Ogłuszający krzyk, tupanie nogami, klaskanie WSZYSTKICH osób stojących i siedzących (dokładnie mówiąc stojących przy swoich krzesłach) &#8211; a to wszystko grubo ponad pół godziny przed rozpoczęciem koncertu. Muszę przyznać, że byłem zszokowany. Byłem już w życiu chyba na ponad stu różnych koncertach, ale takiej reakcji nie pamiętam. Szybko zaczęła we mnie rosnąć świadomość, że będę świadkiem historycznego wydarzenia. Z autentyczną trwogą mierzyłem wzrokiem dach hali z zapytaniem czy wytrzyma ten hałas&#8230;</p>
<p>Zająłem miejsce stojące tam gdzie trybuny stykały się z areną. Zaczynały się tam schody na górę trybun. Stanąłem na trzecim schodku z kolei. Przez to byłem blisko i jednocześnie miałem idealny widok, z głową około pół metra ponad innymi głowami. Gdy rozbrzmiało ‘Adaggio’ i zgasło światło pomyślałem, że hala odlatuje. Nie słyszałem już nic. Na szczęście oba koncerty były bardzo głośne, tak jak inne bardzo dobrze nagłośnione, także muzyka docierała idealnie, mimo niesamowicie głośnych krzyków i oklasków.<br />
Podstawowy set pierwszego koncertu był dość podobny jak w poprzednich dniach. Jedyną nowością było “If Only Tonight We Could Sleep” &#8211; kolejny utwór, na który bardzo czekałem od Łodzi&#8230;</p>
<p align="center"><em>Leżę w łóżku, miękkiej pościeli<br />
zupełnie tak jak na trawie<br />
I ręce chcą objąć ponownie<br />
Twe ciało pełne pragnienia<br />
Twe ciało anioła z oczami<br />
</em><em>jak Słońca go</em><em>r</em><em>ące i lśniące&#8230;</em></p>
<p style="text-align: left;" align="center"> No i przez cały czas niesamowity entuzjazm publiczności. Widać było, że zespół czuje to bardzo i aż nie wie co ze sobą zrobić. Patrzyli co chwilę na siebie nawzajem szeroko się uśmiechając, kręcąc głowami jakby z niedowierzaniem. Przyznam się, że mnie poniosło też bardzo. Wszyscy, którzy uważają mnie za maniaka The Cure powinni pojechać na taki koncert i zobaczyć jak wygląda “prawdziwe maniactwo”&#8230;</p>
<p>Po ‘Bloodflowers’ Robert nie mógł zejść ze sceny. Musiał być nieźle oszołomiony. Czekaliśmy parę chwil i wyszli na pierwszy bis&#8230; bis, który zapamiętam do końca życia&#8230; COLD, FIGUREHEAD, PORNOGRAPHY. Trudno coś tu napisać. Bis niewyobrażalny w emocjach i przeżyciach jakie wywołał, zagrany idealnie, opatrzony wyjątkowym światłem. ‘Cold’ z ultrasonograficznym zdjęciem embrionu na tylnych ekranach sceny. ‘Figurehead’ czarno-czerwony i ‘Pornografia’ &#8211; najpierw czarna ciemność, następnie przez cały utwór włączony jeden silny, biały reflektor umieszczony nisko za plecami Jasona. Dał niesamowity efekt  &#8211; spowił całą scenę w cieniu zostawiając rozproszone białe światło i czarne sylwetki muzyków przy instrumentach. Do tego te pokręcone dźwięki z początku utworu, galopująca perkusja, agresywna muzyka i chory tekst i wokal Roberta. Autentyczny STRACH, apokalipsa, śmierć, koniec. Nie ma drugiego  zespołu, który potrafiłby stworzyć TAKI KLIMAT&#8230;</p>
<p>Jednak minęło kilka chwil i ponownie wyszli. Po takim bisie klimat mógł być już tylko lżejszy&#8230; There Is No If, Trust, Plainsong, Disintegration&#8230; tak jak pierwszy bis w Polsce. I tak jak w Polsce ‘Trust’ zagrany przez Rogera i Perrego na klawiszach, ‘Plainsong’ z Robertem przechadzającym się przez scenę. Szaleństwo udzieliło się bardzo Robertowi, podszedł do publiczności i zaczął podpisywać ludziom okładki. Roger zrywał z podłogi kartki, na których jest lista granych utworów, robił z nich samoloty i rzucał w tłum. No po prostu niesamowite rzeczy, chwile, momenty. Nie zapomnę ich nigdy. Po ‘Disintegration’ Robert znowu nie mógł zejść ze sceny. Rozkładał ręce jakby nic nie mógł poradzić na to, że koncert dobiega końca. Ale po paru minutach wyszli ponownie. I następna niespodzianka &#8211; utwór, którego nie grali jeszcze ani razu w tym roku i zresztą do dzisiaj jest to jedyny koncert, na którym go zagrali &#8211; ‘Boys Don’t Cry’. Oczywiście sala popłynęła z dźwiękami. I na koniec potężna wersja ‘A Forest’.</p>
<p>Koncert przeszedł do historii. Zarówno jako do przeszłości, jak i do duchowej Księgi Wydarzeń Życia. Na taki koncert przychodzi się jako Jan Kowalski, Piotr Iksiński&#8230; a wychodzi zupełnie kimś innym, odmienionym na zawsze. Nie dziwne więc było pokoncertowe zdanie Klausa: “Stary, jutro może być tylko rozczarowanie.” Ja, mimo wszystko, czułem, że Robert jest taki, że nie pozwoliłby nikomu na rozczarowanie koncertem The Cure. Wierzyłem, że następnego dnia będzie COŚ, nie wiem co, ale COŚ, co również wpisze się do tej samej Księgi.</p>
<p>No tak&#8230; po takim koncercie nie mogliśmy tak po prostu pojechać do hotelu. Dzięki Klausowi, który miał większe znajomości ode mnie wkręciliśmy się w totalnie niesamowite towarzystwo. Na te dwa koncerty poprzyjeżdżali ludzie niemal z całego świata. Wszyscy ze świadomością, że mogą być świadkami niesamowitych koncertów. I tak w grupce około 10 osób poszliśmy do knajpy. Ale za to w jakiej grupce! Ludzi, których znałem wcześniej tylko z nazwisk, totalnych fanów od wielu wielu lat &#8211; Chris White &#8211; facet, który przygotowuje ‘Curenews’, oficjalny fanzin zespołu, Daren Butler &#8211; autor niesamowitego wydawnictwa ‘Cure On Record’, chłopaki z zespołu Curiosity &#8211; chyba najlepszego cover bandu z Belgii, dziewczyna, która przyleciała specjalnie na te dwa koncerty ze Stanów i autorka strony internetowej ‘Club America’, Cherry &#8211; młody Szwajcar, jedna z zaledwie kilku osób, która ma wejście do Roberta Smitha w każdej dosłownie chwili, czy to do szatni, czy na próbę, jedna z kilku osób, z którymi Robert bardzo lubi rozmawiać, jeszcze dwóch kolesi i jedna dziewczyna z Anglii, no i ja z Klausem. W życiu bym się nie spodziewał, że będę z tymi ludźmi i to wszystkimi na raz siedział przy jednym stole i pił piwo. Wszyscy byli niesamowicie sympatyczni, naprawdę. Chris nawet kojarzył mnie z listów wysyłanych na ‘Chain Of Flowers’, podpytywał o niezwykłego polskiego singla z remixami ‘Maybe Someday’. Wszyscy chcieli wiedzieć jak się wymawia ‘Łódź’ itp&#8230; Kilkugodzinną dyskusję zdominował oczywiście koncert i&#8230; piłka nożna&#8230; Mimo totalnego “doświadczenia” koncertowego wszyscy oni byli tak samo pod wrażeniem koncertu jak ja. Eh&#8230;..</p>
<p>Dzień następny. Rano, po porządnym spaniu trochę zwiedzania, jakiś sklep muzyczny i z powrotem pod halę. To miał być siódmy, przedostatni koncert. Mimo, że na żadnym koncercie nie robiłem zdjęć, ponieważ nie chciałem się specjalnie rozpraszać, rano stwierdziłem, że jednak jakieś zdjęcia z koncertów muszę mieć! Przeżywam tyle Istotnych Chwil w czasie tych dni, muszę mieć jakieś pamiątki w postaci zdjęć. Wyciągnąłem swojego kobylastego Zenita, przytwierdziłem dobrze do pleców, trochę pouśmiechałem do dziewczyny stojącej na bramce i wszedłem. Wszystkie zdjęcia, które są na tej stronie są właśnie z tego koncertu. Zająłem miejsce niemal takie samo jak dzień wcześniej. Ponownie na rozgrzewkę Ekova i ponownie niesamowity entuzjazm publiczności. Jeszcze przed rozpoczęciem koncertu spotkałem się z nowymi “wczorajszymi” znajomymi, umówiliśmy się na część drugą posiedzenia po zakończeniu tego koncertu.</p>
<p style="text-align: left;" align="center">Podejrzewałem, że podstawowy set będzie już “nie-standardowy” i to się potwierdziło. Po ‘Fascination Street’ zamiast ‘Open’ zabrzmiał ‘A Strange Day’, już szósty utwór z “Pornografii” zagrany w ciągu tych dwóch dni. Niesamowity utwór, następny z “kultowych”&#8230; Później ‘The Last Day Of Summer’ &#8211; zagrany dopiero drugi raz po koncercie łódzkim i następnie ‘Pictures Of You’. Też bardzo przeze mnie czekany. Cudownie zagrany, ze sceną całą spowitą w klimatycznym kolorze niebieskim.</p>
<p style="text-align: left;" align="center">Później ‘Where The Birds Always Sing’ &#8211; po raz pierwszy słyszę ten utwór i jest to już ostatni, dziewiąty utwór z nowej płyty zagrany w Paryżu. Dalej potężnie nakręcony przez Roberta ‘The Kiss’&#8230;</p>
<p style="text-align: center;" align="center"><em>Usta są po to by dotknąć</em><br />
<em>Twojego miękkiego policzka</em><br />
<em>Usta są po to by stwierdzić</em><br />
<em>jak gładką masz skórę w łódeczce</em><br />
<em>Usta są po to by uśmiech</em><br />
<em>Przekazać dziś Tobie z radością</em><br />
<em>Usta są po to by pragnąć</em><br />
<em>ust Twoich lgnących do moich&#8230;</em></p>
<p>Następnie ‘From The Edge&#8230;’ i 100% rąk podniesionych do góry w czasie “&#8230;hands in the sky&#8230;”, po ‘100 Years’ kolejna niespodzianka &#8211; ‘Shiver And Shake’ &#8211; następny gitarowo-wymiatający utwór i ta wyjątkowa końcówka &#8211; ‘End’, ‘39’ i ‘Bloodflowers’. Zeszli. Parę chwil i na scenie pojawia się tylko Roger, Simon i Jason. Scena robi się granatowa, a z głośników zaczyna płynąć charakterystyczny rytm perkusji&#8230; Przez chwilę jestem zdezorientowany, ale zaraz&#8230; przecież to ‘All Cats Are Grey’! Co za utwór! I jeszcze słucham go na żywo. Wierzyć mi się nie chce po raz nie wiem już który. Po chwili wchodzi Roger z monumentalnymi klawiszami i Simon z bardzo głębokim basem. Po około dwóch minutach części instrumentalnej na scenę wychodzi Robert witany owacyjnie (i to zdecydowanie za słabe określenie stanu w jakim była publiczność) po to by zaśpiewać piękny tekst. Jestem zdemolowany. Na wytchnienie jest tylko kilka sekund. Przedstawienie trwa nadal&#8230; ‘Drowning Man’. Dla mnie najbardziej wzruszający utwór z płyty ‘Faith’. I na zakończenie bisu ‘Faith’ utwór tytułowy z tej płyty. Po raz pierwszy pojawiają się obrazy na tylnych ekranach w czasie tej kompozycji &#8211; czarno-białe zarysy ogromnej świątyni. Bardzo skąpe światła, pięć punktowych czerwonych reflektorów i w czasie śpiewu Roberta jeden dodatkowy, biały skierowany właśnie na niego. Bardzo wzruszający bis. Historia z dnia poprzedniego się powtarza. Ciężko im zejść ze sceny. Po paru chwilach wracają na drugi bis&#8230; wycieczka na wcześniejszą płytę &#8211; ‘M’, ‘Play For Today’ i ponownie ‘Forest’. 100% dłoni klaszczących w rytm basu. Publiczność ze szczytu jest już chyba w chmurach. Chwila przerwy wypełniona nieprawdopodobnym hałasem publiki. Każdy wyzwala resztki energii, to już będzie chyba ostatni bis tego dwudniowego koncertu. I warto było&#8230; Just Like Heaven i na sam koniec dwa znowu niespodziewane utwory, nie grane do tej pory w tej trasie &#8211; 10.15. Saturday Night i Killing An Arab, obydwa rozświetlone chyba wszystkimi reflektorami jakie tylko były do dyspozycji.</p>
<p>I co tu powiedzieć? Wśród wielu Koncertów Marzeń zdarzyły się dwa koncerty paryskie PONAD WSZYSTKIM. Ludzie dali z siebie więcej niż wszystko i zespół oddał to samo. Emocji było tyle, że starczyłoby na sto innych koncertów. Część odczuć zostało gdzieś pod dachem hali Zenith, część wsiąkła głęboko w serce. Co powiedzieć? Chyba tylko tyle, że jeśli kiedykolwiek jeszcze The Cure zagra w Paryżu &#8211; będę tam na 100%. Są to momenty, których nie można stworzyć sobie w wyobraźni a co dopiero opisać słowami.</p>
<p>Mimo wszystko jednak strasznie cieszyłem się, że jeszcze jeden koncert przede mną. “Ten przepiękny sen jeszcze trochę potrwa&#8230;”. Koncerty ładują emocjami do bólu, ale i uzależniają bardzo również&#8230;</p>
<p>Po koncercie, tak jak się umawialiśmy poszliśmy do knajpy. Tym razem ja z Klausem na krócej, bo facet załapał jakieś choróbsko. Za to przez chwilę był z nami również brat Rogera, wracał z nami metrem. Bardzo podobny zresztą. Pożegnaliśmy się serdecznie, mówiąc ‘do zobaczenia w Roskilde&#8230;’</p>
<p>27 kwietnia &#8211; Paryż. Z racji tych przeżyć już nawet teraz dokładnie nie pamiętam co robiliśmy tego dnia. Na pewno zwiedzaliśmy miasto, a przeżycia powoli wsiąkały pod skórę. Następnego dnia rano ruszyliśmy do Oberhausen. Hala położona tuż przy autostradzie, także trafiliśmy bez problemu. Miła niespodzianka na ostatni koncert. Bramkarze praktycznie w ogóle nie obmacywali także wejście miałem totalnie bezstresowe. Hala wewnątrz bardzo podobna do większości hal &#8211; prostokątna, z trybunami po bokach a także z tyłu, wielkości takiej jak hala łódzka. Koncert był jakby podsumowaniem mojego “Dream Tour&#8217;u”. Podobny zestaw utworów, ponownie najlepsze wykonanie jakie słyszałem. Zabrzmiał ‘The Kiss’, ‘Sinking’, ‘Loudest Sound’, ‘End’, ‘Plainsong’, ‘Disintegration’ i wszystkie inne najważniejsze utwory The Cure. Nowością były zupełnie nowe obrazy w czasie niektórych utworów. Po raz pierwszy ‘Trust’ miał oprawę “filmową”. W czasie trwania tej piosenki na tylnych ekranach paliły się dziesiątki żółtych świec, w czasie ‘Watching Me Fall’ nie pojawiła się już twarz japońskiego dziecka zmieniająca się w twarz Roberta z okładki nowej płyty. Zamiast tego na ekranie widniało duże rysunkowe Słońce. Koncert Marzeń. Tym razem ostatni. Mimo wszystko, mimo tylu wrażeń było mi smutno&#8230;</p>
<p style="text-align: left;" align="center">I co dalej? W ciągu zaledwie dwóch tygodni przeżyłem tyle niesamowitych Chwil, więcej niż w całym dotychczasowym życiu, tyle wrażeń, że ich ilość już dawno przekroczyła możliwości absorpcji moich zmysłów. Co dalej? Czy teraz czas położyć się na odpoczynek rozmyślając i wspominając te Chwile? Może czas umierać? A może raczej krzyknąć za Robertem&#8230; I’m always wanting more! I just can’t stop!</p>
<p style="text-align: center;" align="center"><em>Każdy chyba pragnąłby umieć latać. Czasem, gdy pomyśli się wystarczająco mocno,</em><br />
<em> gdy stworzy się odpowiednie warunki &#8211; można tego dokonać.</em><br />
<em> Gdy w końcu wzleci się wysoko ponad ziemię widok staje się coraz piękniejszy.</em><br />
<em> Ale też coraz trudniej zobaczyć grunt. Mija czas, a wielu zaczyna myśleć,</em><br />
<em> że ta chmura, na którą wskoczyli &#8211; to jest ziemia.</em><br />
<em>Myślą, że to na czym siedzą to brudny piach.</em><br />
<em> Piękny widok robi się szary, codzienny, nudny&#8230;</em><br />
<em> Ale wiesz co? Ja wiem, że jesteś Chmurą.</em><br />
<em> Wiem, że ten widok jest taki sam jaki był gdy po raz pierwszy go ujrzałem</em><br />
<em> - najcudowniejszy na świecie. I jeszcze coś&#8230; ON UZALEŻNIA.</em></p>
<p style="text-align: left;" align="center">Myślałem o tym nie raz. Przecież nie wiem jaką piosenkę, jaki nowy zespół usłyszę jutro. Teoretycznie mógłby być lepszy od wszystkiego co usłyszałem do tej pory w życiu. Teoretycznie&#8230; Nie wiem jak to wyjaśnić. Mój ścisły umysł zdecydowanie nie pomaga w znalezieniu rozwiązania tej zagadki. Ja po prostu WIEM, CZUJĘ, że zespół, który jest moim numerem jeden już usłyszałem. Wiem, że żaden inny nie będzie dla mnie lepszy. Żaden inny nie da mi tylu Istotnych Chwil. Bez względu na to czy jest to ostatnia płyta czy dalej będzie się rozwijał i nagrywał kolejne.</p>
<p style="text-align: center;" align="center">
<p style="text-align: center;" align="center"><em>Nikt inny nie da mi Krwistoczerwonych Kwiatów. Ja to po prostu WIEM.</em></p>
<p style="text-align: left;" align="center">Dlatego 1 lipca będę w Roskilde. Dlatego jeśli trasę zakończą mini-tourem po Wielkiej Brytanii, na nią również bez cienia wahania pojadę.</p>
<p style="text-align: center;" align="center"><em>Dlatego zawsze będę marzył o następnej Wspólnej Chwili&#8230; M.</em></p>
<p>Na koniec mała uwaga dla jeszcze niezdecydowanych &#8211; jeśli wahasz się czy nie pojechać do Roskilde lub do Werchter &#8211; NIE WAHAJ SIĘ! Zobaczysz &#8211; to będą jedne z najpiękniejszych Chwil Twojego Życia!</p>
<p>I jeszcze gorące pozdrowionka dla wszystkich super-towarzyszy koncertowych, którzy dzielili ze mną zagraniczną część Istotnych Chwil &#8211; Kasi, Klausa, Kasi&amp;Kamila, Marcina, Mariusza, Beaty i Tomka.</p>
<p><strong>Maciek Herman</strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://thecure.pl/artykul/moj-dream-tour/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Łódź, Hala Sportowa 14.04.2000</title>
		<link>http://thecure.pl/artykul/lodz-hala-sportowa-14-04-2000-12/</link>
		<comments>http://thecure.pl/artykul/lodz-hala-sportowa-14-04-2000-12/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 15 Feb 2012 05:00:52 +0000</pubDate>
		<dc:creator>marcinmarszalek</dc:creator>
				<category><![CDATA[KONCERTY]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://thecure.pl/?p=332</guid>
		<description><![CDATA[13-04-2000 Podróż do Łodzi, mimo iż wybrałam autobus (2.5h, zamiast 1.5h pociągiem) upłynęła w mgnieniu oka. Upewniwszy się, że wzięłam bilet (z łatwością kupiony &#8211; bez żadnej kolejki i to na płytę, za to&#8230;. kilka tygodni wychodzony &#8211; codzienne wizyty bądź telefony do Empik&#8217;u) zapadłam w rozmyślania o czekających mnie wrażeniach: czy zagrają &#8216;Siamese Twins&#8217;, &#8216;Cold&#8217;, &#8216;Figurehead&#8217;, &#8216;Funeral Party&#8217;, &#8216;Just Like Heaven&#8217;, &#8216;Charlotte Sometimes&#8217; (jedna z moich ulubionych książek &#8211; ]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: left;">13-04-2000</p>
<p>Podróż do Łodzi, mimo iż wybrałam autobus (2.5h, zamiast 1.5h pociągiem) upłynęła w mgnieniu oka. Upewniwszy się, że wzięłam bilet (z łatwością kupiony &#8211; bez żadnej kolejki i to na płytę, za to&#8230;. kilka tygodni wychodzony &#8211; codzienne wizyty bądź telefony do Empik&#8217;u) zapadłam w rozmyślania o czekających mnie wrażeniach: czy zagrają &#8216;Siamese Twins&#8217;, &#8216;Cold&#8217;, &#8216;Figurehead&#8217;, &#8216;Funeral Party&#8217;, &#8216;Just Like Heaven&#8217;, &#8216;Charlotte Sometimes&#8217; (jedna z moich ulubionych książek &#8211; myślałam o streszczeniu jej, gdybyście byli tym zainteresowani).</p>
<p>Tylko jednego byłam pewna, że raczej nie będą próbowali się wykręcić od tytułowego utworu &#8216;Bloodflowers&#8217;. A Robert nie odmówi sobie zaśpiewania &#8217;39&#8242;, tak więc zobaczę czy &#8211; tak jak to przewidywałam &#8211; przekonam się do niej na koncercie. (Przekonałam).</p>
<p>No i wreszcie Łódź. Jeszcze w miarę cywilna, w końcu to dopiero jutro jest ten koncert&#8230;., ale po Piotrkowskiej już przemykały się pojedyńcze grupki czarnych postaci. Dziwnym trafem największe ich zagęszczenie było koło Grand Hotelu. Kumpel mnie oświecił, że jakieś media beztrosko wyjawiły gdzie Cure zamieszka. Prawdopodobnie. Ciekawe czy ktoś słuchał dalej i to &#8216;prawdopodobnie&#8217; usłyszał&#8230;.</p>
<p>Wieczorem cierpliwość niektórych została nagrodzona i można było zobaczyć z bliska nasz ukochany zespół, przemieszczający się po słynnej Piotrkowskiej. Robert był skupiony, Simon poważny, Teddy roześmiany, Roger zakochany, a Jason rozgadany. Robert (podobnie jak u O&#8217;Brien&#8217;a) był ubrany w czarny garnitur w jasne prążki i czerwoną koszulę, Simon, Teddy i Roger ze swoją ukochaną &#8211; na czarno. Jason też był odziany w czerń, jednak skrywaną przez niebieską, jeans&#8217;ową kurtkę.</p>
<p>O takim wieczorze można było tylko marzyć.</p>
<p>14-04-2000</p>
<p>Zwiedzanie Łodzi (zwiedzanie Łodzi sprowadziło się wprawdzie z braku czasu do zwiedzenia Muzeum Filmu i &#8216;Filmówki&#8217;, bo jeden fascynat nie odmówił sobie przy okazji wizyty w Łodzi (koncert The Cure&#8230;.) obejrzenia kuźni podziwianych przez siebie talentów, a ja nie odmówiłam sobie robienia mu za przewodnika (z mapa w ręku)) i szybciutko do Hali Sportowej, gdzie miałam obiecane wejście na &#8216;soundcheck&#8217;. Ale jak to bywa, obiecanki&#8230;. Gdy w końcu weszłam, okazało się że moje nadzieje na obejrzenie Roberta, jak sobie nieformalnie podśpiewuje rozwiały się tak szybko, jak tylko okazało się że rzeczonego tam po prostu nie było. Reszta muzyków pobrzdąkała jeszcze chwile na swoich instrumentach i sobie poszła. I tyle.</p>
<p>Przed koncertem spotkałam jeszcze luzem i grupami swoich znajomych, i bieżących, i sprzed lat. Pozdrawiam wszystkich i fajnie że do mnie machaliście, bo&#8230;. w pewnej chwili zrobiło mi się czarno przed oczami i miałam pewne trudności z odgadnięciem któż zacz pod tym makijażem. A do tego jak sam Robert Smith jestem krótkowidzem.</p>
<p>Następnie zbankrutowałam na T-shirt, różę i Tourbook, i bardzo zadowolona z siebie, że wcześniej odłożyłam kasę na bilet do domu, poszłam do tylnego wejścia, gdzie spotkałam Fozzie&#8217;go. Oczywiście z powyższych powodów jego także początkowo nie zauważyłam.</p>
<p>Fozzie miał obiecane spotkanie z zespołem, ja &#8211; po otrzymaniu upragnionego &#8216;Media&#8217;-pass&#8217;u (praktycznie &#8216;Photo-pass&#8217;u), dołączyłam do grona zacnych fotografów (z tym że ja miałam swój amatorski aparat foto) i miałam powiedziane że wchodzimy o 18:55, jak tylko wyjdą fani ze spotkania. Tylko że coś się to za bardzo pokrywało w czasie&#8230;.</p>
<p>Na szczęście wszystko dobrze się skończyło: oni spotkali się z zespołem (ciekawe czy ta dziewczyna z Łodzi, która wygrała konkurs z TheCure.com, została o tym powiadomiona przed 14-04-2000&#8230;.), a potem my weszliśmy przed scenę. Tuż przed początkiem koncertu.</p>
<p>Na szczęście też, kompleksy których zdążyłam się nabawić z powodu mojego mocno nieprofesjonalnego sprzętu wyparowały natychmiast, jak tylko zobaczyłam Roberta&amp;Co. Wiedziałam, że z takiej odległości jakieś zdjęcia powinny wyjść. No i WYSZŁY!!!!</p>
<p>(Pamiątkowe zdjęcie fanów sprzed sceny też). I myślę że dzielicie moją radość, gdyż profesjonaliści ze swoimi profesjonalnymi aparatami zajęli się swoimi zdjęciami profesjonalnie (whatever it means), a moje zdjęcia możecie sobie tutaj obejrzeć.</p>
<p>            Ceną za to szczęście było &#8216;Fascination Street&#8217;. Trzeba było wyjść po 3 piosence i oddać aparaty do depozytu, potem można było wejść z powrotem.</p>
<p>            No to coś tam oddałam i wróciłam na salę.</p>
<p>            Prawie niezgnieciona dostałam się prawie pod samą scenę (te kilka metrów), i &#8230;. tu pragnę podziękować tym wszystkim którzy ofiarnie trzymali mnie na ramionach, bo bym niechybnie z braku powietrza zemdlała, a strata tak genialnego koncertu była by wielka.</p>
<p>            Jeśli chodzi o sam koncert to po prostu brak mi słów. Był tak przepiękny, po prostu &#8216;Just Like a Dream&#8217;. I w ogóle cały ten pobyt w Łódzi&#8230;., nazwa trasy mówi sama za siebie: &#8216;DreamTour&#8217;.</p>
<p>Trasa marzeń. To była trasa spełnionych marzeń.</p>
<p>            Ukochany zespół w ulubionym składzie (Porl mógłby się jednak pojawić też&#8230;.) grający ulubione kawałki&#8230;. Fakt, że nie zagrali &#8216;Cold&#8217; i &#8216;Figurehead&#8217;, za to było &#8216;The Kiss&#8217; i &#8216;Plainsong&#8217;. Też fantastycznie. Najważniejsze że zagrali &#8216;Siamese Twins&#8217; i &#8216;Bloodflowers&#8217;.</p>
<p>            Trudno mi ująć w słowa co sądzę na temat koncertu i co czułam w czasie jego trwania. Był tak piękny, że najzwyczajniej w świecie brak mi słów. No wiem, powtarzam się. I jestem bardzo zadowolona z gry Jason&#8217;a &#8211; szybko nauczył się starych kawałków, tak, że słucha się ich bez żadnego zgrzytu, a jego wkład w nowe jest nieoceniony. Np. utwór &#8216;Bloodflowers&#8217;&#8230;.</p>
<p>            Podpisuję się z grubsza pod recenzjami Ann-Mary i Roberta S. (z uwagą, że pod sceną, na środku, dźwięk był fantastyczny). A od siebie dodam, że chociaż tym koncertem rozpoczęłam 17 rok uwielbiania The Cure (since IV&#8217;84) i byłam już wcześniej na kilku koncertach Cure (m. in. 24.VII.1989r., na Wembley, gdy grali prawie 4 godziny), to jednak na tym koncercie, na &#8216;Faith&#8217;, nie mogłam powstrzymać łez.</p>
<p>            I żaden zepsuty mikrofon nie odczarował nastroju tego koncertu.</p>
<p><strong>Tais</strong></p>
<p>            PS. A tam z fałszywą skromnością! Uważam, że &#8216;Just Like Heaven&#8217; zaśpiewaliśmy perfekcyjnie, a &#8216;uuuu&#8217; na &#8216;Play For Today&#8217; wyszło nam lepiej (i głośniej) niż jest to na słynnym &#8216;Paris&#8217;.</p>
<p>            And last but not least: super że Robert też był zadowolony z łódzkiego koncertu i zachwycony naszym entuzjastycznym przyjęciem.</p>
<p>           I mam nadzieję, że &#8216;MAYBE SOMEDAY ALWAYS COMES AGAIN&#8230;.&#8217;</p>
<p><object width="420" height="315"><param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/6_AqqMdlg78?version=3&amp;hl=en_GB&amp;rel=0"></param><param name="allowFullScreen" value="true"></param><param name="allowscriptaccess" value="always"></param><embed src="http://www.youtube.com/v/6_AqqMdlg78?version=3&amp;hl=en_GB&amp;rel=0" type="application/x-shockwave-flash" width="420" height="315" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true"></embed></object></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://thecure.pl/artykul/lodz-hala-sportowa-14-04-2000-12/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

