Forestglade Festival, Wiesen 19.07.1998

Mój trzeci koncert The Cure.

Mimo późnej pory muszę nakreślić wam kilka wrażeń z koncertu!

Właśnie przyjechałem z Austrii – 1100 km w jeden dzień – jak to zrobiłem sam nie wiem. Ale do rzeczy.

Zaraz jak dowiedziałem się szczegółów tej mini-trasy zrobiliśmy ze znajomymi plan wyjazdowo-koncertowy. Chcieliśmy pojechać na kilka koncertów – do Stuttgartu 17.7. – bo pierwszy, Wiesen 19.7. – bo blisko i 2 dni później, Brna 23.8. – bo ostatni i do Drezna 14.8. – bo jedyny niefestiwalowy. Później okazało się, że Stuttgart został odwołany, więc pierwszym koncertem było Zeebruge 18.7. a to już trochę daleko od Wiesen. Niestety nie dysponowaliśmy luksusowym autokarem z kierowcą jak chłopaki z The Cure, tak więc musieliśmy zrezygnować z jednego z lipcowych koncertów. Wypadło na Belgię, jako że dalej, no i poza tym chcieliśmy trochę pojeździć po Europie przed koncertami i akurat nie w okolicach Belgii. Zaczęliśmy od sklepów muzycznych w Hamburgu, później finał Mundialu w Paryżu (byliśmy pod Stade de France w ten dzień – hej!), pochodziliśmy trochę po Szwajcarskich Alpach, no i na końcu koncert Cure pod Wiedniem…

Na trzydniowym festiwalu było parę znanych gwiazd – Rammstein, Guano Apes, Paradise Lost, Pulp, Ash etc… Myśmy mieli jednak bilety tylko na dzień ostatni. Mówiąc szczerze nie ciekawiły mnie żadne inne zespoły. Przyjechaliśmy na festiwal późnym wieczorem 18 lipca – dzień wcześniej, ponieważ chcieliśmy zainstalować się na festiwalowym polu namiotowym, poczuć trochę klimatu… Ale cóż… Mój kumpel i ja mamy trochę doświadczenia w jeżdżeniu po festiwalach (kilka razy Jarocin, inne polskie festiwale, Glastonbury), ale austriackie pole namiotowe (ku naszemu zdziwieniu) było 100 razy brudniejsze i gorzej zorganizowane niż nasz stary dobry Jarocin. Jakiegokolwiek klimatu – ZERO. Cóż, osobiście nie jestem jakiś super-wymagający, ale jednak… co polski festiwal to polski, a co Glastonbury to Glastonbury… Tak więc dobrze po północy pojechaliśmy szukać pobliskiego, „normalnego” campingu.

Na festiwal zlądowaliśmy koło południa. Sześć kapel grających wcześniej nie zaprezentowało niczego interesującego, oprócz może Pulp bezpośrednio przed Cure, ale i tak wypadli strasznie bladziutko w porównaniu do głównej gwiazdy. Szkoda gadać – inna klasa zespołu.

Dopiero około 15 minut przed koncertem zaczęło docierać do mnie, że to koncert Cure – mój trzeci ich koncert (po Glastonbury ’95 i Katowicach) ale następny najważniejszy – zastanawiałem się długo jaki będzie, czy więcej „dyskoteki” czy więcej gitar, od czego zaczną itd. itp.

Koncert miał się zacząć o 22.30. – wcześniejsze kapele zaczynały dość punktualnie, także dawałem im max. 15 minut opóźnienia.

22.15 – pierwsze nerwy, muszę wstać z ziemi, nie mogę już usiedzieć tak jak parę setek ludzi obok – udało mi się oszukać ochroniarzy i wnieść walkmana z mikrofonem, niestety poświęciłem za to aparat foto, który rzuciłem na przynętę – ale to uzupełnił mój kumpel, który wszedł za mną – także sprzęt mamy kompletny…

22.20 – przymocowuję mikrofon do chusty założonej na głowę; stoję koło 20 m od sceny na lekkim wzniesieniu – idealny widok na całą scenę, super dzwięk, nie ma tutaj tłoku (w ogóle nie ma wielkiego tłoku na koncercie, cholerni Austriacy…), mamy poza tym lornetkę…

… sprawdzam 10 razy kasetę w walkmanie plus drugą w kieszeni, 20 razy mikrofon, 30 razy baterie…

…techniczni na scenie…

22.30 – ciągle techniczni na scenie…

22.40 – ciągle techniczni na scenie…

22.50 – ciągle techniczni na scenie, jakieś problemy z mikrofonem…

Aha, w międzyczasie wnieśli gitary – czerwonego Atkinsa Roberta, czarne pudło, czarną elektryczną, bas Simona, 2 gitary Perrego…

22.57 – nie ma już technicznych, są dymy i zrobiło się ciemno a mi gorąco; wychodzą wszyscy po kolei – Robert na czarno z włosami jak zwykle, Simon – ogolony do połowy głowy (w poziomie), górne włosy związane z tyłu, Roger z krotkimi wlosami, Perry zwichrzonymi, Jason też z dłuższymi, prawie do szyi…

Od czego zaczną?

„Hello…”, o God, 100% świadomości gdzie jestem…

Wyrżnęli z gitar na maxa – SHAKE DOG SHAKE!!! Cholera jasna, ale początek, wymiatają zajebiście, Perry gra dużo dynamiczniej niz kiedyś.

Problemy techniczne z odsłuchem Rogera w czasie utworu, zmieniają mu odsłuch. FASCINATION STREET – ostry początek, znowu problemy techniczne – źle nastrojona (?) gitara Roberta, próbuje na niej grać ale wychodzą mu same fałszywe dźwięki – odkłada i bierze drugą (czerwonego Atkinsa), jest lepiej. Super brzmi bas Simona.

ONE HUNDRED YEARS!!! O kurwa! (sorry wszystkich… mam nadzieję, że rozumiecie sytuację) – tego się nie spodziewałem, tym razem bez problemów Robert wymiata genialnie, Perry też.

Dalej – dokładnie nie pamiętam kolejności – Kyoto Song (odjazd), Pictures Of You, Just Like Heaven, Sinking (odjazd), Wrong Number (niesamowicie dynamiczny), From The Edge Of The Deep Green Sea, Inbetween Days, Prayers For Rain, Never Enough, Cut, Disintegration, Untitled (odjazd), pierwszy bis – Trust, Forest (na moich poprzednich 2 koncertach nie grali go, nareszcie, choć trochę krótko), drugi bis – Friday I’m In Love, Boys Don’t Cry, 10.15, Killing An Arab.

Ciekawe – ani jednego kawałka z WMS! Szczerze mówiąc nie zmartwiło mnie to za bardzo – jeszcze bardziej nie zmartwił mnie brak The Walk i Let’s Go To Bed.

Było jeszcze trochę problemów technicznych – w czasie Cut Robert w ogóle nie mógł grać na gitarze, a w Never Enough dopiero od połowy – obawiałem się już, że się wkurzy i skończy występ czy coś takiego cholera, ale nie – chyba Robert jest bardzo głodny grania po przerwie – widać entuzjazm i duży dynamizm w grze na gitarze. Oprócz Roberta wybija sie również Perry – gra dużo lepiej niż w poprzednich latach.

Na koniec słowa Roberta – „See u next year” – brzmi nieźle, no nie?

Jak zwykle dużo fajnej gry świateł, trochę „tańca” Roberta, skoków Simona.

Co tam jeszcze? Są 2 bardzo fajne oficjalne koszulki – jedna zrobiona na koszulkę piłkarską – cała biała z czarnymi napisami – z przodu dość małą czcionką ‚EURO’, pod tym jakiś znaczek i pod znaczkiem też małą czcionką ‚The Cure’. Z tyłu, tak jak u piłkarza, duży numer ’98’ i nad nim, jak nazwisko, napis ‚SUMMER’.

Druga koszulka – czarna z nadrukiem tylko z przodu – duze czerwone ‚C’, a w środku tego ‚C’ napis mniej więcej taki: ‚Summer 98’, ‚The Cure’ czy coś takiego, nie kupiłem bo strasznie zdzierali (140 zł). Mam nadzieję, że w Brnie będą tańsze, najwyżej tam sobie kupię.

Widownia – ludzi niedużo, ok. 1-2 tys. na oko, parę fajnych koszulek, kilka fryzur.

Ogólnie koncert niesamowity. I nie mogę doczekać się Drezna i Brna…

Maciek Herman

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone