Gdzie jest młodzież tamtych lat?

Po udanym debiucie z 1979 roku Robert Smith i spółka decydują się na wydanie albumu będącego amerykańskim odpowiednikiem wspomnianego „Three Imaginary Boys”. Krążek zaczerpnął nazwę od drugiego singla w historii The Cure „Boys Don’t Cry” i różnił się od poprzednika kolejnością utworów, jak również w zamian za brakujące: „Foxy Lady”, „Meathook” oraz „It’s Not You”, zawierał trzy inne kompozycje.

Muzyka prezentowana przez młodych wciąż, jeszcze członków legendarnej grupy oscyluje wokół standardowego post-punka. Praktycznie każdy utwór zbudowano tutaj na prostych melodiach gitarowych, często opierających się o wciąż powtarzany akord, czy kilka akordów, z charakterystycznie wyeksponowaną linią basu (wystarczy wspomnieć chociażby „Grinding Halt”). Niewiele można znaleźć tutaj zaskakujących momentów, także warsztat jakim dysponują artyści, oraz środki z jakich korzystają nie należą do najbardziej rozwiniętych. Proponują za to swym słuchaczom, materiał prosty, nieco kontrowersyjny i to właśnie w tych dwóch cechach, jakie z pewnością nosi, ukryta jest magia zawartej w nim muzyki.

Oczywiście chcąc zapewnić sobie sukces The Cure musiało stanąć na wysokości zadania i zaproponować muzykę, co tu dużo mówić, inną, chwytającą za serce, a jeśli nie za serce to zmuszającą do zabawy, albo oprzeć się na z dawna wypróbowanym sposobie – nagraniu utworu będącego zarzewiem kontrowersji dla społeczeństwa.

Jeśli chodzi o jakość muzyki to wystarczy wysłuchać chociażby „Boys Don’t Cry” czy „Plastic Passion”, by przekonać się, że mamy tutaj do czynienia z chwytliwymi kawałkami, dodatkowo sprzyjającymi swymi tekstami, zbuntowanej młodzieży. Może nie czuć tutaj zwariowanego i brudnego brzmienia punk rocka, jednak muzyka płynąca z rozedrganych strun gitar porywa.

Co do aspektu „kontrowersji”, sprawa nie wyglądała tak kolorowo. Artyści zamieszczając na długograju utwór „Killing An Arab”, nie przewidywali, że sprawa obróci się w taki sposób. Inspirowany na motywach powieści „Obcy”, ów kawałek okazał się być zbyt dosłownie interpretowany przez rzesze słuchaczy, którzy reagowali różnie, jak to często jednak bywa, sprawa przyniosła po prostu nieco więcej rozgłosu grupie.

Na zakończenie warto wspomnieć o idealnie wpasowującym się w muzyczne ramy wokalu Smitha, który operuje chyba jednym z bardziej rozpoznawalnych głosów alternatywnej sceny. Pięknie modulowane zwrotki, czasem temperamentnie, czasem niezbyt czysto śpiewane, za każdym razem „wiedzą” jaka barwa będzie dla nich najlepsza.

Podsumowując: „Boys Don’t Cry” to płyta obdarzona chwytliwymi piosenkami, i przebojowymi singlami, na stałe zapisujących się w kanon szeroko pojętej muzyki rockowej. Brak tutaj barwnych urozmaiceń, materiał jako całość jest raczej spójny i prosty w odbiorze, zaś teksty śpiewane z niesamowitą manierą wokalną przez Roberta Smitha są wodą na młyn dla młodzieży tamtych lat.

Ketzer
Recenzja pochodzi z strony DarkPlanet.pl

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone