Glastonbury Festival, Pilton 25.06.1995

Mój pierwszy koncert The Cure.

Pamiętam 92 rok, Wish Tour, kiedy nie zdecydowałem się pojechać na koncert ani do Berlina ani do Hamburga, ponieważ moi znajomi w Niemczech poinformowali mnie, że nie ma już biletów. Cóż, tamtego dnia stwierdziłem, że wyjazd „w ciemno” byłby zbyt ryzykowny. Dzisiaj wiem, że byłem wtedy mało „zatwardziałym” fanem. Dzisiaj nie miałbym żadnych wątpliwości. Ale wtedy, w dzień berlińskiego koncertu musiałem zadowolić się słuchaniem „The European Tour” w zaciszu mojego pokoju. Kiedy doszedłem do „A Forest” – jednej z moich ulubionych wersji tego utworu. cóż.

Po kilku dniach spotkałem się z kumplem, który był w Berlinie. Pracował w sklepie muzycznym niedaleko mojej uczelni. Poszedłem do niego po wykładach. Pamiętam dokładnie jak opisywał koncert. Od momentu stania przed drzwiami hali aż po niesamowitą wersję „A Forest” i pokoncertowe tułanie się po mieście do rana. To był jego pierwszy koncert. Prawdę mówiąc nie poczułem się zbyt dobrze po tej relacji. Na dodatek Robert znowu ogłaszał, że to ostatnia trasa. Nie byłem zbyt szczęśliwy.

Na szczęście przyszedł rok 95 i letnia mini trasa festiwalowa. Mój kolega (ten „z Berlina”) mieszkał wtedy w Londynie, także nie miałem już żadnych wątpliwości. Stachu (mój drugi kumpel i mocny fan Cure) i ja spakowaliśmy się i wyruszyliśmy do Anglii na nasz „pierwszy raz”. I jak to czasem bywa po przejechaniu ponad 1000 km okazało się, że nic nie jest załatwione tak jak nam obiecywano przed wyjazdem. Dzień przed festiwalem tkwiliśmy w Londynie bez biletów na festiwal i bez szans na jakikolwiek transport (wszystkie miejsca zajęte). Cóż, ale był to już czas kiedy nie mieliśmy żadnych wątpliwości.

Dzień później, piątkowe popołudnie, koło 150 kilometrów od Londynu, 3 gości dogina z plecakami po ok. 1-kilometrowej drodze w kierunku bram festiwalu Glastonbury z biletami w rękach. Z oddali słyszymy Sinead O’Connor – czy to już to? Chyba nieeee, nie chce nam się wierzyć. Lecz tuż po przekroczeniu bramy (cholera, podarli nam super bilety!), przejściu kilkuset metrów i zobaczeniu jej (z ładną grzywką ) na środku Pyramid Stage razem z tysiącami ludzi dookoła sceny – taaaaa, byliśmy tam!!! To wszystko pewnie zabrzmiałoby dziwnie dla np. Anglików, którzy „wyskoczyli sobie za miasto”, ale cóż, dla nas była to cała wyprawa. Tak naprawdę tylko po to by zobaczyć jeden zespół.

Pamiętam kilka osób, które tam poznaliśmy, głównie z Anglii, Irlandii, Szkocji. Pytali się skąd jesteśmy. Kiedy odpowiadaliśmy „Poland”, chcieli się upewnić: „Holland?”.

Szesnaście scen, setki zespołów, rock, jazz, acoustic, dance, techno, filmy, teatry, cyrki, 100 000 ludzi, słoneczna pogoda (sic!), koszulki i bootlegi (!) Cure, „25 years and still smoking”, z 1000 przeróżnych sklepików, „Speed” na wielkim telebimie tuż za drzewami, masa przeróżnej muzyki, wrażenia co najmniej kilkudziesięciu rodzajów. Pomimo zobaczenia wielu kapel pamiętam zaledwie kilka – Oasis, Portishead (niesamowity koncert w wielkim namiocie), PJ Harvey, Marion, Verve (o tak.), Jeff Buckley (kolejny wielki koncert), Belly, Jamiroquai, Page & Plant (& Porl oczywiście), Simple Minds. Ale i tak mimo wielu super występów to był festiwal The Cure dla mnie i moich przyjaciół.

Trzeci dzień festiwalu. Niedziela wieczór. Pierwsze podejście do sceny zrobiliśmy przed P&P. Zobaczenie Porla na scenie było bardzo dobrym wstępem do „naszego” koncertu. Po tym występie robimy już poważne kroki w kierunku sceny. Wystąpi teraz Simple Minds, a po nich już tylko główna gwiazda. Stoję z kumplem centralnie przed sceną, jakieś 10 metrów od barierki. Trzeci z nas stwierdził, że będzie obserwował koncert z odległości, za to bez ścisku. Na Simple Minds jest jeszcze bardzo jasno. Gdy oglądam zdjęcia z obydwu koncertów trudno uwierzyć, że następowały jeden po drugim. Cure grał już jakby w nocy.

Wreszcie skończyli. Nawet nie wiem czy zagrali dobry koncert czy kiepski. Pamiętam jakieś przeboje – Belfast Child, coś tam jeszcze. Cały byłem w nerwach. 6 lat czekałem na ten koncert. Teraz stoję wśród tłumu, który widział ten zespół co najmniej 10 razy. Wkurzają mnie te krzyki i 2-metrowy facet w kapeluszu stojący centralnie przede mną. W końcu zdjął. Nie tylko ja się wkurzałem.

Mieli zacząć o 22.00. Wszytkie koncerty o dziwo (dla mnie) zaczynają się punktualnie jak w zegarku. Mało tego, pierwsze zaczynają się o 10 rano, ostatnie kończą się o 23. Co za porządki? Pod tym względem wolałem rodzimy Jarocin ze swoimi nocnymi koncertami. Ale nic to. Teraz jesteśmy w Glastonbury. Nic już nie mówimy. Patrzymy tylko czasem na siebie z jakimś dziwnym wyrazem twarzy. Jakby ze strachem? Przejęcie to zdecydowanie za słabe słowo. Punktualnie o 22.00 biorę kumpla na barana, ma zrobić kilka zdjęć gdy chłopaki będą wchodzić na scenę. Jest ciężki jak cholera. Po 5 minutach nie wyrabiam. Musi zejść. Jeszcze nie wyszli. 22.10 znowu do góry. Nie możemy tego przegapić. W końcu o 22.15 dymy na scenie, z których wyłaniają się postacie. Nie dociera to do mnie. Nawet gdy słyszę tak upragnione „hello”. To, że jestem tam naprawdę czują bardzo mocno moje policzki.

„Want” – nie wiedziałem jeszcze wtedy jak się nazywa ten utwór, pierwszy raz go słyszę, to samo będzie później z „Jupiter Crash” i „Mint Car”. Niespecjalnie myślałem przed koncertem o utworach, które chciałbym, żeby zagrali. Chciałem, żeby po prostu zagrali i tyle. Przepchałem się do samej barierki. Parę zdjęć – z jednej strony aparat przeszkadzał, z drugiej mam teraz zdjęcia. „Pictures Of You” – z mojej ukochanej płyty, ten utwór za każdym razem gdy go słucham, mimo że to już może 200-y raz, uderza mnie w sam środek. Teraz słyszę go na żywo. „Just Like Heaven” – najgenialniejszy singiel świata. „Dressing Up” – jedyny moment kiedy Robert odkłada gitarę, bierze mikrofon i podchodzi bliżej do publiki otoczony fioletowym światłem. Przeżycie. Zaraz potem „A Strange Day” z jedną z moich najbardziej ukochanych solówek Roberta pod koniec utworu. Na cichym tle z jednym reflektorem skierowanym właśnie na niego. „From The Edge.” – nie mam już słów, „Disintegration” – następne łzy i „End” z Porlem na gitarze – utwór zatopiony w pornograficznie krwawym świetle. Koniec. Jak śmierć w deszczu. Jakbym w 2 godziny zobaczył całe swoje życie, miłość, rozpacz, radość i wszystko co istotne. 100 minut najbardziej jaskrawych uczuć. I później goła pustka. Wszytkie zmysły wyjałowione. Następne co pamiętam to leżenie w ciemnościach na ziemi przed namiotem, mijające mnie milczące twarze kolegów. Nie rozmawialiśmy o tym koncercie wiele dni.

Maciek Herman

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone