Pamiętniki: Głosy zza ściany

Czasami tak sobie wspominam… Czy już wchodziłem w dojrzałość, czy jeszcze byłem zagubionym , nieśmiałym chłopcem biegającym za piłką, grajacym w pola, odpalającego zużyte petardy pozostawione na trawniku po minionym Sylwestrze. Pierwsze spotkanie z The Cure, doszło dosłownie zza ściany, bez orientacji co słyszę i co czuję, zasiało ziarno pozniania. Zjawisko pełne tajemnic, które zaowocaowało wieloletnią pielęgnacją „dojrzałego już kwiatu” po dzień dzisiejszy.

A jak to się zaczęło? Starszy człowiek, o kilka lat, brat mojej kuzynki, miał swój świat, który był dla mnie wtedy, trzynastolatka zupełnie niedostępny, więc czas płynął równolegle, jego i mój. Aż przyszedł moment wejścia, przejścia, czy jakkolwiek to ująć, ingerencji w jego wymiar, jego świat i…nastapiło „namaszczenie”. W podstępny sposób, pod nieobecność, dziesiątki kaset wpadły w moje ręce i zaczęło się przesłuchiwanie, szukanie, rozpoznawanie „tego głosu zza ściany”. Nierozpoznawalne i niedostępne do tej pory, nagle pojawiło się wśród sterty taśm opakowanie z napisem: the cure – faith. I ten dżwięk od tamtej pory, zostanie ze mną na zawsze, to już wiem.

Ileż było zachodu, z rozszyfrowaniem nazwy, historią zespołu, składem, dyskografią, itd. Długie popołudnia spędzone na katowaniu tej znalezionej cudem kasety i dalsze pod nieobecność poszukiwania jakichkolwiek fragmentów tych dźwięków, tego głosu. Mijał czas, zbliżałem się do końca szkoły podstawowej, a moja świadomość muzyczna rosła. Zaczęło się bieganie po sklepach, które na początku lat 90. jeszcze istniały w Bydgoszczy, i szukanie jakichkolwiek produktów z napisem „the cure”.

Zgromadzenie dyskografii TC zajęło mi chyba rok, może dwa, w międzyczasie, zespół wydawał Wish, czego byłem świadkiem słuchając premierowych nagrań najpierw w audycji bydgoskiego radia PiK, a następnie w Trójce pod Księżycem, gdzie Tomek Beksiński, wraz z tekstami, prezentował wybrane fragmenty albumu. I tak ten kwiat zaczął dojrzewać. A ja wraz z nim, gdzie z tamtego chłopca od petard, stałem się „rasowym kjurem”, tapirującym co drugi dzień włosy, malującym usta, chodzącym w pstrokatych koszulach rozmiaru XXL i butach „z jęzorem”.To wszystko pamiętam jakby się działo chwilę temu, jakby te ponad dwadzieścia lat, gdzieś przeleciało obok mnie. A jednak kwiat dojrzał i dziś kiedy włączam pierwszą własną, otrzymaną w prezencie kasetę Mixed Up, to wspominam jakim niewinnym, ciekawskim chłopcem wtedy byłem… I nie żałuję żadnej chwili.

s’the figurehead

 

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone