Hamburg, Color Line Arena 9.11.2002

Hamburg. Miasto portowe. Zimne i zamglone niczym muzyka The Cure. Ten koncert był dla mnie wyjątkowo ważny z kilku powodów. Miał on być pierwotnie rozgrzewką przed koncertami w Berlinie. Jednakże coś wewnątrz mówiło mi, że będzie to wyjątkowy show – odmienny od tych z „Dark Trilogy”. Wyczytałem w Internecie, że na koncercie w Hamburgu zespół zaprezentuje największe hity, ale znajomi skutecznie przekonywali mnie, że Robertowi nie będzie się chciało przygotowywać innych numerów. Mówili, że mam się spodziewać zmiksowanego materiału z „3 mrocznych płyt”. Bardzo jednak liczyłem na lżejszy set ponieważ był to pierwszy koncert The Cure dla mojej dziewczyny Evy, która do największych fanek lekarzy na pewno nie należy.

Koncert rozpoczął się od „Want”. „To dobry początek” pomyślałem. Ten numer sprawdza się jeżeli chodzi o otwieranie koncertów. „Shake Dog Shake” i agresywne uderzenia w gitarę. Niestety stoimy dość daleko sceny i widoczność mam ograniczoną (odbiję sobie za parę dni w Berlinie!!!). Następnie „Open” kontynuuje drapieżny początek koncertu. Na uwagę zasługuje dynamiczna gra Simona, który jest swoistym mistrzem ceremonii. To od wejścia basu zaczyna się czuć potęgę brzmienia The Cure na żywo. „High” to pierwszy szok. Tego nie spodziewał się chyba nikt. Nie jest to jakoś wyjątkowo koncertowy numer. I rzeczywiście…. brak mu trochę mocy. Koncert tak na prawdę zaczyna się dla mnie teraz: „A Night Like This”. Uwielbiam puls tej piosenki. Uwielbiam każdą jej sekundę Znów czuję się jak w podstawówce: bezbronny i przerażony. Ale za chwilę „The Baby Screams” budzi mnie z lekkiego letargu i faszeruje dawkę czystej energii. Gdy słyszałem to po raz pierwszy na żywo nie tak dawno w Glauchau pomyślałem: „jaką oni mają siłę !!!”. Ten numer to piekielna, kjurowa petarda. „From The Edge Of The Deep Geen Sea” – wspaniała pocztówka z „Wish”. Tuż po nim anioł. „If Only Tonight We Could Sleep”- chwila oddechu i zadumy. Cudowne solówki Roberta drżą kanały w moim mózgu. Spokojne fale EEG burzy natychmiast „The Kiss”. Atak na zmysły, gwałt na umyśle. Jak oni to robią. Są bezlitośni! Siła uderzenia jest ogromna – najpierw Simon, potem Robert tną nagromadzone we mnie uczucia bezwzględnie. Świetnie zagrany „Torture”, a po nim najpiękniejszy moment koncertu, czyli „The Drowning Man”. Ten rytm perkusji. Ta bezduszna atmosfera. Lament w każdej sekundzie. Znów wracam w czasy gdy muzyka The Cure była moim jedynym lekarstwem. Robert jest genialny jeśli chodzi o wokalizy w tym numerze. Jeszcze nie wiedziałem, że za chwilę usłyszę „Charlotte Sometimes”. Opadają nam szczęki. Co za niespodzianki. Nikt nie mógł się spodziewać co będzie za chwilę…..Robert postanowił nas zaskakiwał. Następnie zagrali numer, który bardzo chciałem usłyszeć: „Push”. Wariuję ze szczęścia. Skaczę w uniesieniu, unoszę się na fali dźwięków. To jeden z moich ulubionych kawałków z „The Head On The Door”. Gitary są po prostu genialne. Skocznie będzie już do końca. Najpierw „Inbetween Days”, potem „Primary” (zagrany bardzo dynamicznie) i „Just Like Heaven”. Zabawa jest zawsze wyśmienita przy tych piosenkach. Mogli by to grać milion razy, a i tak pobudzą mnie do stanu nieopisanej euforii. W „Play For Today” wydzieramy się jak należy. Chcę by Robert usłyszał mój głos, choć podobno fałszują, (tutaj stanowczo nie mogę zgodzić się z opinią mojej dziewczyny) krzyczę co się w gardle. Kolejne zaskoczenie: „Shiver & Shake”. Na zakończenie dość industrialny „End”.

Przerwa…..obstawiamy co będzie na bis. Postawiłem na „M” i „3 Imaginary Boys” co ku ogromnej radości Sławka sprawdziło się w odmiennej kolejności. Bardzo stare The Cure, które zagrane po latach, praktycznie nie zmienione brzmi bardzo świeżo i mżodzieńczo. Dech w piersi odbiera partia klawiszy w „M”. Po chwili gest w stronę niemieckiej publiczności……..”eins, zwei,drei, vier”……”Grinding Halt”. Szok. Szaleństwo sięga zenitu, a to dopiero początek zabawy….”Boys Don’t Cry”. Kolejna przerwa.

Następny bis to Robert błądzący po scenie. Robert zaczepny, zwariowany i zakochany…..”Close to Me” – „Let’s Go To Bed” – „Friday I’m In Love” – „Why Can’t I Be You”. Z całyym szacunkiem dla singlowego dorobku The Cure wolę słuchać na koncertach mroczne utwory, jednakże tym razem autentycznie chciałem by zagrali te numery. Cud. W tej chwili nie ma szcęśliwszych ludzi na ziemi niż my. Nie mogło zabraknąć „A Forest”, który przerodził się w „Forever” czyniąc ten koncert magicznym i wyjtkowym. „Forever” mnie zahipnotyzował. Znieruchomiałem, zastygłem…….po prostu wbiło mnie w płytę nowo wybudowanej Colorline Arena. Ostatni bis to próbka „Dark Trilogy”, czyli „100 Years” z doskonałym show w tle, „Fascination Street” i „Bloodflowers”. Tylko tyle. Możecie to zrozumieć??? Oni nie musieli ćwiczyć, zagrali zupełnie inny koncert.

Znacie inny zespół który przed ważnym koncertem („Dark Trilogy”) gra zupełnie inne piosenki (Hamburg) i gra je tak długo, że publiczność jest bliska omdlenia ??? Przecież oni z wiekiem grają coraz dłużej. Aż strach pomyśleć co będzie za parę lat.

W tym miejscu bardzo pragnę podziękować Maćkowi i Asi za to że zabrali nas na ten wyjątkowy koncert. Staszkowi za miłe towarzystwo i mojej ukochanej Evie….nie było aż tak strasznie, prawda ???

Michał Wasilewski

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone