Herbatka u Morrisseya – relacja z Manchesteru

Manchester pod względem muzyki jest szczególny. The Stone Roses, Oasis, The Smiths, The Verve, Happy Mondays – przeglądam tylko moją półkę z płytami. To miasto żyje muzyką i futbolem. We wtorkowy wieczór miało ponownie zachwycić się The Cure.

Robert Smith ostatnimi czasy omijał Wielką Brytanię. The Cure nigdy nie byli zespołem stricte brytyjskim – mówił. Poza specjalnymi koncertami w Londynie – na które publika spływała z całej Europy, oraz kilkoma festiwalami, nie odważył się zabrać ekipy w głąb lądu. Dwadzieścia lat temu, trochę pechowo, z powodu najpierw awarii oświetlenia, a potem choroby, musiał odwoływać koncerty. Po sukcesie The Wish Tour wydawało się, że The Cure pozostanie w angielskiej Premiership na lata, ale przez następne cztery świat się zmienił, nadszedł Britpop, a Smith wyemigrował ze swoim zespołem za granicę. Poza Londynem już więcej nie zagrali. Do wczoraj.

Dlatego też dla wielu sporym zaskoczeniem było pojawienie się Manchesteru na tegorocznej trasie The Cure. Wizyta w drugiej angielskiej muzycznej stolicy po tylu latach. Warto zaznaczyć, że The Cure zagrali tutaj w 2004 roku, ale to był znowu tylko festiwal. Z własnym tournee wrócili do Manchester Arena po dwudziestu latach.

Lubię dobre imprezy niedaleko od domu. A ponieważ sam Manchester nie jest mi obcy, postanowiłem odwiedzić to miasto po raz chyba „setny”. W końcu zobaczyć tam The Cure zdarza się raz na dwadzieścia lat. Po deszczach na poprzednich koncertach tej trasy, tym razem pogoda również zapowiadała się na minus. A konkretnie -1C. Nic to, Arena blisko dworca, można jechać w bluzie. Tak też zrobiłem. Kilka łyków ciepłej herbaty i jazda. Tego wieczora całe centrum Manchesteru stanęło w bezruchu. Może nie koniecznie z powodu koncertu, ale panujących korków. Na salę dostaliśmy się tuż przed wyjściem The Twilight Sad, a mimo to można było zająć miejsce – tak na oko licząc – w siódmym rzędzie. Reszta stała chyba jeszcze… w korkach?

Na początek tradycyjna zgadywanka – od czego to dzisiaj zaczną? Są różne metody odgadnięcia czym The Cure rozpoczną wieczór. Nasłuchiwanie dzwoneczków (Plainsong), „taśmy” (Open), bliżej nieokreślonych dźwięków (Shake dog shake), czy braku dźwięków wogóle (Out of this world). Shake dog shake – tak zaczęli w Manchesterze. Dalej to już dominacja The Head On The Door.

Ponieważ staliśmy dosyć blisko, można było wyczytać każdy grymas z twarzy Smitha. I wydawać by się mogło, że te dwa dni przerwy pozwoliły mu wreszcie dojść do siebie. Pierwsza część koncertu według mnie wokalnie wypadła bez zarzutu. Znowu wspaniałe, kołyszące Sinking i piorunujące Primary. A potem przyszedł czas na One Hundred Years i wszystko się posypało. W pewnym momencie Smith „odłączył” od reszty. Mówiąc inaczej zespół grał sobie, a Smith sobie. Czy sampler na chwilę się zapętlił? Sytuacja była o tyle dziwna, że wprawiła w osłupienie samych muzyków. Jason co chwilę spoglądał na urządzenie, Simon na Reevesa, a my nie wiedzieliśmy o co chodzi. Po chwili Simon zamienił kilka słów z Robertem, ten dośpiewał utwór do końca i panowie szybko przeskoczyli do Give Me It. Tak szybko, że chyba nawet zaskoczyli oświetleniowca? po czym pospiesznie udali się na herbatę. Muszę poszukać i obejrzeć na Youtube, co tak na prawdę się wydarzyło. Ktoś powie, że zdarza się. OK, ale zaważyło to chyba na tym co nastąpiło w dalszej części koncertu.

Wychodzą, pierwszy bis. Wcześniej Eden Gallup przyklejał ojcu dalszy ciąg set-listy. Biała kartka w całości zapisana mignęła nam przed oczami. Dobrze, poproszę np. Czwórkę z Seventeen Seconds. Choć bardziej prawdopodobny scenariusz, to nowy, premierowy utwór – pomyślałem… Scena pokrywa się jednak zieloną smugą światła… A Forest. Spore zaskoczenie na początek, a jeszcze większe, kiedy zaraz po nim… zaczęli schodzić ze sceny. O wydłużonej wersji nie mogło być dzisiaj mowy, zresztą zauważcie, że kiedy Simon staje z przodu przy odsłuchu – kończą utwór. Kolejna przerwa na herbatę.

Co jest? W międzyczasie techniczny korektorem wymazuje Jasonowi linijki set-listy. Wychodzą znowu. Ale Smith tym razem ledwo słania się na nogach, jest coraz bardziej nieobecny. Burn i… znowu przerwa.

Patrzę na zegarek z takim niedowierzaniem, że mieszają mi się już strefy czasowe. Końcówka też skrócona. Wykreślili The Lovecats, pominęli Hot Hot Hot. Pozostawili jednak na sam koniec hity, kosztem pierwszego i drugiego bisu. Lullaby, Friday I’m In Love, Boys Don’t Cry (Roger znowu zapuścił się na terytorium Reevesa – kto nie wie o co chodzi, niech obejrzy video z Barcelony zamieszczone na naszym profilu na Facebooku), Close To Me, czy Why Can’t I Be You? – to po prostu musieli zagrać.

Koniec po dwóch godzinach? Jak na The Cure bardzo mało, ale nie przesadzajmy. Publiczność zachwycona. A wypełniła Arenę do (prawie) ostatniego miejsca. 20 tysięcy sprzedanych biletów – to musi robić wrażenie. Apropo publiczności – mocno napita, ale to już taka specyfika Manchesteru. I tak latających kubków z piwem, co jest tu wręcz tradycją, nie odnotowałem. Nie była ona bynajmniej powodem skrócenia koncertu.

Teraz trzy dni pod rząd w Londynie. Prawdziwa droga przez mękę dla Smitha. A w tym samym czasie, gdzieś w Manchesterze, Morrissey będzie spokojnie popijał swoją herbatkę.

Marcin Marszałek

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone