Je suis Paris – relacja z trzech wieczorów w Londynie

Wszystko co dobre szybko się kończy. Tak było też i z tą trasą. Trzy ostatnie wieczory na Wembley Arena, mimo że wyczekiwane od roku, przeleciały w mgnieniu oka. The Cure dwa miesiące jeździli po Europie, by na finiszu przyśpieszyć i zakończyć w wielkim stylu. Przez te trzy wieczory zachowałem tyle wrażeń, że tak naprawdę nie wiem od czego zacząć. W ogóle nie wiem jak składnie, po kolei opisać to, co wszyscy przeżywaliśmy przez te kilkadziesiąt godzin podczas koncertów, przed nimi i po. Wyobraźcie sobie Killing An Arab tuż pod sceną, huragan, wylatywanie pod sufit Areny i uderzanie o podłogę. A tak zagrali każdego z wieczorów. Ciężko będzie ubrać to w słowa, ale postanowiłem sobie, że napiszę, chociażby po to, by przeczytać to sobie jeszcze raz, za 15-20 lat.

Koncert w Manchesterze ledwie dwa dni wcześniej nie zapowiadał takiego finału. Wywołał wręcz zaniepokojenie. Dadzą radę? A może specjalnie oszczędzali się przed trzema wieczorami na Wembley? To tournée niewątpliwie przejdzie do historii, jako najbardziej nieoczekiwane, trochę dramatyczne, zwariowane. Wyjechać w trasę koncertową po tylu latach, ot tak, bez nowego albumu i wyprzedać prawie wszystkie koncerty? The Cure nie od dziś łamią stereotypy i porządek w muzycznym światku. 76 wieczorów pod szyldem „The Cure Tour 2016”. Tak po prostu. I jak ich za to nie lubić?

Od ostatniego tournée w 2008 roku widziałem The Cure tylko i wyłącznie w stolicy Wielkiej Brytanii. Grali na gali NME, Reflections, charytatywnie na Teenage Cancer Trust, czy potrójnie, świątecznie i „topowo” w Hammersmith Apollo. Przez te lata rozpuścili nas bardzo żonglując setlistami, grając pełne albumy, B-side’y, premierowe utwory. A jednak nadal potrafią zaskakiwać. I to jak!

Koncerty The Cure mają to do siebie, że rozpoczynają się… jeszcze przed wyjściem zespołu na scenę. Sami śmiejemy się już z tego, że obserwujemy całe ich instrumentarium, by odgadnąć, co też mogli przygotować na dany koncert. Podczas przyklejania set-listy na scenie zauważyłem, że zakończą główny set albo Disintegration, albo Bloodflowers. Jeden długi wyraz widniał na dole kartki, a przed nim coś jakby jeszcze dłuższy From The Edge Of The Deep Green Sea. Jak widać z wiekiem wzrok mi się chyba wyostrza bo tak też było.

Był to wieczór na kilka sposobów przedziwny. Po raz pierwszy byłem świadkiem, kiedy to aż trzykrotnie tym co się dzieje przed sceną musiała zainteresować się ochrona koncertu. Gorąco zaczęło się już przed, kiedy to tuż obok nas kilku paniom puściły nerwy… i doszło do szarpaniny. A że jak wiemy kobiety tak łatwo nie zapominają to powtórkę mieliśmy też w trakcie koncertu. I tak to przy dźwiękach „piosenki miłosnej” panie przekazywały sobie znak pokoju z ładnie brzmiącym włoskim akcentem. Trochę komiczna sytuacja, przynajmniej my tak to odebraliśmy. W tej, jak i w dwóch innych sytuacjach, kiedy to już panowie pomylili koncert z Sylwestrem i ledwo słaniali się na nogach, ochrona oprócz machania rękami nie zrobiła nic. A nic to, skupmy się na scenie. Rozpoczęli „zgodnie z przypuszczeniami” od Out Of This World. I tym samym zebrałem „karetę otwarcia”, kolejny czwarty, inny opener na tej trasie i jest to chyba najefektowniejsza, (razem ze światłami podczas Open) oprawa graficzna na otwarcie koncertu. Potem już pierwsze zaskoczenie i zamiast drugiego z Bloodflowers „Watching Me Fall” dostaliśmy „dwójkę” z Disintegration, a zaraz po nim „dwójkę” z Wish. Dalej kolejno standardy tego tournée jak wspomniany Lovesong, czy Push, a następnie piękne trzy ciosy, krótką wersję trylogii z Reflections: Three Imaginary Boys, Play For Today i Primary. Wtedy to już wiedzieliśmy, że na tym się nie zakończy. Choć czekaliśmy na koniec głównego dania i przepiękne, krwiste Bloodflowers.

„Halo, czy mógłbym rozmawiać z kimś, kto mi powie, co się tu k**** dzieje? Dlaczego świat jest…?” – Nie ma takiego numeru. Zakończył drugi bis, gdzie jako premierowy utwór zespół wybrał tym razem Step Into The Light.

Panowie na scenie w wybornych humorach, a Smith brzmiał tak, jakby tym koncertem rozpoczynał całą trasę. Klimat południowo-wschodniej Anglii wyraźnie mu służy. Nie wiem skąd ta zmiana w porównaniu z tym, jak wyglądał i śpiewał dwa dni wcześniej w Manchesterze, ale tutaj równie dobrze brzmiał od pierwszej do ostatniej wyśpiewanej linijki. Medycyna czyni cuda.

Żarty, uśmiechy Smitha i zagadywanie Rogera, który jak zwykle podczas Boys Don’t Cry przeszedł się na drugi koniec sceny, gdzie Reeves już na niego czekał. Tym razem dołączył do nich nawet Simon. O’Donnell chwilę później pobił rekord trasy w rzucaniu tamburynem, bo ten wylądował gdzieś… w połowie sali.

Kiedy wydawało się, że zakończą Why Can’t I Be You? spojrzałem na zegarek. 22:40. Nieeee, to chyba jednak za wcześnie prawda? Panowie już mieli schodzić ze sceny, kiedy Robert zebrał całą ferajnę na środku i zaczął coś objaśniać. Najbardziej przerażony wydawał się Jason, który zaczął naprędce szukać w głowie schematów jak odegrać zaproponowany tytuły. „Nie graliśmy tego od jakiegoś czasu” – rzucił tuż przed pierwszymi dźwiękami 10:15 Saturday Night Smith. Ależ niespodzianka. I to w jaki sposób. Jeśli ktoś zapyta, po co iść trzy razy na „ten sam” koncert to odpowiedź zawiera się właśnie tutaj. Po ostatnich dźwiękach, chwila wyczekiwania i jest… Ten drugi, ze względu na panujący wokół liberalizm, wydawać by się mogło, że spisany już na straty. A tu jeszcze odśpiewany bez żadnych głupich zamianek na „Another”, czy „Kissing”. Killing An Arab jak zawsze w piorunujący sposób zakończył czwartkowy wieczór w Londynie. Ufff.

Dzień drugi rozpoczęliśmy tak jak poprzedni od kolejki przed Wembley Arena. Nieco cieplej niż w czwartek i tym samym czekanie pół godziny bardziej znośne. Pierwsi fani pojawiali się już przed halą o 6 rano. Poubierani w folie termiczne, koce, wymieniali się co jakiś czas, ogrzewając się w pobliskim Starbucksie. Wszystko po to, żeby koncert oglądać spod barierek. Oczywiście z przodu same znajome twarze z dnia poprzedniego. My też mieliśmy już opracowany cały plan i tak samo jak w czwartek, pojawienie się w kolejce o godz. 17:40, na dwadzieścia kilka minut przed otwarciem drzwi, dało dobre miejsce, w czwartym „rzędzie” centralnie przed Smithem.

Tak dobre, że znowu podczas przyklejania set-listy dostrzegłem pojedynczy, średniej długości tytuł, który już za kilka minut otworzy koncert. To mógł być tylko Plainsong. Tak też się stało. Dzwoneczki rozpoczęły drugi dzień londyńskiego finału na Wembley. Podczas gdy Smith wyśpiewywał pierwsze słowa, ktoś spod barierek wystrzelił konfetti.

Pierwsze trzy utwory zagrali w tej samej kolejności jak w Łodzi, co zwiastowało dzień dezyntegracji. Nikt nie spodziewał się jeszcze wtedy, że aż taki! Usłyszeliśmy aż dziewięć utworów z płyty z 1989 roku, co zdarzyło się bodajże tylko raz w tym roku w USA. Cały zespół ponownie w dobrym humorze. Z przodu pod sceną tym razem już bez przepychanek, ale z minuty na minutę robiło się coraz ciaśniej. Zawsze dziwi mnie przerażenie, czy wręcz oburzenie osób, które pod samą sceną oczekują komfortu porównywalnego z miejscem 14, w rzędzie 5, sektora B. Tu się nie tylko ogląda, tu się go czuje w kościach. Nie można po prawie 3 godzinach wejść i wyjść w wyprasowanej koszuli. Nie wyobrażam sobie innego miejsca na koncercie, choć oczywiście zdarzało mi się siedzieć gdzieś daleko, ale wtedy sam wieczór mi po prostu przelatuje przed oczami i tyle.

Ale wróćmy na Wembley. Już na początku usłyszeliśmy jak zwykle znakomity Burn, a zaraz Fascination Street. Wyglądało to jakby poprzesuwali bisy już na początek. Zresztą wszystkie trzy wieczory wyglądały tak, że podczas bisów usłyszeliśmy nieco więcej utworów niż w głównych częściach koncertu. Członkowie zespołu, a głównie Simon, kilkukrotnie wynajdywali wśród publiczności rodzinę, czy znajomych. A to pod sceną, a to na trybunach. W Londynie zawsze lista gości specjalnych znacznie się wydłużała. W Wembley Arena, jak się później okazało, był obecny również ojciec Roberta Smitha.

Other Voices z czarno białą – coś na kształt klipu video – niewyraźną i powoli poruszającą się wizualizacją, to znowu prezent dla fanów, którzy dobrze czują się po tej ciemnej stronie mocy.

Końcówka seta to powrót do The Prayer Tour. Robert Smith bez instrumentu podczas Last Dance a dalej fenomenalny Prayers For Rain. W tle wizja jakby końca świata z Vaka – Sigur Rós. W kulminacyjnym momencie krótkie „Rain” – tylko z efektem echa, ale zabrzmiało to bardzo ciekawie. Zaraz potem Smith zdejmuje mikrofon ze statywu i odwraca w naszym kierunku. Główny set wieńczy oczywiście tytułowy Disintegration.

Na bisy Smith po raz pierwszy wyszedł z piwem w ręku. Podobnie jak Simon, meksykańska Corona, tyle, że z dodatkowym plastrem cytryny w środku. „Teraz zagramy coś z płyty Seventeen Seconds. To dobre na piątkowy wieczór”. – rzucił do mikrofonu i jak powiedział, tak zrobił. At Night, potem M, na koniec A Forest, a wcześniej Play For Today – już kilka koncertów z tym utworem, że z łatwością wychodzi mi motyw przewodni na jednym wydechu. Smith też nie dawał znać po sobie, że jednak nie jest w 100% zdrowy. Doświadczeniem scenicznym potrafi swoje ograniczenia przełożyć na wokalnie różne interpretacje utworu. Potrafi zaśpiewać utwór w pozornie błachy i luźny sposób, bawiąc się nim. Kilka min, uśmiechów w międzyczasie. Ale podczas Why Can’t I Be You? Wyrzucił z siebie „fuck!” – też śmiejąc się cały czas, bo uśmiech nie schodził tego wieczora z jego twarzy do końca. Te dni to były jak ostatnia prosta w maratonie. Nie masz sił ale pędzisz przed siebie.

Kiedy zakończyli set-listę, znowu nastąpiła krótka narada. Robert delikatnie odepchnął Reevesa – wracaj na swoje miejsce! Tym razem odbyło się to sprawniej niż dzień wcześniej, kiedy to panowie musieli przez minute stroić gitary – a my czekać z niecierpliwością. 10:15 Saturday Night i Killing An Arab ponownie zakończyły koncert.

A my jeszcze kilkanaście minut po koncercie graliśmy sobie znalezioną na sali piłką plażową. Pomiędzy grupkami fanów, walającymi się stertami kubków i ochroną. Czy ktoś z Was choć raz grał w piłkę na Wembley? A my tak!

Dzień trzeci. Wyczekiwany z największą niecierpliwością. Ostatni dzień jesieni dla nas. Guinness na śniadanie popijamy tuż obok miejsca, gdzie nagrywano video do The Hanging Garden. Zresztą jeśli patrzeć na inne nasze zestawy śniadaniowe, to zbytnio się od tego sobotniego nie różniły. W ogóle można powiedzieć, że przez ostatnie dni spożywaliśmy przede wszystkim śniadania. Smakowite zakończenie trasy.

Już później, w drodze na Wembley, rozpoczęło się zaklinanie rzeczywistości i wypowiadanie życzeń. Wszak było prawie pewne, że rozpoczną i zakończą materiałem z Wish. Ale co w środku? Wizyty w „The Hanging Garden”, a potem w punkcie widokowym Londynu – Sky Garden wskazywały na ten pierwszy, lub ewentualnie This Twilight Garden. Płacz dziecka w metrze – „The Baby Screams” – to o dziwo się sprawdziło.

Zaczęli tak jak wszyscy przypuszczaliśmy od Open, ale podobnie jak w czwartek, „dwójka” już pochodziła z innego albumu. Kyoto Song z jedna z najlepszych wizualizacji tej trasy.

Potem było m.in. wyczarowane przez nas The Baby Screams i cała seria z The Head On The Door. Po raz pierwszy zagrali One Hundred Years, po niefortunnym wykonie w Manchesterze. Pierwszy raz też zagrali It Can Never Be The Same. A Forest w wydłużonej – nie aż tak jak w Pradze – wersji. Po prostu musieli, kiedy jak nie dzisiaj? Podejrzałem, że podczas solówki Jason nie spuszczał wzroku ze Smitha, w pewnym momencie padła decyzja – tak – jedziemy dalej.

Ostatnia prosta 2016 roku to Lullaby z obłędnymi żółtymi światłami. The Caterpillar i Freakshow, który raczej należy traktować jako ciekawostkę. Smith trzymający tzw. cow-bell to już samo w sobie jest komiczne. I sam koniec kiedy to zaczął wygłupiać się, grając na instrumencie przez chwilę, chciał też pewnie to skomentować, ale nie… ostatecznie cisnął tylko dzwonkiem o scenę. I szybko przeszedł do Friday I’m In Love. W tym momencie cała Arena do końca obserwowała już koncert na stojąco.

Zakończyli „świętą trójcą” Three Imaginary Boys – światła skierowane najpierw na Smitha, Gallupa i Coopera, a potem już na całą piątkę. 10:15 Saturday Night – nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby spoglądać na zegarek. A podczas pierwszych dźwięków Killing An Arab znowu straciłem wszystkie zmysły i popędziłem w wir z innymi fanami, tak, że znalazłem się w drugim rzędzie pod barierkami. Istna trąba powietrzna przeszła pod sceną przez te niespełna trzy minuty. Utwór wykrzyczany zarówno ze sceny jak przez publiczność. Cooper zakończył trochę po swojemu, o mało nie niszcząc perkusji. Kulminacja. Finał. Śmierć. Koniec.

Trzeba dodać, że wszystkie trzy wieczory w Londynie były rejestrowane przez kamery stojące za konsoletą (można je było zobaczyć również na wielu innych koncertach na trasie), ale także kręcone ręczną kamerą przez byłego technicznego Simona Gallupa, który dosyć żwawo poruszał się pod sceną przechodząc raz to z lewej na prawą stronę. Widziany był również w innych miejscach sali. Drugiego dnia pojawił się nawet drugi kamerzysta. Być może powstaje jakiś materiał, który złożony będzie z ujęć nagranych podczas kilku koncertów i poskładany będzie przypominał „Festival 2005”. Tym bardziej, że kamery za konsoletą wydawały się już nieco wiekowe, co pewnie będzie miało swój urok podczas oglądania i taki pewnie była artystyczny zamysł tego pomysłu. Tak czy inaczej zaangażowanie ex-technicznego podczas kręcenia wyglądało poważniej niż robienie sobie video na pamiątkę i do własnego użytku.

Moim dopełnieniem szalonego muzycznego tygodnia rozpoczętego w Manchesterze i potem powtórzonego trzykrotnie w Wembley Arena, był niedzielny spektakl Lazarus, pożegnalne dzieło Davida Bowiego, musical, który można zobaczyć w King’s Cross Theatre tylko do 22 stycznia. A naprawdę warto. „Where are we now?”, czy „Valentine’s Day” pozostaną w pamięci na długo.

Dziękuję wszystkim, z którymi mogłem osobiście przeżywać jesienne koncerty The Cure w 2016 roku.

The Cure podczas trzech wieczorów zagrali 55 różnych utworów. Śmiem twierdzić, że to były najlepsze występy podczas europejskiej trasy w 2016 roku. A może właściwie jeden koncert rozłożony na trzy dni? Trudno przecież wybrać wśród nich ten najlepszy. „To nie ma nic wspólego z faworyzowaniem. Nie chodzi też o moje gardło. To po prostu chodzi o to, czy publiczność cię lubi.” – powiedział Smith w Wembley Arena. Miejmy nadzieję, że powie tak jeszcze nie raz…

Je suis Paris – Przykro mi. Wybaczcie, ale najlepsze koncerty The Cure są w Londynie.

Marcin Marszałek

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone