Jesteś lekiem Mr Smith

Podczas rozmowy w firmie Polydor przedstawiciele tej placówki niebacznie obiecali mi wywiad ze swoim podopiecznym z zespołu The Cure — Robertem Smithem. Do rozmowy niestety nie doszło, lecz w zamian udzielili mi wszelkich informacji i podarowali pewną unikatową, wydaną w 1000 egzemplarzy promocyjną płytę — wywiad dotyczący albumu „Kiss Me Kiss Me Kiss Me”. Wszystkie przytoczone poniżej wypowiedzi Roberta Smitha pochodzą z tego wydawnictwa.

Dziesiąta z kolei płyta grupy The Cure ukazała się w polowie 1987 roku Zapowiadana jako longplay w efekcie osiągnęła półki sklepowe w postaci podwójnego albumu. Jest to bardzo różnorodna muzyka, najbardziej wszechstronna płyta w historii zespołu. A stało się to niejako przypadkiem.

Tym razem zaproponowałem, aby każdy z muzyków napisał swoje utwory na tę płytę. Mieliśmy na kasetach kilkanaście bardzo różnych piosenek. Niektóre z nich nigdy nie mogłyby być utworami tego zespołu, ale po pewnych zmianach mieszczą się pod wspólnym parasolem z napisem ” The Cure”. Nigdy nie planowaliśmy nagrania podwójnego albumu. Ale nagrywaliśmy dwa. trzy utwory dziennie i wszystkie były dobre. Obudziliśmy się, gdy mieliśmy 25 numerów. Powiedzieliśmy sobie: Dość! Musimy nagrać wokale i zmiksować. Osiemnaście utworów wybranych na płytę to nie jest jednomyślna decyzja grupy. Ja musia-łem je wybrać. Jest to rzadki wypadek braku demokracji w zespole. Kłóciliśmy się, bo tym razem każdy z nas mial tu swoje numery, co do tej pory się nie zdarzało. Na „Head On The Door” napisałem teksty i początkową wersję muzyki, taki szkielet. Później muzycy dodali swoją interpretację, jak orkiestra. Tym razem doszedłem do wniosku, że trzeba to zmienić. Pomyślałem, że nie wolno odrzucać tych nowych utworów. Wiele z nich brzmi inaczej, bo weszliśmy na tereny dotąd nam nie znane. Ale z drugiej strony, zawierają one wiele elementów, które były w naszych kompozycjach przez lata – nasze smaczki. Sam chciałbym być kompozytorem takich sentymentalnych utworów jak „Thousand Hours”. Z kolei „Shiver And Shake” daje mi to, co zawsze chciałem wyrażać — bunt i agresję. „Kiss Me Kiss Me Kiss Me” to nasza pierwsza zbiorowa płyta. I dlatego cieszę się, gdy ktoś mówi, że to najlepsza płyta.

Po ukazaniu się albumu „Kiss Me Kiss Me Kiss Me” wiele osób zarzuciło zespołowi komercjalizację, zejście z ambitnej drogi. Mimo tych zarzutów należy stwierdzić, że na płycie znajdują się również utwory, których nie powstydziłyby się najambitniejsze płyty zespołu. A fakt, że najnowsza produkcja zawiera nietypowe dla The Cure kompozycje, jest najlepszym dowodem na to. że artyści wciąż poszukują I rozwijają się.

Myślałem, że dobrze będzie zacząć plytę brutalnym utworem „The Kiss”. Cały album jest taki ładny i zawiera wiele miłych piosenek, więc postanowiłem zmusić odbiorcę do przebrnięcia przez te cztery minuty rytmu, aby mógł zacząć się bawić. Zdecydowalem również, że trzeba takie utwory jak „Catch”, „Why Can’t I Be You?” czy „Hot Hol Hot!!!” umieścić na początku płyty, aby słuchaczowi mogło się zdawać, że będzie przyjemnie. Zresztą cokolwiek byłoby na początku, odbiorca i tak nie będzie wiedział, jakiej muzyki oczekiwać dalej. Zespól, który dla wielu jest synonimem zimnej fali, od początku istnienia wspina się na coraz wyższe miejsca list przebojów. Jednak nie to zdaje się być najważniejsze w twórczości The Cure. Oczywiście koledzy z Polydoru wyłożyli na promocję grube pliki banknotów, jednak wizja zespołu bardzo rażąco kłóci się z ideałem gwiazdy. Lista przebojów nie ma dla mnie wielkiego znaczenia. Na szczęście wszystko, co robimy, jest lepsze od poprzednich produkcji, więc gdybyśmy odnieśli sukces mniejszy niż wcześniej, czułbym się sfrustrowany. Lubię jak grają nas w radiu. Rzadko myślę o naszej twórczości w kategoriach sukcesu czy porażki. Mam natomiast w miarę obiektywny sposób oceny tego, co robimy. Po prostu stawiam się w pozycji kogoś, kto stoi z boku i nie jest związany z tą muzyką. Zresztą sukces to pojęcie względne. Wolę mieć małą publiczność, która mnie słucha.

Oprocz zimnej muzyki, The Cure słynie z lirycznych, impresjonistycznych tekstów. Nie są to wiersze do interpretacji, ale raczej utwory, które się czuje, albo nie. Generalnie nie treść jest w nich istotna. Nieco modernistyczna forma tych utworów powoduje przy czytaniu dreszczyk emocji. Tak zaczyna się walka z sensem i znaczeniem. Pisząc słowa do tej płyty, staralem się lapać frazy i wyrażenia kolegów, bo zdawałem sobie sprawę, że ten zbiór ma pokazywać cały zespół. Dawniej często mówiłem i czułem. że słowa to ja, moja osobowość, ale na tej plycie to również oni. Przy wcześniejszych longplayach zdarzało się, że w pewnym momencie utkwiłem w martwym punkcie i nie maglem ruszyć ani o krok z tekstem. Teraz bylo inaczej. Napisałem więcej tekstów niż nagrywaliśmy utworów. Dużo czasu minęło odkąd skończyliśmy nagrywać poprzednią płytę i nazbierało się we mnie wiele doświadczeń. W tym czasie ciągle pisałem. Jestem przyzwyczajony do pisania. Po prostu siadam i piszę. Większość to koszmarki. Ale zdarzają się utwory, które lubię. Na przykład „If Only Tonight We Could Sleep” to moja bezsenność. Ja bardzo lubię żyć w nocy. Nie mogę zasnąć do piątej. A w nocy jest tak cicho i spokojnie, że aż chce się pracować. Nie bardzo lubię słońce. Za szybko się opalam. Z kolei „How Beautiful You Are” to jedyny utwór zainspirowany zewnętrznie. Napisałem go pod wpływem Baudelaire’a i Verlaine’a. Czasem tak się zdarza, że znasz kogoś, kto bardzo ci się podoba, kochasz go. I nagle w pewnej sytuacji, gdy myślisz, ze wiesz czego się po nim spodziewać, on zachowuje się zupełnie inaczej. A to ciągle ta sama osoba. Był to jeden z najtrudniejszych do napisania utworów. Bardzo chciałem dokładnie przekazać sens myśli. Zawsze, gdy piszę, mam na myśli konkrety – ludzi i fakty. Ale zawsze tylko ja wiem, o kim to jest. Nawet koledzy z zespolu nie wiedzą. Nigdy tego nie zdradzam, bo zburzyłoby to tajemnicę wokól piosenki, a poza tym przypuszczam, że miałbym wtedy sporo problemów. Ta tajemnica sprawia, iż każdy może odnieść dany utwór do samego siebie. Podobnie jest z piosenką „The Perfect Girl”. Od piętnastu lat jestem z tą samą dziewczyną. Nie, nie jesteśmy małżeństwem. To przyjaźń. Ona jest pierwszym krytykiem mojej pracy. Przede wszystkim ocenia poezję. W ocenie tekstów jest ostra. Często mówi: „Nie powinieneś byt tego tak powiedzieć, to brzmi glupio.” Nie muszę pytać jej o zdanie. ,,Fight” to niezwykły utwór w historii zespołu. To pierwsza pozytywna piosenka, optymistyczny tekst. Jest w nim durna. Chcieliśmy walczyć z odrętwieniem i bezczynnością. Zasłało nam to do dziś.

The Cure ma na swoim koncie dwa tlimy. Pierwszy „Standing On The Beach” jest kompilacją teledysków zrealizowanych do muzyki z albumu pod tym samym tytułem. Drugi, koncertowy – „The Cure In Orange” – został zrealizowany w 1986 roku. Wciągnęliśmy do sprawy Pepa (przezwisko Tima Pope, reżysera, który od sześciu lat realizuje teledyski zespołu, współpracuje również z grupą Siouxsie And The Banshees, w której Robert Smith przez długi czas grał na gitarze – przyp. A.G.), ale tym razem to my tworzyliśmy większość wydarzeń, bo byliśmy na scenie. Film to jego perspektywa naszego koncertu. Poczul, że przez wszystkie lata współpracy kreował nas na zbyt gładki zespól. W jednym z naszych ostatnich teledysków – „Why Can’t I Be You” – zmusił nas do tańczenia. Byłaby to ostatnia rzecz, której ludzie by się po nas spo-dziewali. Babka. która miała nas uczyć choreografii, zwątpiła. Strasznie się tym tańcem prze-jmowaliśmy. Liczyliśmy: raz-dwa-raz-dwa-trzy. Koszmar. W wypadku tego filmu było inaczej. Pep chciał zmienić proporcje i dlatego film jest niezwykły. Miejsce zostało wybrane nieprzypadkowo. Pep pojechał i odkrył stary amfiteatr na południu Francji. Jest w tym filmie wiele zaskakujących szczegółów, minio że to tylko koncert. We wrześniu skończyliśmy film i od razu zaczęliśmy nagrywać album. Mój głos na nim ma znacznie większą zmysłową Siłę. Nigdy mi na tym specjalnie nie zależało. chodzilo raczej o dynamikę. Ale na niektórych nagraniach z tej płyty (np. „Hot, Hot, Hot”) mój glos musiał zabrzmieć nieco inaczej. To kolejny dziwny utwór. Nie robiliśmy takich wcześniej. Lol (Lawrence Tolhurst — perkusista The Cure – przyp. A.G.) może zagrać każdy rytm. Cały utwór opieramy na linii basu. Później wymyślamy szczątkową gitarę i w pól godziny powstaje caly numer. Spróbowaliśmy tak zrobić, a później nie było powodów, zeby nie umieścić go na płycie. Gdybyśmy z góry zdecydowali zrobić funkowy utwór, nigdy by nie powstał.

Charakterystyczne są kompozycje i teksty zespołu The Cure, jednak najbardziej charakterystyczny jest wygląd muzyków, Luźne stroje w kontrastowych, czarnym i białym kolorach oraz tapirowane, długie, czarne, stojące włosy – ten portret pamięciowy jednoznacznie ogranicza krąg podejrzanych do The Cure. Myśląc o image’u grupy nigdy nie myślałem o sobie. Wyglądam tak jak zawsze wyglądałem. Lepiej mi z długimi włosami. A zespól to pięciu czy sześciu ludzi (w przytoczonym wywiadzie Robert Smith zapowiedział przyjęcie do grupy szóstego muzyka – przyp. A.G.), którzy powinni wyglądać spójnie. Nie chcę patrzeć na zespól jako na pięciu osobników, znacznie lepiej wyglądamy jako zjednoczony front. W naszym wypadku image ma charakter wizualny. co nie znaczy, że nosimy identyczne podkoszulki. To coś znacznie glębszego. Byłoby straszne gdybyśmy stali się cukierkowi. Za-wsze byłem pewny siebie, umiałem docenić własną wartość. Nie znaczy to. że byłem próżny. Można być pewnym siebie i skromnym. A gdy człowiek zostaje sławny, staje przed nim problem odpowiedzialności za swój image. Trudno znieść sytuację, gdy wiesz, ze wszystko, co powiesz, zostanie nagrane i rozesłane w świat. Nie mogę się już nawet zrzygać w klubie, jak kiedyś, bez obawy o konsekwencje. Mimo wszystko wiem, że jest wielu ludzi, którzy nas lubią, bo robimy to, co chcemy.

Adam Grzegorczyk
Tekst pochodzi z miesięcznika Non Stop, 1988 r.

Podziękowania dla Sławka za udostępnienie materiałów.

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone