Junge Garde, Drezno 14.8.1998

Mój czwarty koncert The Cure.

Jadąc do Wiesen miesiąc wcześniej zastanawiałem się czy jest sens jechać na kilka koncertów Cure w bliskich odstępach czasowych. I mocno się wahałem. Bałem się, że wrażenie jednego koncertu będzie nakładać się na następny, że ilość emocji przekroczy pewne granice mojego odbioru. I wahałem się aż do samego koncertu. Ale już nie po…

Tym razem było nas trzech, w każdym z nas… emocje przed koncertem. Ze Stachem byliśmy razem na wcześniejszych trzech koncertach. Dla Jacka, mimo, że „staż słuchacza” ma podobny, miał to być koncert pierwszy. Rano wsiedliśmy w Gdyni w samochód i wyruszyliśmy. W drodze okazało się, że wszyscy mamy podobny, „dziwny” humor, także podróż upłynęła nam bardzo wesoło. Nie przewidzieliśmy jednak niestety korków na granicy, także wjeżdżając do Niemiec we Frankfurcie czasowo byliśmy na styk. A mieliśmy jeszcze odebrać bilety w jakimś tajemniczym sklepie w mieście, w którym żaden z nas wcześniej nie był. Kilkanaście minut przed 19-tą wjechaliśmy do Drezna, modliliśmy się tylko, żeby ten sklep był jeszcze otwarty. Równo o 19.00 byliśmy w sklepie – koleś czekał… Przy okazji jeszcze odpalił nam plakat z imprezy… dzięki stary, równy gość z ciebie…

Pozostało jeszcze trafić na koncert, miał się zacząć o 20.00, ludzi wpuszczali od 18.30. Pojechaliśmy jeszcze na dworzec sprawdzić pociągi. Kumple mieli wracać po koncercie do Gdyni, ja wybierałem się na tydzień w góry, a później do Brna.

W końcu trafiliśmy na miejsce – środek miasta, jakby park… no tak, przecież to Junge Garde. I ponownie stałe kombinacje… jak wnieść walkmana i aparat fotograficzny… i ponownie wnosimy. W środku miła niespodzianka – całe miejsce to dość spory amfiteatr – w dole scena i dokoła na prawie 180 stopni widownia pod górkę – widok praktycznie zewsząd bardzo dobry. Najlepsze miejsca z racji godziny już pozajmowane ale i tak widzieliśmy i słyszeliśmy co trzeba.

Na scenie jakiś a’la support – zdaje się, że Atrocity. Nie moje klimaty jednak, gotyk w dużym cudzysłowiu. Czas aby pochodzić, popatrzeć co i kto… Po pierwsze, o dziwo – bardzo ładne kobiety. Jeździłem kilka razy do Niemiec zachodnich i zawsze byłem pod tym względem zdegustowany, natomiast tutaj – miłe zaskoczenie. Oczywiście przedyskutowaliśmy z chłopakami ten temat – stwierdziliśmy, że to chyba dlatego, że to byłe wschodnie Niemcy. Hmmm… Po drugie, znowu koszulki – te same co w Wiesen – jedna biała, jedna czarna. No i dużo tańsze. Zamiast 140 zl jak w Wiesen – 90 zl za jedną. Tylko tak dalej – w Brnie powinny być po 50… . Chłopaki jednak się łamią: a co jeśli w Brnie koszulek nie będzie? Jak to? Na pewno będą. Jednak wątpliwości stają się coraz bardziej dokuczliwe… Kupiliśmy. I CAŁE SZCZĘŚCIE. W Brnie koszulek nie było…

21.00. Zbliża się godzina The Cure. Przed wyjazdem zdążyłem poczytać recenzje z 8 koncertów, które odbyły się już tego lata i narobić sobie smaku i nadziei. Na ostatnim koncercie w Hiszpanii zagrali Figurehead i Faith. Dodatkowy element – wczoraj Robert i Mary mieli 10 rocznicę ślubu – może to sprowokuje Roberta do jakiś niesamowitych wersji…

Stoimy i nerwowo patrzymy to na siebie, to na scenę. Czwarty koncert – nie ma znaczenia który, czuję się jak przed pierwszym… największe emocje skupiają się wszystkie na raz – radość, strach, ekscytacja, miłość, ból, oczekiwanie…

Shake Dog Shake – taaaak, te wszystkie uczucia wychodzą mi wszystkimi porami… radość i ulga chyba górują…, początek już nie zaskoczył jak w Wiesen – każdy koncert tego roku zaczynali od SDS – tak jak w czasie podobnych festiwalowych tras w ’86 i ’90. Tym razem żadnych problemów technicznych. Dźwięk jest idealny. Fascination Street… też wg planu… od tego utworu zaczęła się moja przygoda… moje życie z The Cure. Strange Day – jeden z moich ukochanych utworów z płyty wszechczasów, z tą jedyną, niepowtarzalną solówką Roberta. 100 years – ponownie, drugi raz w tym roku słyszę ten utwór na żywo, klimat jest pornograficzny, o radości zapomniałem już dawno… Trust… utwór historia… Pictures Of You… utwór łzy… Just Like Heaven… utwór perfekcyjny… Sinking… utwór niesamowity… stworzony w ’85 a brzmiący jak z ’89… Lullaby… trochę oddechu, zabawy z głosem, dziwnych ruchów Roberta… Wrong Number… ponownie zabrzmiał z niesamowitą siłą, taki gitarowy Cure uwielbiam… Never Enough… kolejny niesamowity gitarowy kawałek, przychodzi mi do głowy niesamowita wersja tego utworu z „Show”… Inbetween Days… dyskotekowy, ale go lubię… From The Edge… utwór, na który brak słów, kilka utworów w jednym, niekończący się, nieskończony… Cut… kolejny niesamowity i gitarowy… znowu przypomina mi się „Show”… i Disintegration… na koniec podstawowego setu, niesamowitego setu, z utworami marzeń dobranymi idealnie, brzmiącymi jak jedna cała długa płyta. W tym momencie już byłem zdewastowany, doświadczony jedynym w swoim rodzaju zespołem na świecie. Od wielu wielu lat trzymającym najwyższy światowy poziom. I teraz jeszcze Disintegration… utwór jednocześnie niszczący i jednoczący, negatywny i pozytywny, straszny i piękny. Aby lepiej skupić się na tekście w środku utworu Robert odkłada gitarę, bierze do ręki mikrofon i podchodzi do brzegu sceny, do ludzi. Ci co byli blisko mówili później, że Robert płakał podczas utworu. To niesamowite. Oprócz uczuć zawsze podziwiałem Roberta za nieskończoną autentyczność. Czy ktoś zna innego takiego artystę?

Disintegration było ukoronowaniem tej części koncertu. Już wtedy wiedziałem, że koncertu wyjątkowego. Już wtedy wiedziałem, że warto było jechać na ten koncert i warto jechać na każdy inny koncert tego zespołu. Patrząc w przerwie na milczące twarze moich kumpli wiedziałem, że nie jestem sam w swoich odczuciach.

Wyszli ponownie… Friday I’m In Love, Boys Don’t Cry – trochę zabawy dla ludzi, udziela się wszystkim. I znowu Forest… popłynęliśmy…

Drugi bis… zaczyna się niesamowicie… Robert podchodzi do mikrofonu mówiąc: „A teraz zagramy kilka utworów, których normalnie nie gramy na koncertach. Także mogą wyjść nam lepiej albo gorzej…”. Czuję jak radość i ekscytacja eksplodują w każdej komórce mojego ciała i duszy. If Only Tonigt We Could Sleep… niesamowite, ryczeć mi się chce, taki utwór na koncercie i ja na nim jestem… a to tylko preludium… charakterystyczny rytm perkusji… nie wierzę! To przecież… FIGUREHEAD… dla mnie to najgenialniejszy utwór stworzony kiedykolwiek przez The Cure… moment szczytowy „Pornography”, moment śmierci… ‚nikomu nie mógłbym się sprzeciwić… tylko tobie…’ ten jeden utwór jest jak 50 koncertów Cure… 10.15 Saturday Night… to już końcówka koncertu, po tym może być tylko… Killing An Arab… niesamowicie dynamiczny… aż się wierzyć nie chce, że powstał 20 lat temu! Gdy utwór się kończy chłopaki schodzą już ze sceny, aż nagle Simon zatrzymuje Roberta szepcząc mu coś do ucha… zawahanie wśród członków zespołu… wracają i zaczynają COŚ grać… domyślam się i ponownie nie chce mi się wierzyć… to byłoby najbardziej niesamowite zakończenie takiego koncertu… tak! grają FOREVER… jedną z kilkudziesięciu może wersji tego utworu… kiedyś ‚Three’, kiedyś ‚All Mine’, kiedyś ‚All I Have To Do Is Kill Her’, kiedyś z cytatami z Joy Division… improwizowany za każdym razem, za każdym razem inny, za każdym razem niepowtarzalna wersja… tak, grają FOREVER… tekst, z tego co potrafię zrozumieć, Robert śpiewa do Mary, może jednak faktycznie chodzi o wczorajszą rocznicę… utwór rozwija się z każdą minutą, instrumenty przyspieszają, Robert śpiewa coraz głośniej i intensywniej… wszystko po to by po kilkunastu minutach wybuchnąć i zostawić nas ze wszystkim i… z niczym.

10 dni później okazało się, że był to jedyny koncert w tym roku, podczas którego zagrali Forever. Kto wie, może był to w ogóle najgenialniejszy koncert tej trasy…

Na pewno był to koncert jedyny w swoim rodzaju. Wydaje mi się, że niedościgniony. Zawierał wszystko co uważam w tej muzyce za najcenniejsze i najistotniejsze. Esencja Cure. Dodając do tego Plainsong, Cold i Faith z Katowic usłyszałem już chyba wszystko… brakuje jedynie The Same Deep Water As You ale przecież…

Trzeba mieć niewiarygodne szczęście aby trafić na taki koncert The Cure jako na swój pierwszy koncert tego zespołu (pozdrowionka Jacek ), trzeba w ogóle… chyba po prostu kochać ten zespół a wtedy trafi się na pewno na swój, właśnie TEN, jedyny koncert.

Wracaliśmy przejęci, szczęśliwi, wyczerpani… godzina do granicy, spanie w Zgorzelcu, rano do Wrocławia, chłopaki w pociąg do Gdyni a ja na tydzień w tatrzańskie schroniska kontemplować muzykę w górskiej ciszy… Za 8 dni koncert w Brnie – ostatni z tej trasy…

Maciek Herman

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone