Katowice, Spodek 15.11.1996

Długo musieliśmy czekać na przyjazd Roberta Smitha wraz z zespołem do Polski. Zbyt długo. Dzisiejsze The Cure to już inna muzyka. Jadąc na koncert do Katowic, nie nastawiałem się na niesamowite przeżycie, było to raczej podziękowanie za to co dla mnie zrobili przez te wszystkie lata. Myślałem sobie ‚Wreszcie zobaczę tych pięciu facetów na scenie…’.
Tymczasem…
Już na dworcu kolejowym w Gdyni widać było po co większość pasażerów wsiada do pociągu, ale prawdziwa transformacja dokonywała się w trakcie jazdy w jednym z przedziałów zamienionym na mini salon fryzjerski. Zapach lakieru do włosów unosił się w przejściach a uszminkowane usta wzbudzały zdziwienie na twarzach starszych pań. W Warsie pełny klimat: piwo w ręku, rozmowy, sami swoi. Jedziemy na Cure!!!
Supportu jako takiego nie było. Jakaś cicha muzyczka w tle, ale ja biegam po hali próbując znaleźć sobie dogodne miejsce, bo niestety bilety sprzedawane w Gdyni oferowały siedziska na przedostatnim rzędzie, natomiast stanowiły przeszkodę nie do przebycia jeżeli chodzi o dostanie się na parkiet (ktoś tu zagrał trochę nie fair!). W końcu zasiadam na jakichś pustych miejscach centralnie naprzeciwko sceny i czekam. Po mojej lewej ludzie koło czterdziestki, po prawej matka z synem w wieku szkolnym. Czyżby muzyka trzech pokoleń?

W końcu światła przygasają, zaczyna się. Najpierw słychać ‚dzwoneczki’ po czym Roger O’Donnell energicznie uderza w klawisze. Zdziwienie. Rozpoczęli z płyty ‚Disintegration’ zwykłą piosenką (‚Plainsong’) o niezwykłym klimacie. Długi początek utworu pozwala oswoić się z oszałamiającym oświetleniem i rozejrzeć po scenie. Gdy Robert zaczyna śpiewać widać, że jest w świetnej formie, bo ta piosenka brzmi prawie tak jak z płyty. Koniec, ale jeszcze nie raz tego wieczoru dane nam będzie słuchać utworów z ‚Disintegration’. Tymczasem przenosimy się na ‚Wild Mood Swings’, płytę którą The Cure właśnie promują. Grają ‚Want’, ‚Club America’ i ‚This Is A Lie’. Czuję jak pod moimi nogami podłoga drga od rytmów wybijanych przez sąsiadów. I znów ‚Disintegration’. W sumie zagrali ponad połowę tej płyty, oprócz wymienionego wyżej ‚Plainsong’ także ‚Pictures Of You’, ‚Fascination Street’, ‚Lullaby’, a później jeszcze ‚Prayers For Rain’ (z ‚rain’ wykrzyczanym jak na koncertowym albumie ‚Entreat’), ‚Disintegration’ oraz ‚Love Song’. Mile zaskoczyło mnie to, że zespół mimo sporych zmian personalnych dokonanych w ostatnim czasie, nieźle radził sobie na scenie, także w przypadku starszych utworów. Osobiście najbardziej zabrakło mi gitary Porla Thompsona podczas wykonywania piosenki ‚Disintegration’. Walenie w gitarę Perrego Bamonte, nowego gitarzysty zespołu, byłego klawiszowca i jeszcze bardziej byłego technicznego zespołu, nijak miało się do fruwania po strunach Porla.
Zmroziło nas wszystkich gdy zabrzmiało ‚Cold’ z mojej ulubionej płyty ‚Pornography’, ale Robert zadbał o to, abyśmy wybujali się na jego ‚huśtawce dzikich nastrojów’ i zaraz zmienił kierunek o sto osiemdziesiąt stopni grając ‚Strange Attraction’ chyba najbardziej popowy utwór z najnowszej płyty. Jeszcze parę razy zabujało nas tego wieczoru. Gdy na scenie zapalały się tandetnie wyglądające żarówki pomalowane na różne kolory, był to znak, że teraz usłyszymy coś z nowej płyty. Tak zapowiedziano ‚Trap’, ‚Treasure’ i wspaniały, długi ‚Bare’. Próbujemy jeszcze raz dostać się na parkiet, aby poczuć atmosferę tłumu i znaleźć się bliżej zespołu. Niestety ochrona jest nieustępliwa. W końcu dajemy za wygraną, szkoda marnować koncert na bezsensowne pogawędki, lepiej skupić się na tym co mamy. A mamy także utwory z płyty ‚The Head On The Door’. Cóż tam było? Krótki, wesoły ‚In Between Days’, nieco po hiszpańsku brzmiący ‚The Blood’ ze wspaniałym solo, niestety chyba celowo wyciszonym (ach, Perry, nie lepiej było grać na klawiszach?), dalej ‚Push’ i jeszcze ‚Close To Me’, przy którym Spodek zamienił się w akwarium, a to za sprawą rybek pływających po całej scenie. Teraz czas na ‚bliźniaki’, czyli dwa skoczne, przebojowe songi ‚Friday I’m In Love’ i ‚Mint Car’. Basista grupy Simon Gallup, przez długie lata uważany za jedynego niestatycznego członka zespołu, i tym razem skacze w poprzek sceny swoim charakterystycznym, ciężkim krokiem z nisko opuszczoną gitarą. Jeszcze tylko ‚From The Edge Of The Deep Green Sea’ z płyty ‚Wish’, ‚Just Like Heaven’ z albumu ‚Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me’ i to chyba wszystko co mogliśmy usłyszeć we właściwej części koncertu. Grupa schodzi ze sceny, światła przygasają, a my klaszcząc mamy chwilę czasu aby przeanalizować to, co usłyszeliśmy do tej pory. Przekrojowy, dobry materiał. Zespół grając pierwszy w historii koncert w Polsce chciał przypomnieć i wypromować nie tylko najnowszą płytę. I bardzo dobrze panie Smith…
Nie myślimy jeszcze o końcu, na pewno będą bisy. Czekamy. Po chwili wracają na scenę witani oklaskami. Pierwszy zestaw to lekki szok. Grają wspomniane wyżej ‚Close To Me’, ‚Why Can’t I Be You’ oraz ‚Charlotte Sometimes’, ale my oczekujemy czegoś starszego. Wobec tego drugi zestaw bisów: ‚Play For Today’, przy którym próbujemy naśladować paryską publiczność wydzierając się ile sił w gardle, ‚Boys Don’t Cry’ – kjurowa klasyka, oraz punkowy ‚Killing An Arab’. Tak, teraz znacznie lepiej, ale czy wyjdą po raz trzeci? Po dłuższej chwili wracają. Myślę, że większość ludzi w Spodku była pewna, że teraz usłyszymy. ‚A Forest’, utwór bardzo często grany przez The Cure na koncertach w wydłużonych, nawet do piętnastu minut, wersjach. Czy mogłoby być lepsze zakończenie? Tak! Dociera to do mnie po kilku pierwszych dźwiękach. ‚FAITH’. Każdy kto choć trochę słuchał tej kapeli, czy chociażby widział koncert video ‚The Cure In Orange’ wie ile ta piosenka znaczy dla Roberta Smitha. Dlatego właśnie nagle zrobiło się cicho, w dłoniach pojawiły się zapalniczki a w oczach wielu z nas wzruszenie.
‚…proszę wypowiedz właściwe słowa, lub zapłacz niczym blady clown, i stój, na zawsze zagubiona w wiecznie szczęśliwym tłumie…’
Powoli przestają grać poszczególne instrumenty. Zostaje tylko On z gitarą, oświetlony pojedynczym światłem. Gdy skończył grać, przez chwilę panuje mroźna cisza. Oklaski narastają powoli, w miarę jak my wychodzimy ze stanu muzycznej hipnozy. Ale Robert powstrzymuje nas. Podnosi rękę do góry i w niemal boskiej pozie mówi coś do nas. Nie jestem w stanie tego zrozumieć, nie jestem w stanie myśleć, ale czuję to. Po chwili zaczyna znowu grać, improwizuje parę akordów, po czym wraca do ‚Faith’ i zaczyna się znowu jazda. Wracają ze swoimi instrumentami Simon Gallup (bas), Roger O’Donnel (klawisze), Perry Bamonte (gitara) i Jason Cooper (perkusja).
Pięciu facetów na scenie…
Już po wszystkim. W holu Spodka widziałem kilku młodych ludzi, którzy po prostu siedzieli pod ścianą, skuleni, z głową ukrytą w ramionach. Robert dobrze wiedział co zagrać na koniec, aby rozłożyć ludzi totalnie. Żadnych wrzasków, pisków, tłoku. Każdy ze spuszczoną głową odszedł w swoją stronę.
‚… nie pozostało mi nic tylko wiara…’
… że kiedyś tu wrócą.

Marcin Molewski

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone