Katowice, Spodek, 19.02.2008

Noc w Warszawie była magiczna. Jowita zafundowała nam również kompletnie odjechany poranek. Do dziś wspominamy „wersalowe” śniadanie z przyjaciółmi. Przepis na Perfekcyjny Dzień – Dobrze go zacząć i radośnie oczekiwać wieczornego święta. Potem ma się już tylko marzenie, by TAKI STAN UMYSŁU utrzymać przez całe życie… no, choćby przez kilka dni z rzędu.

Niespiesznie wyruszyliśmy do Katowic. W drodze kupiliśmy kilka gazet z recenzjami poprzedniej nocy. Bardzo zirytował nas niekompetentny dziennikarz pewnego – wydawało nam się „najbardziej na poziomie” – ogólnopolskiego dziennika, który pisał m.in., że Cure serwował przed koncertem… „piski szczurów(!), dzięki czemu fani mogli poczuć się jak na gigantycznym śmietniku”… Wspomniano też o przygnębiającym wyglądzie fanów, którzy noszą tradycyjnie czerń, ciężki makijaż i przywdziewają pajęczyny(!). Interweniowaliśmy w tej sprawie, ale niewiele dało się zrobić. Cóż… objawiła się tu siła mediów, a także utartych powierzchownych przekonań.
Reszta recenzji była raczej bez zarzutu.

Katowice wieczorem – niesamowicie zatłoczone. Ścisk i korki w okolicach Spodka przyprawiały o małą panikę. Zaparkowaliśmy jakimś cudem przy Pizzy Hut, by spotkać się tam z poznańską parą kjurczaków. Za chwilę mieliśmy na samochodowym kole założoną przez Straż Miejską blokadę. Pomyślałam, że w tym niedobrym zdarzeniu wszelkie z ł o odbiera swoje „należne” za pozytywy całej Cure’owej eskapady i lepiej, że dzieje się to tak, a nie inaczej…

W Spodku o godz. 18.00 tłumy fanów. Kilka wejść, ludzie zachowują się bardzo kulturalnie. Przypomniałam sobie, jak w 1996 roku myślałam, że stracę życie próbując wejść do tej hali. („Stratowana przez fanów swego ukochanego zespołu” – niezły nekrolog.
Witamy się ze znajomymi, Maciek robi mały towarzyski fotoreportaż, spacerujemy i obserwujemy. Pierwszy raz odkąd pamiętam kjurowcy nie są jakoś szczególnie ucharakteryzowani i nie robią z siebie kopii Roberta – tak jak to zwykle ma miejsce np. w Niemczech (tam fani zresztą uwielbiają przeginać pod każdym względem). Cieszy mnie widok zarówno tych, którzy tego nie potrzebują, jak i tych, którzy „przyprawiają klimat” swoim specyficznym wyglądem. Ja też już się nie „robić” na koncerty – wystarczy mi koszulka fanki.

Tak jak poprzedniego dnia spotykamy się ze Stachem – naszym niezawodnym gdyńskim kompanem Cure’owym i Klausem – duńczykiem, który jeździ za zespołem wszędzie. Jest też z nami Michał z zespołu Hatifnats (serdecznie polecam posłuchać ich niezwykłej muzyki), ale tym razem koncert mamy przeżywać osobno – on na płycie, my ze Stachem na trybunach, by „spojrzeć z innej perspektywy”.

Wchodzimy, delfiny znów wydają intrygujące, wesołe dźwięki. Zaczynam się do nich niebezpiecznie przyzwyczajać. Siadamy w świetnym miejscu balkonu, skąd dobrze widzimy scenę i publiczność. Gasną światła i – taaaaak! Jaki piękny początek.
TAPE i OPEN – otwieracz umysłów.

„I really don’t know what I’m doing here”… – śpiewam z Robertem, ale zaraz zostaję skarcona przez siedzącą obok dziewczynę. „Chcę słuchać w spokoju” – mówi. Ok, wyciszam się, ale pozostaję ostrożna, bo przeczuwam, że nie będzie łatwo. Widać niektórzy kupili miejsca na trybunach z zamiarem odbioru jak w zacisznym domowym salonie z zestawem dolby surround. I pewnie ktoś im jeszcze mógłby roznosić drinki i opatulać nóżki kocykiem.

Trochę brakuje mi efektów za plecami The Cure, przedstawienie mogłoby być zwizualizowane jak wcześniej, ale nie można narzekać. Ma to swoje dobre strony – skupiam się na samym zespole. Robert raczej statyczny, reszta podryguje całkiem przewidywalnie. Po LOVE SONG, który zawsze mnie hipnotyzuje zaczyna się kompletnie zaskakująco… A LETTER TO ELISE! Cieszymy się, a zwykle bardzo skryty Stach jest wręcz rozmiękczony. Powstrzymuję łzy. Tę lekką, zwiewną piosenkę zawsze już będę składać myślami i modlitwą w hołdzie dla mojej przyjaciółki Elizy, która kilka lat temu popełniła samobójstwo. I jak tu złapać dystans?… Eliza patrzy na nas z nieba (tak, wierzę, że z nieba!) i uśmiecha się.
Potem wpadam w lekki szok, że słyszę to, co słyszę: TO WISH IMPOSSIBLE THINGS?! Tak bliska pieśń… Grali ją na próbach! Marzyłam, by to zagrali. Ktoś kiedyś powiedział: „Marzenia spełniają się, więc UWAŻAJ, o czym marzysz”. Podpisuję się pod tym wszystkimi kończynami. Jaka piękna, oniryczna interpretacja bez smyczków! Porl, jesteś naprawdę mistrzem. Sami mistrzowie na scenie. Śpiewam głośno nie przejmując się którymś już protestem pani obok. Nic mnie teraz nie obchodzi.

Potem, przy PICTURES OF YOU z radości nie mogę się powstrzymać przed telefonem do rodziców i odwracam komórkę w kierunku sceny. Muszę się tym podzielić, bo nie udźwignę. Wiem, jak lubią ten kawałek i jak kojarzy im się z naszym domowym życiem, zawsze wypełnionym muzyką Cure. Po chwili dostaję od Taty smsa: „Jechałem samochodem i musiałem zatrzymać się na moście, bo Robert śpiewał TYLKO DLA MNIE!!! Dziękuję!” Sąsiadka z trybun patrzy na nas jak na debili, ale mam ją gdzieś. Chyba nigdy jeszcze nie była na koncercie. Na koncercie LEKARSTWA…

Przy FROM THE EDGE OF THE DEEP GREEN SEA odpływam tak jak poprzedniego wieczoru. Muzyka sączy mi się w żyqqły, materializuje w każdej komórce ciała. Poddaję się wyobraźni i jestem cała szmaragdowa i podwodna. Gdzieś w tych głębinach spotykam Maćka, chwytam jego dłoń. …”surrender/ remember/ we’ll be here forever/ and we’ll never say goodbye”… Ocean Cure’a zalewa mnie. Nie potrafię tego przeżywać inaczej – lżej?… Sama się dziwię, że po tylu koncertach nie uodporniłam się, nie wyrobiłam żadnego ochronnego pancerza. Trafiają za każdym razem tak samo – z największą siłą, w najczulsze miejsca. Gitary rozjeżdżają podskórnie.
…”I’ve never been so colourfully-see-through-head-before. I’ve never been so wonderfully-me-you-want-some-more. AND ALL I WANT IS TO KEEP IT LIKE THIS”…

PUSH wdziera się do głowy jakby z przemocą. Podbija różne zbuntowane pomysły. To dobry kawałek na zdobywanie świata. Snuję sobie marzenie o składance takich silnych, zamaszystych, podburzających pieśni („Doing The Unstuck”, „Just Say Yes”, itp.). Płyta, która by z nich powstała byłaby jak manifest, jak pocisk. Mam chyba zbyt dużo punkowych myśli.

Rozpadam się na kawałeczki słysząc HOW BEAUTIFUL YOU ARE. Nie wiem dlaczego ten utwór ma tak miażdżący wpływ, zrasta się z moją wrażliwością i-de-al-nie. Ot, dziwna poetycka opowiastka o miłości i innych sprawach. Muszę mówić do siebie: Dziewczyno, załóż okulary z filtrem, przepuść to przez jakieś sito, stwórz sobie grubszą skórę, zdystansuj się, bo nie przeżyjesz…Joanno! Halo? Halo?! …ale to niewiele daje. Płaczę ze wzruszenia i czekam na moment, gdy to ja będę mogła Maćkowi śpiewać wkrótce: „Remember that day in Paris (…) when we promised to each other that we’d always think the same, and dreamed that dream to be two souls as one”… Wymieniamy znaczące spojrzenia. Taki prywatny realizm magiczny.

Potem już płyniemy do końca pierwszego setu, to śmiejąc się i ciesząc całym sercem, to kryjąc słabość. Jesteśmy teraz podatni na każde uzależnienie, prawie bezwładni. Śpiewamy wszystko, zgodnie, na całe gardło, wygłupiamy się, odtwarzając sceny z teledysków. Dziewczyna obok jest maksymalnie zgorszona. Rozśmiesza mnie to. Wyciągam w jej kierunku rękę, ale odwraca się zniesmaczona. (Symboliczna wizja pewnych sfer/stref? polskiego społeczeństwa).

Nic nie może przerwać transu w „zapodawaniu” Lekarstwa. W tej chwili liczy się tylko Cure i nasze odczucia. Nieruchomiejemy przy śmiertelnie poważnym ONE HUNDRED YEARS i rozszczepiamy wspomnienia w efektownym END, pełnym sprzeczności.
Właściwie nie zauważam przerwy, która zapowiada bis i poddaję się gotyckiej, filmowej AT NIGHT. Zimne M i „za-śpiewana przez fanów na śmierć” PLAY FOR TODAY prowadzą do tajemniczej, liściastej przestrzeni… – „A FOREST” powoduje że stojący dotąd jak słup soli ochroniarz przy barierce odwraca się co chwilę z niedowierzaniem, a jego oczy stają się coraz większe i większe. Wygląda jakby szukał pomocy i potwierdzenia, że nie śni. Nigdy jeszcze chyba nie widział czegoś takiego – gdy tłum rozśpiewanych ludzi jak na umówiony znak zaczyna równiutko rytmicznie klaskać nad głowami. Zabawny obrazek. Mam ochotę dowalić mu za to, że robią awantury szalejącemu w tańcu na trybunach chłopakowi. Mam ochotę pociągnąć to i zrobić coś prowokacyjnego… ale Rob i reszta kompanii właśnie schodzą ze sceny.

Na szczęście nie znikają na długo i częstują nas za moment „cukierkami dobrej zabawy”. Wszyscy śpiewają, wszyscy tańczą, śmieją się i szaleją. (Nie mam pojęcia o co chodzi tym, którzy tego nie robią) Sprawdzone, sztandarowe numery bisowe cieszą za każdym razem tak samo.
Trzeci bis z fikającym, wdzięczącym się uroczo Smithem pozostawia niedosyt. Hej, Lekarzu, tylko jeden?… To z pewnością zamierzone i pogodzona z tym publika grzecznie opuszcza halę.

Nie mogę dać sobie spokoju. Czuję, że te emocje nigdy nie będą miały końca. Chciałabym je spiąć, trzymać krótko jak na smyczy, ale wobec czegoś Tak Bliskiego, Tak Podskórnego jestem tylko bezwolnym tworem. Upieram się, by zaczaić się na zespół, by podziękować im, zobaczyć jeszcze choć przez chwilę…

Po około dwóch godzinach czatowania na tyłach Spodka wraz z 10osobową grupką przemarzniętych fanów udaje nam się wyciągnąć kilka świeżych informacji o Cure’ach. Chwilę potem żegnamy ich niewielki eskortowany przez policję biały busik, którym przemieszczają się do autokaru by jeszcze tej nocy dostać się do Pragi… Przez przyciemnione szyby widać czuprynę Roberta i machające nam dłonie.

See You Next Time In Paris, Cure.

Marek z Katowic, drogi niezawodny przyjaciel opiekuje się nami tej nocy jak zagubionymi dziećmi. Tęsknię, melancholia rozsiada się ciężko w całym Markowym mieszkaniu. Jestem wyżęta, mam wrażenie, że ten koncert zabrał ze mnie wszystko, ale jednocześnie kiełkuje mi już w sercu niesamowita siła, coś, co odradza się za każdym razem gdy ich usłyszę. Tak jakbym odtwarzała/ stwarzała samą/własną siebie. Dobrze, że obok jest Maciek, że on rozumie. Jesteśmy w tym razem.
Niewiele możemy odpowiedzieć na dociekania przyjaciela, dlaczego The Cure jest dla nas tak ważne. Czy to w ogóle sensowne pytanie?…

Nie potrafię sobie wyobrazić, że ich nie ma, że moglibyśmy nie pojechać na kolejne koncerty.

Jak dobrze jest mieć na co czekać. Jak dobrze jest mieć dla kogo i czego żyć, w tym samym czasie. HEY YOU! YES,YOU! Catch it!

Cdn…

Joanna Herman (Lovecat vel Dreamyface)

P.S. Tak, Marzenia spełniają się, więc UWAŻAJ o czym marzysz…

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone