Katowice, Spodek 19.02.2008

The Cure to legenda i co do tego to chyba nikt nie ma wątpliwości. Ku mojemu szczęściu jest to wciąć żywa legenda, a to dla tego, że było mi dane obejrzeć ich na żywo w katowickim Spodku. Nadzieje przed koncertem były spore, zespół przyzwyczaił swoich fanów ostatnio do dawania koncertów nie krótszych niż 3 godziny. The Cure to jeden z zespołów mojego dzieciństwa, nigdy jednak nie przestałem ich słuchać. Nie należy może do czołówki moich ulubionych zespołów, ale z bardzo dużym podnieceniem czekałem na ich występ w katowickim spodku. Chciałem spokojnie przypatrzyć się zespołowi i posłuchać muzyki w skupieniu toteż zająłem miejsce na trybunach (dodam, że pierwszy raz w życiu nie oglądałem koncertu z płyty).

W hali zjawiłem się (w towarzystwie ojca, dzięki któremu właściwie The Cure poznałem) około godziny 18:30, czekając na, support, którym był właściwie nieznany mi zespół 65 Days of Static (wcześniej poszperałem tylko trochę po youtube aby co nie co poznać). Zespół gra muzykę instrumentalną, którą można chyba określić mianem post rock, ale nie będę się tu w szufladkowanie bawić. Koncert suportu trwał krótko, zaprezentowali bodajże 6 utworów. Dużo elektroniki, wykonanie bardzo dokładne i co by tu nie mówić dobre. Czasem zespół pokazał, że potrafią grać mocno, momentami oglądałem niezłe solówki, ogólnie dobrze ale bez rewelacji. Zespół pożegnał się z fanami i wiedziałem, że niedługo zacznie się wielkie widowisko.

Gdy po suporcie światła zapaliły się doznałem małego szoku. Wcześniej nie wiedziałem jak na koncertach The Cure wygląda sprawa frekwencji, toteż nie wiedziałem, czego się spodziewać. Gdy spojrzałem na trybuny ujrzałem Spodek zapełniony właściwie do ostatniego miejsca! Nawet na sektorach G i L widać było ludzi (a pamiętajmy, że są to sektory boczne). Masa fanów na płycie oczekiwała tylko jednego.

Około godziny 20:15 zgasły światła, wrzawa na widowni, wielkie podniecenie i z głośników wydobywają się dźwięki swego rodzaju intra czyli Tape, szczerze przyznam ze liczyłem na Plainsong ale wykonanie wynagrodziło mi mój lekki zawód. Następnie poszło już pełną parą: Open, Fascination street i alt.end wykonania cudowne. Kolejnym utworem był The Walk, przy którego okazji należy zwrócić uwagę na jeden fakt. Niegdyś jednym z czynników muzyki The Cure były klawisze, dziś zespół tworzą 4 osoby (wokal+gitara, druga gitara, bas i perkusja). Wydaje się, że w takim numerze jak walk klawisze są niezbędne. Charakterystyczne dźwięki klawiszy zagrane zostały na gitarze, na czym jednak ten numer stracił. Jedziemy dalej. Numer z najnowszej płyty Brytyjczyków, czyli The End Of The Word, a później znane nam doskonale Curowe klasyki na czele z Lovesong, Pictures of You i Lullaby z mojego ulubionego albumu Brytyjczyków, czyli Desintegration. Cały czas zespół czaruje, wprowadza niezwykły klimat. Następne numery tylko to potwierdzają, mamy megahicior Just Like Heaven, A Boy i Never Knew. Po tych dwóch numerach doznałem szoku, otóż nie spodziewałem się, że usłyszę na tym koncercie jeden z moich ulubionych curowych numerów a mianowicie niesamowicie wykonany i genialny Sake Dog Sake. Nie będę się tutaj rozpisywał o setliście (znajdziecie ją pod moim artykułem). Powiem tylko, że zarówno dobór utworów świetny jak i wykonanie genialne. Zespół ze sceny sszedł po wykonaniu end, ale chyba nikt nie sądził ze to koniec. Mieliśmy aż 3 bisy. Na piewszym bisie po troche drętwym i niezbyt przezemnie lubianym At Night dostaliśmy niesamowite wykonania M,Play For Today i transowy A Forest. Drugi bis to absolutna klasyka na czele z Three Imaginary Boys, 10:15 Saturday Night, Killing An Arab I najlepiej przyjętym przez publiczność Boys Don’t Cry. Ostatni bis to o dziwo tylko jeden utwór a mianowicie Why Can’t I Be You?, wykonanie nie zachwyciło, a pod koniec głos Roberta Smitha (niezwykle równy tego wieczoru) zaczął się w mojej opinii łamać. Szkoda, że nie usłyszeliśmy chociażby Friday I’m In Love, Faith czy Charlote Sometimes. No, ale ten fakt nie zepsuje niesamowitego wrażenia, jakie tego wieczoru wywarł na mnie ten koncert.

Był to wieczór niezwykły, jeden najpiękniejszych w moim życiu. Nie było show, zbędnych pogaduszek z fanami, widzieliśmy i słyszeliśmy kawał dobrej muzyki na niezwykłym genialnym koncercie legendy, niechaj grają jak najdłużej. Robert Smith pożegnał się z fanami słowami „See You Next Time”, będę czekał i z pewnością zamelduję się na kolejnym występie The Cure w Polsce.

Piotr „PITOPIETHO” Bargieł
Relacja ukazała się w serwisie Rockarea.eu

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone