Kiedy Joy Division spotyka Yes

Ten album to najbardziej osobiste dzieło Roberta Smitha od czasów Faith. Opowiadające o jego walce z własnymi słabościami w szczególnym momencie życia: skończył wtedy 30 lat (trudno jednak powiedzieć, że wcześniej cechowała go jakaś niedojrzałość…) i poślubił ukochaną. No to o co chodzi!? – ktoś może zapytać. O coraz większą świadomość upływu czasu, o pojawiające się (czy też: nasilające) ataki poczucia jałowości, wewnętrznej pustki, wypalenia. Także na poziomie artystycznym: płytę zapowiadano jako ostatnią w karierze The Cure. Do stanu depresji doprowadziła mnie okoliczność występowania w jednym zespole z Lolem Tolhurstem, który uosabiał najgorsze cechy: lenistwo, brak umiaru, bezużyteczność- mówił Smith w wywiadzie dla „Spin”. Lidera The Cure cechuje nadwrażliwość i ponadprzeciętna samoświadomość. Trudno zarzucać mu biadolenie, bowiem artysta ten, wyposażony w -jak sam kiedyś ujął – slab, rdzeń rozpaczy, to emocjonalny walczak – zawsze szukającyjakiegoś sposobu na wyjście ze stanów melancholii czy depresji (które przeżywa przecież wielu z nas).

Smith nie podjął tu wprawdzie wątków wcześniej w rocku nieobecnych (vide choćby The Dark Side OfThe MoonPink Floyd), jednak jego poetyka jest na tyle frapująca, że trudne w wymiarze literackim Disintegration stało się bestsellerem (dziś już kilka milionów sprzedanych egzem-plarzy) i wyniosło The Cure nie tylko do rangi zespołu coraz bardziej kultowego, ale na pozycję megagwiazdy popkultury. Co ciekawe, muzyczna zawartość Disintegration wydawała się spóźniona wobec ówczesnych muzycznych mód. Koniec „syntetycznych” lat 80. to bowiem znaczny wzrost zainteresowania zespołami gitarowymi w rodzaju My Bloody Valentine czy The Stone Roses, w USA zaś – gdzie album też odniósł spektakularny sukces – ofensywa alternatywy, z grupami Pixies i R.E.M. na czele.

Tymczasem The Cure właśnie na tym longplayu na niespotykaną wcześniej skalę wykorzystał syntezatory. Postawił na kompozycje oddziałujące na słuchacza atmosferą, niekiedy klimatotwórczo-statyczne (świadczy o tym już otwieracz, Plainsong). W komentarzu do jednej z reedycji Disintegration Smith przyznał, że wpływ na taki kształt płyty miało jego bardziej ilustracyjne myślenie o muzyce, które przećwiczył, gdy reżyserzy przynosili mu fragmenty swych filmów z propozycją stworzenia soundtracku. Zresztą nie chciał ograniczać się do czterdziestu kilku minut, do jakich zobowiązywał winyl: kompaktową wersję albumu wzbogaciły dwa utwory, Lasł Dance i Homesick (ważniejszy wydaje się ten pierwszy, z rewelacyjnym motywem basu, syntetycznym chłodem i słowami: I don’t think we wouldkiss in the way that we did when thewoman was only a girl, nie pozostawiają-cymi złudzeń, że chodzi o pożegnanie z młodością). Z nowinkami aranżacyjno-brzmieniowymi genialnie dopełniły się wypróbowane już cure’owe środki wyrazu, na czele z przejmującym, nadzwyczaj plastycznym śpiewem lidera, uwypuklonym basem i gitarowymi pastelami. Jest więc Pictures Of You, z kolejną odmianą jakby joydivisionowego transu, Prayers For Rain z równie motorycznym basem, Fascination Street z bardziej hałaśliwymi gitarami i Closedown, oparty na wyrazistej figurze rytmicznej, ale też z brzmieniami orkiestrowymi. No i Lullaby – najbardziej rozpoznawalny numer z albumu, uroczy horrorek, w którym aktorsko podawany tekst, ze strachliwymi szeptami, dopełnia się z maksymalnie prostą rytmiką, ale i przejmującą, smyczkową frazą. Lovesong (miejsce 2. na singlowej liście „Billboardu”) to kolejna znakomita, chwytliwa piosenka. To też zresztą najbardziej optymistyczny numer.

Choć Smith zachęcał, by Disintegration słuchać bardzo głośno i w samotności, to jednak właśnie uczucie, możliwość dzielenia się nim, uznał za czynnik zbawczy dla umęczonej obsesjami psychiki. Może to wprawdzie zrodzić kolejny strach (przed wypaleniem się uczucia!), lecz Smith zdaje się zachęcać nas, by nauczyć się o tym zapominać. Jeśli kultywujesz w sobie poczucie jałowości, co w końcu zacznie cię zżerać – mówił tuż po premierze albumu w wywiadzie dla magazynu „Rolling Stone”. Można zachować w świadomości to poczucie, ale trzymać je pod kluczem, w takim miejscu, by nie przeszkadzało ci normalnie żyć i czerpać radość z różnych rzeczy. Joy Division spotyka Yes – mówiono o Disintegration. Coś w tym jest. Me pierwsze myśli są takie: jedno z najważniejszych osiągnięć The Cure. I jedna z ikon lat 80. -wciąż tak sarno frapująca.

PAWEŁ BRZYKCY

Recenzja ukazała się w miesięczniku Teraz Rock

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone