Kino Ostrava

W lipcu 2019 r. w odstępie tylko dwóch dni, mieliśmy okazję zobaczyć dwa koncerty The Cure, bez pokonywania zbyt wielu kilometrów. Jeden z nich to zapis jubileuszowego koncertu z ubiegłego roku, drugi to występ na żywo podczas festiwalu Colors of Ostrava, tuż za naszą południową granicą.

Kino

The Cure: Anniversary 1978-2018 Live in Hyde Park to dobrze sfilmowany
koncert, podczas którego zespół, co oczywiste, zaprezentował materiał będący próbką z 40 lat działalności. Zapisy wideo koncertów oglądamy codziennie i niby nie ma powodu do świętowania, ale jednak w kinie jeszcze The Cure nie oglądałem. Projekcja ta pewnie zyskała w moich oczach, bo była swoistą rozgrzewką, przed wyjazdem do Ostrawy. Na ekranie zobaczyliśmy zespół, który ma wielką radochę z tego że gra.

Wszyscy którzy mieli okazję widzieć starsze koncerty – szczególnie z pierwszej połowy działalności zespołu, wiedzą jak bardzo zmieniło się zachowanie muzyków na scenie. Występują z przyjemnością i przekłada się to na jakość koncertu. Oglądanie i słuchanie zespołu w takiej formie to czysta przyjemność.

W filmie nie brakuje moich ulubionych kadrów – zbliżeń, wyraźnie pokazujących palce muzyków na instrumentach oraz emocje malujące się na ich twarzach. W mimice i pantomimie przoduje oczywiście Robert. Mimo że bardzo się rozruszał to nie przebije Simona który, jak po wyjściu z kina określiła to moja koleżanka, nie mógł znaleźć sobie miejsca. Cała scena należy do niego.

Panowie wykonali świetną robotę i doskonale się przy tym bawili, a to udziela się widzowi. Wszystkim którzy przywykli już do oglądania fragmentów koncertów, nagrywanych smartfonami, na maleńkich ekranach, polecam obejrzenie profesjonalnego zapisu w kinie. Cudowna odmiana.

Ostrava

Występ na festiwalu Colors of Ostrava, co zrozumiałe, dostarczył mi jeszcze
większych emocji, ale jest wspólny element, który skłonił mnie do opisania tych, całkowicie różnych, wydarzeń w jednym tekście – rewelacyjna atmosfera na scenie. Jak na filmie z Hyde Parku, zespół bawi się świetnie. Robert nawet zdecydował się skorzystać z wybiegu sceny wcinającego się w gęsto zgromadzoną publiczność. Znów mieli radochę z grania, ale jak zagrali?

Zaczęli mocno, rockowo i szybko. Przerwy między utworami minimalne jakby chcieli upchnąć w festiwalowy harmonogram jak najwięcej muzyki. Tempo niesamowite, bardzo podkręcające atmosferę. Bardzo festiwalowe. Zwolnili dopiero przy ósmym kawałku, cały czas trzymając się listy utworów znanych wszystkim śledzącym ich tegoroczne występy. Niespodzianka pojawiła się na pozycji dziesiątej – Strange Day. Zagrali go po raz pierwszy (i póki co, jedyny) podczas tej trasy. Czytałem spekulacje, że to ze względu na obecność fanów z Polski. Nie wiem czy to prawda, ale cieszę się mogłem dryfować na tych dźwiękach. Są niesamowite. Dalej już bez niespodzianek w repertuarze, który wydaje się doskonale dobrany do festiwalowych warunków. Klasyczny popowy bis, po symbolicznej przerwie – zeszli ze sceny na moment, chyba tylko po to żeby otrzeć pot z czoła, bez tysięcy świadków i już po chwili byli znów z nami.

W sztywne ramy narzucone przez organizatorów wcisnęli 27 utworów i
hektolitry radości i wzruszeń, a chyba właśnie o to chodziło. To był mój pierwszy festiwalowy koncert The Cure, trochę obawiałem się popowości takiego występu – niepotrzebnie. Atmosfera którą stworzyli była wspaniała, a zestaw utworów, adekwatny do okoliczności.

Teraz pozostaje czekać na zapowiadany nowy album, rzekomo niemal
gotowy. Jeśli wierzyć słowom Roberta, będzie zupełnie nieodpowiedni do
wykonywania na takich festynach, więc możemy spodziewać się zupełnie innej trasy. Już wiele razy słowa Smitha były powodem naszych rozczarowań, ale co nam pozostało prócz wiary?

Marcin Sztypa