O koncercie The Cure w Łodzi – z gruntu nieobiektywnie

Długo rozważałam sama ze sobą czy pisać relację z koncertu The Cure. Czy wypada i czy w ogóle potrafię? Mogłabym napisać książkę, a nie krótki, obiektywny tekst o jednym wydarzeniu. Poza tym, jedyną recenzyjną rzeczą o muzyce The Cure, jaką kiedykolwiek napisałam, były słowa „the cure” w serduszku nabazgrane w kilku wersjach na okładce zeszytu do fizyki i po kilkunastu latach jest to wciąż moje aktualne stanowisko, co tu więcej recenzować? Myślę, że mija się z celem wygłaszanie opinii, gdy się jest stronniczym. Tylko, że w przypadku The Cure jest to zjawisko powszechne, że w relacjach, recenzjach, komentarzach, felietonach o ich muzyce zwykle trafia się krótszy lub dłuższy fragment autobiografii autora. Można więc chyba przyjąć to za charakterystyczną cechę muzyki The Cure – że ludzie myśląc o niej, mówią o sobie. Nie trzeba tego zmieniać, ale spróbuję podjąć się wyzwania opowiedzenia o niej bez wątków autobiograficznych.

To jest cholernie ciężka sprawa – taki koncert, po którym oczekuje się bardzo dużo, na który czeka się niewiarygodnie długo. Interpretując statystyki występów The Cure w Polsce można przedstawić uogólniający wniosek, że każde pokolenie doświadcza tylko jednego ich koncertu. Zatem z perspektywy fana możliwość zobaczenia The Cure na żywo to, oczywiście przede wszystkim wielka radość, ale też wielkie nadzieje i obawa czy aby na pewno będzie idealnie. Ten jeden raz, być może w życiu. Jest to o tyle trudne, że nie wiadomo jak taki idealny koncert miałby brzmieć. Dla wielu, nawet najbardziej zagorzałych fanów, muzyka The Cure jest nie do zaakceptowania w całości, więc jak skleić coś idealnego z części zdających się do siebie nie pasować?

Dla mnie koncert w Łodzi z początku był właśnie taki nerwowy i nieposklejany jak należy, w każdej piosence fantastyczny, ale niewciągający w klimat, trochę jak składanka największych przebojów. Po rewelacyjnej „Charlotte Sometimes” – rozbijający nastój „The End of the World”, a po mojej ulubionej „A Night Like This” – „The Walk”, którego nie lubię. I takie „wzloty” i „upadki” trwały mniej więcej godzinę, aż do „The Last Day of Summer”, który pozbawił mnie wszelkich lęków i wątpliwości co do jakości tego koncertu. Zagrane po sobie „The Last Day of Summer” , „Want” i „From the Edge of the Deep Green Sea” były najmocniejszym, najpiękniejszym fragmentem tego koncertu (jak dla mnie, wiem, że masa ludzi się nie zgodzi, bo ile fanów The Cure, tyle opinii).

Patrząc wtedy na nich tam na scenie pomyślałam sobie, że to jest niewiarygodne – że prawie nie widać jak grają, a tworzą taki ogrom potężnej muzyki. Zwyczajnie stoją sobie na scenie, bez popisów, bez wysiłku, bez gadania, a muzyka jakby gra się sama, z taką łatwizną, z taką boską siłą – pstryknąć i stworzyć cały świat. Świat twórcy i odbiorcy – jeden dla obu stron artystycznego dialogu. Na koncertach The Cure dialog prowadzony jest w taki sposób, że Robert Smith nie rozmawia z publicznością, a mimo to komunikacja między sceną a płytą i trybunami trwa nieprzerwanie przez cały czas. I myślę, że nie ma takiej możliwości, żeby mogła się przerwać, ponieważ tworzy ją ta szczególna relacja, o której wspomniałam we wstępie – że ludzie kiedy myślą o muzyce The Cure, mówią o sobie. Więc kiedy The Cure gra swoją muzykę, mówi o tych ludziach, o tym tłumie pod i nad sceną, ale nie o zbiorowisku, a o każdej indywidualnej osobie – w warunkach masowych nadaje intymny przekaz. W takiej sytuacji nie trzeba nic mówić, ani nawet śpiewać razem, i tak tworzy się idealny koncert, czyli spotkanie ludzi zakochanych w muzyce.

Zatem, podsumowując moją nieskładną, nieobiektywną relację z koncertu The Cure w Łodzi, stwierdzam tendencyjnie, że wszystko było wspaniałe. Żałuję tylko, że nie zagrali „Homesick”, „To Wish Impossible Things” i „Trust”. Miałam nadzieję, że „uderzą” takim ciężkim kalibrem na koniec, ale nie, było pogodnie i miło, w klimatach „Close to Me”, „The Lovecats” i „Wrong Number”. Chociaż w sumie to lepiej, bo na przykład z „Trust” na koniec ten koncert miałby smutny wydźwięk pożegnania, a tak, w moim odczuciu, był radosno-młodzieżowy, co daje nadzieję, że gdzieś za 8 lat, gdy znowu będę już innym pokoleniem doświadczę ponownie tego niezwykłego przeżycia, jakim jest koncert The Cure.
– See you next time – powiedział Robert Smith schodząc ze sceny.
– Obiecujesz? – zapytałam w myślach i zrobiło mi się smutno.

Relacja ukazała się na blogu dlaczegoniegra.blogspot.co.uk

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone