Krwawe Kwiaty

Jednym z tych zespołów, które się nie starzeją – nawet po długotrwałej działalności – z całą pewnością jest grupa THE CURE z Anglii. O ile wielu muzycznych „dinozaurów”, takich jak np. Depeche Mode, albo U2, czy nawet Black Sabbath wydaje płyty powielające stare i sprawdzone schematy lub po prostu słabe, o tyle taki los nie spotkał grupy, której całą istotę oraz kierunek wyraża Robert Smith. Co ciekawe, po dosyć przeciętnym albumie „Wild Mood Swings”, kiedy fani myśleli, że to już koniec działalności CURE, Pan Kowalski (bo tak swojsko brzmi tłumaczenie z angielskiego nazwiska „Smith”) zaskoczył płytą „Bloodflowers”, zawierającą 9 kompozycji.

Podobnie jak na poprzednim albumie, również i tutaj dominuje gitara semiakustyczna (aczkolwiek nie wszędzie) tak, że nawet bas Simona Gallupa został cofnięty na drugi plan w większości przypadków. To są jednakże wszystkie podobieństwa… Gdy piszę te słowa, nadchodzi już jesień, będąca idealną porą do słuchania muzyki zawartej na tym albumie – idealnie komponuje się ona bowiem z chłodnymi, wieczorami, gdy słońce bardzo szybko znika za horyzontem. Kompozycje Roberta Smitha nierzadko spełniają świetną rolę jako piosenki grane i śpiewane przy jesiennym ognisku, dogasającym o zmroku…

„Bloodflowers” zasługuje na miano produkcji ponadprzeciętnej, co jest tym dziwniejsze, że nagrał go zespół istniejący jeszcze w latach ’70 i działający od tamtej pory aż do dziś. To świadczy nie tylko o niezwykłych zdolnościach muzycznych jego lidera i poszczególnych członków, ale również o aktualności wymowy takiej muzyki współcześnie, jej swoistej elitarności. Najnowszy album grupy THE CURE stał się jednym z moich ulubionych już po pierwszym przesłuchaniu.

Jak to bywa w przypadku kapeli Pana Smitha, otwierający płytę „Out Of This World” nie należy do piosenek krótkich – co wcale nie zmniejsza jego atrakcyjności. Jest to nastrojowa niby – ballada, z gitarą akustyczną oraz wokalem na pierwszym planie, zaś pozostałe instrumenty tworzą tutaj zaiste piękne tło. Idealnie jest słuchać takiej muzyki, gdy za oknem panuje ciemność, jest zawieja lub pada deszcz. Twórczość THE CURE odbiera się wtedy nie tylko zewnętrznie, jako zbiór dobrych piosenek – zapada również głęboko w pamięć, sięgając do każdego zakątka ludzkiej świadomości.

O ile inne, wcześniejsze albumy Cure uderzały często w głowę z mocą taranu, „Bloodflowers” należy do takich, które pomimo spokojnej wymowy – nie nużą, zaś wysłuchanie ich po raz n – ty nie męczy. Z następnej piosenki, zatytułowanej „Watching Me Fall” czuć niepokój. Po wstępie utwór przeradza się (chyba dla niepoznaki) w niewinnie – rzecz jasna jak na ten zespół – zaaranżowany kawałek. Trwa on ponad 11 minut, szykując na koniec nielada niespodziankę. Kompozycja narasta stopniowo; wzbogacają ją nieco gwałtowniejsze wstawki – kończy się zaś wybuchem czystej furii wokalno – muzycznej. Taka budowa nastroju powoduje, że czas zajęty na jej wysłuchanie nie jest zmarnowany.

Piękna jest także „Where The Birds Always Sing”, stanowiąca prolog do następnych utworów. Ponownie dominuje tu gitara akustyczna. Całość zaśpiewana jest głosem człowieka doskonale świadomego otaczającego świata, Roberta Smitha, który opowiada kolejną historię z zakamarków własnej jaźni, z pogranicza bytu i chaosu. To jednak dopiero początek – ponieważ „Maybe Someday” i „The Last Day Of Summer”, wraz z uderzającą za pomocą tekstu w słuchacza „Theres No If” jest najbardziej zintegrowaną, naładowaną najczystszymi emocjami częścią albumu, tłumaczącą, o co w nim chodzi. W dwóch pierwszych spośród omawianych piosenek widać nieco inspiracji britpopem – aczkolwiek nadal są niebanalne w swej wymowie. Złudne i ulotne nadzieje niesione przez „Maybe Someday”, po części zmniejsza „The Last Day Of Summer” – zaś całkowicie przekreśla i niweczy je „There’s No If”.

„The Last Day Of Summer” zalicza się do tych dzieł, które mówią bardzo wiele na temat wrażliwości ich twórców. Jest to bodajże najlepsza „jesienna” piosenka na płycie. Z kolei „There’ s No If” to wspomnienia. Bolesne wspomnienia przeszłości, która powraca właśnie w jesienne wieczory, pełne zadumy. Wtedy, kiedy człowiek uświadamia sobie znaczenie wielu rzeczy i zjawisk, takie właśnie utwory przemawiają do niego najbardziej. Piękna piosenka o dwojgu ludzi – o nadziejach, obietnicach, zawodzie, rozstaniu, osamotnieniu… Taki nastrój pogłębia się jeszcze bardziej, gdy rozlegają się dźwięki „The Loudest Sound”, z bardziej wyeksponowanym basem (z przestrzennym efektem typu flanger), budującym główną „ścieżkę”, po której zmierza piosenka aż do odpowiedniego momentu. Wtedy też, gdy słuchacz liczy na odpowiedni rozwój sytuacji, utwór kończy się, pozostawiając w głowie słuchacza zaplanowane przez Roberta Smitha poczucie zawodu.

Po tym napięciu, żalu, depresji i niespełnionych nadziejach, jakby dla odmiany, kawałek zatytułowany po prostu „39”, witający chłodnymi, syntetycznymi dźwiękami oraz wiodącym basem. Kojarzy się odrobinę z przeszywającym zimnem „Komakino” autorstwa Joy Division, lecz dalsza część różni się zdecydowanie od kompozycji jednej z ulubionych kapel Roberta Smitha (oraz ulubionej autora tej recenzji). Aranżacja różni się jednakże od wspomnianej powyżej piosenki. Całość narasta, przemieniając się ponownie w gitarowo – wokalną furię. Utwór nie posiada wtedy harmonii, którą łatwo uchwycić – zdaje się rozbijać umysł na drobne kawałki. Kończy się spokojnym „zejściem”, jakby pogodzeniem się Artysty z własnym losem…

Na sam koniec swojej superprodukcji, Robert Smith i jego koledzy docierają wreszcie do sedna „muzycznej podróży”, zamykając ją monumentalnym, niesłychanie pięknym oraz porywającym „Bloodflowers”. Dzieło to, porównywalne chyba tylko z „Atmosphere”, „Decades” oraz „In A Lonely Place” Joy Division lub „In Your Room” Depeche Mode, stanowi genialne wręcz podsumowanie albumu – oraz właściwie całego twórczego życia zespołu… Piękne tło klawiszowe, uzupełniają tu nastrojowe, gitarowe solówki (czerpiące z muzyki średniowiecznej, jak nietrudno usłyszeć) oraz wokal, który równie dobrze mógłby uzupełnić niemniej genialny, lecz znacznie wcześniejszy album grupy, czyli „Disintegration”. Podobnie jak „39”, tutaj też następuje budowa nastroju i rozwinięcie – lecz tym razem w odmienny sposób. Ze spokojnej piosenki w jednej chwili następuje przemiana w prawdziwego „drapieżnika”, gdzie nie ma miejsca na śpiew – jest tylko histeria, destrukcja i niebyt… Wszystko wraca potem do stanu pierwotnego – tak samo jak niekończący się cykl życia i śmierci…

Płyta należy do wydawnictw, których najlepiej słuchać w całości – podobnie jak „Burning From The Inside” Bauhausu. Nie należy jednak zapominać, że mamy tu do czynienia z klasą samą w sobie, z wrażliwością i jakością typową wyłącznie dla jednego Artysty. Tak wartościowy Twórca jak Robert Smith powiedział już chyba ostatnie słowo w dziedzinie swojego dorobku muzycznego, wspaniale podsumowując wiele lat istnienia własnego zespołu. Inni mogą mu tego tylko zazdrościć.

Adam Pawłowski
Recenzja pochodzi z listopada 2003 roku. Opublikowana na portalu Alternativepop.pl

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone