Lekki, łatwy i daleki

W około trzy lata po rozpoczęciu działalności pod swoją ostateczną nazwą, The Cure dorobili się już pierwszego długogrającego krążka. Osoby wychowane na późniejszych dziełach, jak “Disintegration” czy “Wish”, mogą po pierwszym przesłuchaniu “Three Imaginary Boys” czuć się nieco zaskoczone, bowiem debiut zespołu Roberta Smitha daleki jest jeszcze od później wypracowanego, okrzepłego stylu.

Na “Three Imaginary Boys” dominuje stylistyka post-punkowa – instrumentarium pracuje oszczędnie (przykładowo partie gitar Roberta Smitha są bardzo minimalistyczne), bardzo wyrazista jest za to perkusja. Na próżno szukać tutaj rozbudowanych wielopoziomowych kompozycji, jakie staną się jedną z późniejszych wizytówek zespołu – średni czas trwania piosenek to około trzy minuty, najdłuższe numery mają nieco ponad pół minuty więcej (tytułowy oraz “10.15 Saturday Night”). Liczy się przede wszystkim jak największa prostota, energia wykonawcza oraz niezłe melodie, do pisania których lider zespołu od początku miał dryg – doprawdy trudno oderwać się od dynamicznego “Grinding Halt”, “Object” z pogłosowanym wokalem, całkiem pogodnego “Fire In Cairo” czy melancholijnego “Three Imaginary Boys”. Nieco niepokoju wprowadza “Another Day”, który poniekąd zapowiada, w jakim kierunku zwrócą się The Cure na następnych płytach. Warto zwrócić uwagę na “Subway Song”, nieco kojarzący mi się z bluesem – może to za sprawą harmonijki ustnej. “It’s Not You” to zaś kawałek o ewidentnie punkowej proweniencji. Pewną niespodzianką może być zapewne mocno przyspieszona “Foxy Lady” Jimiego Hendrixa, śpiewana przez Michaela Dempseya (basistę), ale traktować ją należy bardziej jako ciekawostkę, choćby ze względu, że to raczej swobodna gra podczas próby dźwięku, aniżeli poważna próba zmierzenia się z żelaznym klasykiem rocka.

“Three Imaginary Boys” to album lekki, łatwy i przyjemny, daleki jeszcze od nurtu zimnej fali i gotyku, jaka obejmie The Cure w następnych latach. To przyzwoite wydawnictwo, aczkolwiek nie pokazuje jeszcze, jakim muzycznym geniuszem okaże się Robert Smith.

Krzysztof Matuliński
Na stronie „Ciemna Strona Rocka” znajdziecie wiele innych recenzji płyt autora.

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone