LITERACURE’A: Robert Smith. The Cure

To zdecydowanie książka do czytania w piątki. Jak sięgam pamięcią, o The Cure myślałem zawsze w kategoriach lekarstwa na problemy całego tygodnia. Cokolwiek by się mogło wydarzyć od poniedziałku do niedzieli, to piątek był „the cure”. Może to troszeczkę niesprawiedliwe…

Niesprawiedliwe, bo myśl ta opierała się przede wszystkim na jednym utworze – czyli właśnie na „Friday, I’m in love”. Nie da się ukryć, że – używając tego brzydkiego terminu – utwór taki wdrukowuje się w pamięć z niebywałą intensywnością – podobnie jak np. „I don’t like Mondays” – Boomtown Rats, czy „Ruby Tuesday” – Stonesów. Podobne wrażenie wywierał niepodrabialny wizerunek Roberta Smitha. Tyle tylko, że The Cure miało zdecydowanie więcej topowych utworów. Przy okazji recenzji tej książki przyszła więc pora na rehabilitację i kilka słów więcej.

Muszę zaznaczyć, że Robert Smith… to przede wszystkim książka dla wielbicieli zespołu i wokalisty. Richard Carman pisze w sposób bardzo ciekawy i można odnieść wrażenie, że pisze również bardzo subiektywnie – wręcz osobiście. Niejednokrotnie porównuje Smitha do siebie, czy interpretuje poczynania artysty używając pryzmatu własnych wspomnień i doświadczeń. Uzyskujemy w ten sposób pamiętnik fana i trzeba powiedzieć, że nie każdemu może się takie podejście spodobać.
Przyznam też, że jestem w stanie zrozumieć osobiste zaangażowanie Carmana. Lektura tej książki uzmysłowiła mi, że The Cure – w swojej obecnej formie i nazwie – jest właściwie moim rówieśnikiem. Tym bardziej zdziwiłem się, gdy czytając kolejne strony zacząłem natrafiać na sformułowania i epitety funkcjonujące za czasów mojej „(naj)młodszości”. Zdziwienie wiązało się z jednej strony z faktem, że zespół istnieje już tak długo, a z drugiej (sprzecznej), że mimo to nie czytam o zamierzchłych czasach.

Z tym, że to nie jedyna lekcja, jaką wyniosłem z lektury Roberta Smitha…. Carman przyłożył się i bardzo dokładnie opisał tło artystyczne, na które składały się kolejne rewolucje muzyczne i niemal książka telefoniczna uznanych i szanowanych nazwisk. Zupełnym przypadkiem można się więc było dowiedzieć wielu szczegółów i smaczków, o których szeptali z wypiekami na twarzach fani i przeciwnicy zespołu.

Może powinienem powiedzieć zespołów – Smith nie zawsze pozostawał wierny swojej grupie. Zdarzały się koncerty, na których, po zakończeniu jednego setu, szedł zagrać z The Banshees. Nie było to zachowanie, którego oczekiwali jago koledzy z zespołu i pojawiały się kryzysy, z którymi trzeba było walczyć.

Ale potwierdziło to też moją obserwację z kilku innych biografii, jakie miałem okazję przeczytać do tej pory. Jeśli chodzi o wielkich wokalistów, to silna osobowość oraz skłonność do przedkładania własnych planów i projektów nad opinię innych często wychodzi im – wokalistom – na dobre. Po tym w jakim stanie wyjdą z burzy na własnym podwórku fani decydują, czy zaczynają ich uwielbiać, czy raczej – że pora poszukać sobie innego zespołu. A jak było w przypadku Smitha…

Jeśli wydaje Wam się, że znacie Roberta Smitha, a the Cure nie ma dla Was tajemnic – to sięgnijcie po tę książkę. Jestem przekonany, że czymś Was zaskoczy na pewno.

Kamil Świątkowski
Recenzja ukazała się na stronie „Przy kominku”

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone