Łódź, Hala Sportowa 14.04.2000

Od samego początku wiedziałem, że trasa The Dream Tour będzie wyjątkowa. Musiało tak być po wydaniu doskonałego albumu, albumu który znów sprawia, że wierzymy we wrażliwość, melancholię i piękno.

Sam początek koncertu zaczął się tak przyjemnie, tak sielsko, że pomyślałem sobie że to nic nadzwyczajnego stać tak pod sceną i patrzeć na nich. Przecież znamy się już tak długo…Dopiero FASCINATION STREET uświadomił mi że to jest koncert mojego The Cure. Kolejnym wstrząsem moich emocji był THE KISS z przeraźliwie piękną gitarą Robera. Nie spodziewałem się, że ten utwór może być bardziej przejmujący niż na płycie. Kolejny cios-tym razem śmiertelny to SIAMESE TWINS-utwór o który modliłem się jadąc pociągiem na koncert. Gęste czerwone światło, ascetyzm, niepowtarzalny nastrój. Najbardziej utkwił mi w pamięci Roger zapatrzony w tłum, wybijający rytm tamburynem. END zabrzmiał tak transowo, wręcz industrialnie tak, że początkowo miałem problem z odgadnięciem co to jest. BLOODFLOWERS-pomimo małej wpadki podczas drugiej solówki poraził mnie swą potęgą. Następnie TRUST spowodował, że mrówki tłumnie przemaszerowały po moich plecach–zawsze wolałem słuchać tej piosenki w letnie, deszczowe wieczory skulony w moich myślach, nie wierzyłem, że w wersji koncertowej może być zagrana bardziej przejmująco. PLAINSONG-głos ukochanej zza światów. Ogromna przestrzeń, spadające iskierki, cudowne dźwięki. Nikt inny nie potrafi tworzyć takich „zwyczajnych piosenek”.

Ostatnie bisy to sen, z którego nie chcę sie przebudzić. Chcę trwać tak na wieki…M—śmieję się i skaczę, PLAY FOR TODAY—krzyczę i śpiewam, JUST LIKE HEAVEN—kołyszę się i cieszę. Każdy prawdziwy fan marzy by usłyszeć A FOREST na żywo. Tą transową perkusję, ten mocny bas, te fantastyczne gitary. Niesamowite przeżycie. No i FAITH jest już dobiciem mnie martwego. Stoję wpatrzony w scenę, łzy zapełniają moje oczy—nie wytrzymałem…Złamali mnie tym utworem. Problemy techniczne dodały dramaturgii-myślałem, że Robert albo rzuci tym mikrofonem o podłogę, albo rozpłacze się i odejdzie…i odszedł chwilę później. To był już koniec. Wyszedłem zdruzgotany. Nie mogłem wydobyć z siebie słowa. To nie był koncert to było misterium. Msza, modlitwa……modlitwa o deszcz.

Michał Wasilewski

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone