Łódź, Hala Sportowa 14.04.2000

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że raczej nie powinienem pojechać na Cure’ów. Po pierwsze brak biletów w sklepie, po drugie termin kolidował z dopiero co otrzymana pracą i na dokładkę noga w gipsie (koszykarski pech), co było głównie powodem wielostronnych rodzinnych nacisków… teraz to już nie możesz pojechać”. Nie ukrywam ,że miałem już pewne wątpliwości. Niezapomniane ‚spodkowe’ wrażenia nie pozwoliły zwalić z nóg moich marzeń o koncercie marzeń. Kolejne dni pokazały, że wszystko można załatwić. Bilety kupione faxem, załatwione wyjście prywatne w pracy, przekonana żona (dzięki telefonowi do AMC potwierdzającego bezpieczne i bezkolizyjne wejście do hali dla wszystkich kulasów).Po tych wszystkich posunięciach zmiana środka lokomocji była już pestką (dzięki Sławek !).No to jazda!

Pierwsza nasza wizyta w Łodzi, w połączeniu z kretyńskim oznaczeniem ulic była przyczyna błądzenia po mieście i zdzierania gardła zadając wiele pytań przypadkowym przechodniom. Jakoś trafiliśmy i duży strzeżony parking przerósł nasze oczekiwania i pozwolił nam się rozluźnić i odsunąć myśli o nagłym zniknięcia auta.

Dookoła widać i słychać było atmosferę wielkiego muzycznego wydarzenia. Na parkingu z samochodów słychać było kawałki z BLOODFLOWERS ,a z hali dochodziły drapieżne dźwięki WATCHING ME FALL grany chyba przez technicznych co dobrze wróżyło nagłośnieniu. Dopiero jednak gdy trzymaliśmy bilety w dłoniach (odebrany w kasie) byliśmy już pewni ,że za chwilę usłyszymy kojące duszę dźwięki i będziemy na naszym wymarzonym spektaklu.

Wejście na koncert faktycznie było lepsze niż do niejednego miejskiego autobusu lub kościoła, jeszcze tylko lekkie obmacywanie przez ochroniarzy w celu poszukiwania schowanych kałasznikowów lub broni chemicznej ( np. w zabranej nam coca-coli i wodzie mineralnej niech ci stanie w gardle ta cola mięśniaku).

I nagle sala, scena, skromność dekoracji, uśpione jeszcze światła i dużo uśmiechniętych, lekko podenerwowanych młodszych sobowtórów Smitha. Udało nam sie wnieść lornetkę więc czas do koncertu spędziliśmy na analizując każdy szczegół na scenie – dojrzeliśmy ok. 25 różnych gitar co utwierdziło mnie co do fachowości i klasy muzyki granej przez The Cure.

Po zaplanowanym pewnie spóźnieniu nagle zgasły światła i w muzycznej ciszy przy owacjach fanów muzycy weszli na scenę, ukłonili się i chwycili za instrumenty. Ubrani na czarno, Robert w dość ciężkich butach a nie jak myślałem w adidasach z „wywalonym językiem (to już chyba mit). Z internetu wiedziałem co będą grać. Zaczeli i nagle … zorientowaliśmy się ,że loża to może dobre miejsce do obserwacji ,ale kiepskie do słuchania muzyki. Bezwarunkowy odruch i zatkałem lewe ucho i zacząłem wpatrywać się w zespół ” jednak to prawda, to znów The Cure, znów ich słyszę i widzę w jednej chwili jednocześnie)

Od początku coś nie pasowało Perremu i miał chyba ochotę rozbić głowę swojemu technicznemu. Nie za bardzo było słychać bas i organów ale nie ważne przecież to początek musza ich dobrze nagłośnić ( trochę rozumiem technicznych bo pusta sala to nie to samo co ponad 7 tys. Ludzi fizyki się nie oszuka ). Ale po minucie było już słychać bas, gitarę Roberta i przepiękną solówkę Perrego. Perkusja brzmiała bardzo delikatnie a to za sprawą szczotek perkusyjnych. WATCHING ME FALL zagrali już pewnie i ostro. Tu już wszystko grało. Robert znakomicie to zaśpiewał i widać było ,że czuje ten utwór. Ja wciąż szczypie się w policzek , niedowierzam i staram wciągnąć w nastrój bo tylko tak słuchać trzeba taki koncert.

Kolejny utwór rozpoczął się od delikatnie „jęczącej” gitary, potężnego uderzenia basu i perkusji. Już wiedziałem że to WANT. Lubię ten utwór głównie za sposób w jaki Robert go śpiewa ( taki lekki krzyk przechodzący w nostalgię), oraz za zawodzącą gitarę w partii solowej. Dobrze go zagrali, lecz Robert trochę gorzej go zaśpiewał.

Po następnych kilku dźwiękach poczułem lekki dreszcz i ciary przeszły mi po plecach bo w Łodzi nastała FASCINATION STREET. Był to utwór, który niemalże koniecznie chciałem usłyszeć ! Pierwsze życzenie spełnione (podobno złota rybka spełnia trzy życzenia i jedno dla mnie już spełniła). Tak chciałem usłyszeć ten utwór, że nawet zapomniałem o niedogodnościach (gips na nodze i kiepskie miejsce) „rozpogódź twarz, wyprostuj nogi i chodźmy by zdążyć na otwarcie na ulicy Fascynacji”. Świetnie go zagrali z wybijającą się ponad inne dźwięki perkusją (jej moc i drapieżność była chyba charakterystyczna dla całego koncertu). Potem trochę niespodziewany w tej części koncertu OPEN – świetnie zaśpiewany i zagrany przez gitarzystów. Gdy słuchałem ten utwór raczej wiedziałem, że następnym pewnie będzie najgorszy utwór „ krwistych kwiatów” THE LOUDEST SOUND – czekały mnie ciężkie chwile. I stało się, obserwowałem publiczność (część publiki myślała pewnie tak samo jak ja) i co gorsze widziałem przez lornetkę, że Robertowi zależy na tym utworze, w skupieniu trochę nerwowo spoglądał na swoich współtowarzyszy trasy. Podczas śpiewania gestykulował, patrzył w górę (chyba w sufit bo niebo było zakryte). W tym utworze wszystko byłoby Ok. ale ten „podkład muzyczny” – zupełnie nie pasował do The Cure. Poza tym „partie gitarowe” są piękne i takie jakie lubię. Jednak był to chyba jedyny utwór, który chciałem, aby szybko się zakończył. Kolejny utwór zupełnie mnie zaskoczył, bo myślałem, że nie będą grać go w Polsce. KISS 2000, bo tak bym go nazwał – lekko zmieniony jakby odmłodzony, odświeżony. Niestety nie mogłem docenić tych „jęczących” gitar bo bliskość głośników sprawiała, że znów wcisnąłem palec do ucha (potężny jazgot) i zazdrościłem tym tam na dole gdzieś na środku sceny, że mogą docenić perfekcyjność tych dźwięków. A widziałem, że grzali ostro, aż zupełnie nie było słychać organów, a po tym wstępie chyba trochę się zmęczyli, a w wokalu chyba trochę zabrakło tak charakterystycznego pogłosu

(echa). Spodziewałem się, że to „wymiatanie” na gitarach wpłynie nieco ujemnie na kolejne utwory ale wielce się myliłem! LAST DAY OF SUMMER stwierdzam, że był chyba najlepiej zagrany na tym koncercie, wszystko po prostu zagrało na 100% – organy, świetny wokal, gitary również brzmiały extra i wreszcie ta imponująca solówka. To wszystko może dlatego, że nareszcie Robert wziął gitarę i poprowadził zespół jak należy a Perry stał z boku i co chwilę spoglądał na „szefa”. Przy MAYBE SOMEDAY widać było, że się już rozluźnili i chyba puściła im trema (jeżeli w ogóle muzycy tej klasy i z takim ograniem ją posiadali). Robert znów idealnie zaśpiewał „…nie pragnę już tego co wcześniej, zmieniłem zdanie, lecz może pewnego dnia…”, a dźwiękowcy chyba już poradzili sobie z nagłośnieniem śpiewu (podobno pokrętłami i suwakami kręciła kobieta). Drugi gitarzysta Perry świetnie razem z Robertem zabrzdąkał tą mini solówkę. Następnie zagrali SHAKE DOG SHAKE i widać było, że jest to utwór bardzo lubiany przez Simona, który rozpoczął swój „niby taniec”. Poruszał się tak jakby jego gitara basowa nagle stała się cięższa o 20 kg . Tak kręcąc się w kółko nie zapominał o graniu – profesjonalista. Dla mnie lub raczej dla całego mojego sektoru gitara Perrego znów nie brzmiała dobrze i zlewała się z drugą. Zdziwił mnie trochę FROM THE EDGE OF THE DEEP GREEN SEA głównie za sprawą dziwnego i znów trochę raperskiego podkładu. Tym razem zorientowałem się, że gitara Perrego jest chyba lepiej słyszalna po drugiej stronie hali bo znów u nas nie brzmiała dobrze, a ja z tym gipsem to raczej tam nie pójdę! Robert krzyczy „…never, never, never …” widać, że czuje ten tekst, chociaż widać, że jest już zmęczony głównie po cieknącym po klacie pocie i wywracaniu oczu we wszystkie strony. Chwilę potem chwyta za gitarę i zasówa solówkę jak się należy i patrzy jakby trochę badawczo na Perrego. Rozgrzani Simon jeszcze bardziej zniżą gitarę (chyba do 15 cm od sceny) i rytmicznie przycupuje, poruszając lekko głową (boi się rozpleść kucyka). INBETWEEN DAYS – rozpoczął się dość ostro, a publiczność bawiła się już na całego. Nareszcie słychać piękne partie organów Rogera (20 sekund dla keybordzisty, który jednak chwilę potem krzywi się i coś mu nie pasuje). Perremu przez chwilę nie działa gitara. Na ścianach i suficie hali kręcą się świetlne ślimaczki i zaczynam znów żałować, że nie widzę wszystkich wyświetlanych obrazków na scenie. Dawno nie słuchałem SIAMESE TWINS, więc miałem lekkie problemy z rozpoznaniem tego utworu. Z pod perkusji rozbłysły białe światła, Roger nie miał nic do roboty toteż wziął talerzyki czy coś i klepie, a za chwilę ostro sobie ziewnął (dla niego już mógłby się ten koncert skończyć!) Jest to jeden z wielu utworów The Cure w którym bas jest najważniejszy i nie wyobrażam sobie co by było gdyby w tym momencie nawalił. Simon oczywiście zagrał jak się należy. Słyszałem oraz widziałem po reakcjach, że dobrze zagrali ten utwór. J znów zmiana klimatu PRAYERS FOR RAIN. Na tle sceny widziałem po części jakieś deszczowe klimaty i generalnie to był bardzo „mokry” utwór. Robert wziął gitarę, zagrał solówkę i od razu słychać było, że to on gra ! Kolej na 100 YEARS przy którym zapaliły się ostre białe światła – zrobiło to na mnie wrażenie. Na scenie duży ruch, a dźwięki wydobywające się z głośników przypominały mi huk prosto z huty stali albo z jakiejś kopalni.

END – cholera wiem, że do końca już coraz bliżej. Robert odłożył gitarę i chyba chciał skupić się na śpiewaniu i podobnie jak ja zatyka ucho. W jednej chwili stwierdziłem, że naprawdę koncert w Łodzi jest bardziej drapieżny niż w Katowicach. Robert śpiewa „…stop loving me..”

To chyba skierowane jest do publiczności (taka chwila samokrytyki) ale ona jednak kocha bezgranicznie. Prawie rozwścieczony bierze gitarę i wydobywa z niej najgorsze dźwięki – gitara chyba go za to nie kocha. Następnie palący 39 i od razu zwróciłem uwagę, że tekst i melodia idzie w parze ze światłami i tłem (gorąca lawa). Scena wyglądała jakby płonęła. Zagrali ten utwór ostro – bo taki przecież jest 39. Gdy usłyszałem początek BLOODFLOWERS wiedziałem, że to już koniec chociażby I części koncertu i natychmiast zrobiło mi się smutno i zdałem sobie sprawę, że nie usłyszę już tych 17 zagranych utworów. Każdy z osobna zamykał dla mnie jakąś małą część tego koncertu. W tym ostatnim utworze najważniejsza jest perkusja, delikatna solówka no i oczywiście szalejąca gitara Perrego (w sumie to ten muzyk gra wiele kluczowych riffów w utworach). Przed samą sceną ktoś z publiczności trzymał w dłoni dużego kwiatka – oczywiście czerwonego. Od razu pomyślałem, o Katowicach i rzuconej piłeczce w momencie gdy Robert coś chciał powiedzieć na zakończenie koncertu stojąc samotnie na scenie. Może duży czerwony kwiat to przeprosiny za piłeczkę ? Robert podniósł kwiatek ze sceny i chyba zadowolony i pomachał nim na pożegnanie. Światła zgasły, na scenie techniczni ale wiedzieliśmy, że zaraz znów zagrają i … zagrali. W tym momencie rozczarowałem się THERE IS NO IF… ale w wersji PUFF DADDY. Pełen automat perkusyjny no i ten fatalny podkład – to chyba drugi najgorszy utwór tego koncertu. Tak więc bisy zaczęły się od zdecydowanej wpadki. Następny utwór szybko pozwolił mi zapomnieć o tym co przed chwilą jeszcze brzmiało w Łodzi. TRUST. Pięknie zagrany a organy nareszcie na pierwszym planie (zadowolony Roger). Robert spokojnie brzdąkał na gitarze, a Perry po raz pierwszy odłożył gitarę i podszedł do organów do lekko tym wszystkim ożywionego Rogera. Fani zapalili zapalniczki. Trust to taki prosty utwór, ale jakże piękny i emocjonalny – co tu kryć moje oczy zrobiły się po raz pierwszy mokre. Kolejny utwór PLAINSONG spełnił moje drugie życzenie (złota rybka) w jednej chwili wróciłem do Spodka, gdzie rozpoczęli tym utworem i po raz pierwszy w życiu zobaczyłem The Cure i oszalałem. Tam miałem chyba lepsze miejsce (naprzeciwko sceny) i wszystko dobrze widziałem. W Łodzi mieli lekkie problemy z tym utworem i ciągle spoglądali na siebie. Znów ogarnęły mną niepowstrzymane emocje – kilka łez. Robert ruszył w obchód po scenie, a sposób w jaki spoufala się z publicznością zawsze mnie rozczula. Smith jest trochę spięty (chyba za mało wypił) i ostrożnie trochę niepewnie macha ręką w kierunku różnych części hali. Zachowuje się trochę jakby dopiero co zorientował się ile jest ludzi ! Pod koniec utworu odwrócił się i chyba otarł łzy ze wzruszenia i przygotował się do DISINTEGRATION. Kawałek ten zaśpiewał chyba najlepiej jak potrafi – jest to jeden z najtrudniejszych utworów do zaśpiewania. Za szybko jak dla mnie się skończył albo po prostu chciałem słuchać go bez końca. Czas na koncercie jakby coraz szybciej i szybciej biegł. Nagle „wygasły wszystkie instrumenty” – i pomyślałem, że mógłby to być koniec. Publiczność zaczęła dopominać się powrotu (potężna wrzawa 7 tysięcy gardeł oraz tupanie). Musieli wyjść. Najbardziej rozochocony był Simon, który wypił już pewnie z 3-4 piwka i dopiero poczuł klimat, aż rwie się do „jednoosobowego cure pogo”. Za to Roger chyba chciałby już być w hotelu i Robert wymownym spojrzeniem wręcz musiał go poprosić aby w ogóle zechciał jeszcze coś tego wieczoru zagrać. M to jeden z utworów, który kiedyś umiałem grać na gitarze, oparty na czterech chwytach. Robert grał go oczywiście na wspaniałej czarnej gitarze akustycznej wartej pewnie 30 razy więcej niż moja. Utwór PLAY FOR TODAY ze swoją maksymą ”nie o to chodzi, aby robić to co należy, tylko to co czuje się liczy” jakby zupełnie uciekł mojej uwadze i nic charakterystycznego nie zauważyłem. Zagrali go precyzyjnie i może gitara basowa wyróżniała się na plus. Ostatnie trzy utwory długo pozostaną mi w pamięci no może poza tym pierwszym JUST LIKE HEAVEN, który słyszałem już raz na koncercie i jak zwykle przy nim cała sala jeszcze jeden chyba już ostatni raz oszalała. Mi ten utwór kojarzy się z wieloma imprezami urodzinowo-imieninowymi (np. 18-nastka). Przedostatni utwór to już był szok – A FOREST z leśnym tłem „…nagle przystaje, lecz wiem, że za późno zgubiłem się w lesie jestem całkiem sam.” Robert naprawdę wygląda jakby się zgubił. No i oczywiście zakończyli utworem FAITH, no ale spieprzył się mikrofon, drugi niewiele zmienił i trochę czuje niedosyt ale widać było, że Smith bardzo chciał go zaśpiewać i może nawet wcisnął by jakiś improwizowany tekst ale trudno i tak bardzo lubię ten utwór. Ukłonił się skromnie, pomachał i niepewnie odwracając się jeszcze dwa razy zszedł ze sceny. „Odszedłem samotny, nic nie zostało oprócz wiary”. Koncert w Łodzi przeszedł do historii i odbił się na trwale w mojej pamięci jako ten drugi równorzędny, trochę z lepszym zestawem utworów, lecz gorszym jak dla mnie nagłośnieniem (złe miejsce), lepsza widocznością itd… Nieważne. Moja złota rybka nie spełniła ostatniego życzenia czyli PICTURES OF YOU i czuje lekki niedosyt … ale może spełni inne życzenie np. trzeci koncert w Polsce, chociaż Robert mówił, że to ostatnia taka trasa. „ to marzenie ma swój kres, powiedziałem to uczucie już przemija nadchodzi moment rozstania …pozwolę zwiędnąć kwiatom w kolorze krwi.”

Waldek Prusinowski z Poznania

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone