Łódź, Ósmy Grzech 11.11.2000

11 listopada dość niespodziewanie odbyło się kolejne Cureparty, tym razem w Łodzi. Impreza miała miejsce w znanym z rockowych klimatów klubie „Ósmy grzech”. Była jednak słabo i zbyt późno reklamowana, tak więc prawdziwych fanów „Kjurów” nie było zbyt wielu. Osobiście spotkałem tylko 1 osobę, która miała koszulkę z napisem „The Cure”… Ogólnie frekwencja była jednak duża (około 60 osób).

Co do samej imprezy to składała się ona z dwóch części – najpierw wystąpiły dwa zespoły rockowe, a potem z głośników popłynęła muzyka z płyt (oczywiście Smitha i spółki). Co do części koncertowej to jako pierwszy (z godzinnym opóźnieniem) wystąpił zespół Melissa, grający głównie swoją muzykę – w klimatach „około-kjurowych”.

Niewątpliwą zaletą tego występu było to, iż kapela zagrała 3 covery naszych, a zapewne i swoich, ulubieńców. Były to: „Just Like Heaven” -niestety skrócona wersja , która to otworzyła i zakończyła występ (był bis), potem „Lullaby” – niestety znów skrócone i z minimalną aranżacją (ale co można zrobić, gdy ma się w zespole tylko jedną gitarę, bas, wokal i perkusję?) oraz „A Forest”. I tu spotkało mnie zaskoczenie (pomijając znów skrócenie piosenki), gdyż utwór został zagrany bardzo dobrze, z „powerem”, a do tego solówka była bliska oryginałowi – co ucieszyło mnie szczególnie, gdyż bardzo lubię ten fragment utworu. Podsumowując: Melissie bardzo dużo brakuje do Cure’ów, ale samo „podjęcie tematu” oceniam dobrze. Ludzie się bawili, zespół się starał, więc nie ma co krytykować. A to, że wokalistki, wskutek złego nagłośnienia prawie nie było słychać, to zupełnie inna sprawa… Nad następnym zespołem nie będę się rozpisywał, gdyż miał z Cure’ami tyle wspólnego co …nic. Inny klimat, inna (choć nie najgorsza) muzyka – dobre na party ale nie na Cureparty… Po atrakcjach koncertowych rozpoczęła się zabawa do rana przy muzyce z płyt The Cure. Myślę, że udana.

Ogólnie więc, party udało się, choć brakowało typowych dla tego typu imprez atrakcji – mam na myśli konkursy, a także występ „rasowego” coverowego zespołu. Jako duży plus zaliczyłbym natomiast to, że wstęp na party był darmowy (!!!). A więc można (jak się chce i umie) ograniczyć koszty organizowania Cure’owej imprezy do minimum…
Klimat jak to zwykle na Cure Party bywa, był niepowtarzalny, tak jak niepowtarzalna i niesamowita jest muzyka The Cure. Do zobaczenia więc na kolejnej tego typu imprezie.

autor: MarkOz

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone