Londyn, Wembley Arena, 20.03.2008

Jeśli istnieje połączenia The Cure + Londyn, to filologa (już prawie, prawie) angielskiego w postaci mnie nie może tam zabraknąć z powodu absolutnego ześwirowania na punkcie obu wymienionych… Wiec najpierw racjonalne myślenie i przeliczanie… nie, nie jadę… byłam na jednym koncercie… to wystarczy… wszyscy przecież czasem wmawiamy sobie głupoty.

Az któregoś dnia newsletter od British Airways w skrzynce, przeznaczenie, znak, nie może być inaczej! Jadę! Kiedyś w końcu trzeba zacząć spełniać te marzenia! Wiec będzie: Oxford, Bath, Stonehenge, Warwick, Stratford… Ale nim to…

Pobudka o 4 rano, samolot o 7:30, już chwile później jestem w moim ulubionym kraju. Jeszcze kilka godzin oczekiwania na check In w hotelu, ale myśli krążą już wokół Wembley… W Londynie chyba jakiś huragan, docieram do Wembley Arena z fryzurą a la Robert chociaż nie był to efekt planowany. Na wejściu kasują mi aparat… było za zimno, nie zdjęłam swetra żeby go przykryć. Cóż, trudno, z jednej strony żałuję, chciałam mieć zdjęcia, z drugiej, ostatnio coraz mniej fotografuję, a coraz bardziej skupiam się na tym co widzę i słyszę… i chyba w gruncie rzeczy nie zdarzyła się żadna tragedia. Organizacja świetna, więcej ludzi, niż w Warszawie, a prawie bez kolejek do szatni. Stoję kilka metrów od sceny, obok Polacy, z tylu Polacy… chyba była nas tam całkiem spora reprezentacja. Minutę przed rozpoczęciem robię zdjęcie publiczności.

„sometimes you make me feel like i’m living at
the edge of the world like i’m living at the edge
of the world „it’s just the way i smile” you said”

I niestety, miało się obyć bez łez, histerii i różnych tym podobnych, ale nie dało się. Wystarczyło Intro przed Plainsong i łzy kapały mi po policzkach. Już zwariowałam czy to jeszcze przede mną To jest chyba to, co nazywam Sztuką… Na krawędzi jak wilk stepowy, kiedyś myślałam, że tak właśnie trzeba. Światła, panowie już na scenie, wejście gitary i perkusji, jest już po mnie… Nastrój się nie zmienia, Prayers for rain i A Strange Day „killing time again”? Zupełnie nie, każda godzina jest cenna, już wiem i nie pozwolę żadnej się zmarnować…

„And it’s not about giving up on you
It’s not a case of do or die
It’s simply that it’s over and out for me”

Lubie piosenki niemalże wykrzyczane przez Roberta, nieco agresywne… alt.end jest dosłowne I dosadne, może nie jak The Kiss, ale ma jasne przesłanie. Imponuje mi to, że jest w stanie napisać teksty o rzeczach najnormalniejszych, najzwyklejszych, tych, które spotykają każdego z nas w taki sposób, że nie brzmi to banalnie, głupio, ani zbyt dosłownie. alt.end takie właśnie jest. Kiedyś nie lubiłam tej piosenki, teraz jest jedną z moich ulubionych.

„Say goodbye on a night like this
If it’s the last thing we ever do”

A night like this. Fantastyczna piosenka. Szkoda, że zagrana jakby trochę wolniej, niż w Warszawie. To utwór, którego mogłabym słuchać codziennie, bez przerwy. Wyzwala radość, uśmiech, nadzieje, daje potężnego energetycznego „kopa”. I w końcu nie stoję wbita w parkiet tylko skaczę jak szalona ku średniemu zadowoleniu kilku osób dookoła. Trudno. Chyba zupełnie mnie to nie interesuje. Jestem tak niemożliwie szczęśliwa, że tam jestem, że grają znów tę piosenkę, że ich odkryłam, że przede mną jeszcze kilka godzin tej radości…

„You want me to cry and play my part
I want you to sigh and fall apart
We want this like everyone else”

The end of the world, przez wielu niezbyt lubiany na koncercie wypada świetnie, a śpiewa go już duuuża część osób będących na sali. Znowu sama do siebie się uśmiecham, w piosence, która uważana jest za radosną (!!!) Robert pisze o tak gorzkich rzeczach i w końcu uniewinnia tych, którzy balansują gdzieś między miłością a nienawiścią, nim wyleczy ich czas.

„However far away I will always love you
However long I stay I will always love you
Whatever words I say I will always love you
I will always love you”

Pierwsze takty Lovesong I chyba znów muszę mieć obłęd w oczach, dobrze, że jest ciemno I najpewniej nikogo to nie interesuje. Najpiękniejsza, najcudowniej zaśpiewana piosenka o miłości, jaka znam… (razem ze „Stąpając po niepewnym gruncie” Pidżamy Porno, nie mogę nie dodać). To pewnie typowo kobieca reakcja, zaraz ktoś powie Wcale nie jest mi z tym źle… W tej piosence jest wszystko, co chciałabym usłyszeć w piosence na temat m… Czasem mówimy różne rzeczy… a i tak to, co mówimy, liczy się najmniej…

„all i wish
is gone away”

Trudno mi pisać o tej piosence. Przepiękna perkusja Jasona… Spokój… Już bez miliona myśli, to czego pragnę, jeszcze przyjdzie…

„The further we go
And older we grow
The more we know …
The less we show …”

Kilka fantastycznych minut z Primary. Na każdym koncercie odkrywam dla siebie jakiś nowy utwór. Ten odkryłam w Warszawie miesiąc wcześniej, tym bardziej wiec ciesze się, że słyszę go znowu. Mało optymistyczne przesłanie, bas Simona… Ale czy tak właśnie nie jest? Już dziadek William Blake o tym pisał…

„You hit me again
You howl and hit me again
The same sharp pain
Wakes me in the dark”

W końcu troszeczkę mocniej, agresywniej. Świetna projekcja za The Cure… niby nic, a wpasowuje się w klimat… Gardło już dość mocno zdarte, ale śpiewam dalej.

„but whatever i do
it’s never enough
it’s never enough”

Tempo utrzymane. Widać, że Robert bardzo dobrze się bawi podczas tego koncertu. To samo można powiedzieć o publiczności.

„Sunk deep in the night
I sink in the night
Standing alone underneath the sky
I feel the chill of ice”

Nigdy nie mam dość tej piosenki… Te jakby brudne dźwięki gitar… Potężny dźwięk… Niesamowity tekst. Znów żałuję, że nie usłyszę Cold… W Royal Albert Hall w 2006 podczas At night wyświetlana była niesamowita projekcja, która jeszcze bardziej wprowadzała nas w klimat. Tym razem jest bardziej oszczędnie. Czy potrzebuję czegokolwiek poza ich muzyką i głosem Roberta…? Nie… Wiem, bo zamykam oczy i odpływam… Nie potrzebuję więcej.

„You’ll fall in love with somebody else
Again tonight”

M było pierwszą piosenką The Cure, która mi się spodobała. Długo nie mogłam przekonać się do The Cure, czego teraz sama nie rozumiem. Kiedy słyszę pierwsze dźwięki znów zupełne szaleństwo… Ta piosenka wydaje mi się trochę inna, niż wszystkie inne The Cure. Bardzo akustyczna (to moje odczucie, subiektywne). Do czego by nie odnieść cytatu, jest prawdziwy. Żałosny to fakt, ale fakt.

„The girl was never there
it’s always the same
I’m running towards nothing
again and again and again”

Oto jak można napisać o szukaniu czegoś, czego nigdy nie znajdziemy… Dreszcze… Ciarki… Uwielbiam to uczucie, kiedy wszyscy na sali wiemy co mamy robią w jednym momencie wszyscy zaczynają klaskać… Na koniec same gitary… solówka… i koniec… OBŁĘD!!!

„This is a freak show…

Zostaję fanką numer jeden tego utworu. Jest zakręcono-wykręcony, jest po prostu świetny, zupełnie inny, zupełnie fantastyczny! Głos Roberta, sposób wyśpiewania tekstu, muzyka… panowie zaczynają się nią mocno bawić, podoba mi się to jak diabli… Robert już w trakcie swoich wędrówek po scenie i kokietowania publiczności, które dziś jest równie intensywne jak w Warszawie, a nawet bardziej intensywne. Nigdy nie widziałam nikogo, kto robi to w podobny sposób, z taką… gracją ;-)))
On nie robi nic, wychodzi do przodu, patrzy w wybrane miejsce na widowni i wszyscy szaleją… I jeszcze ten uśmiech.

„So why? Why can’t I be you?”

Ciąg dalszy radosnego grania, kto czekał na rów mariański musi być zawiedziony… a ja szaleję z radości, Robert na scenie raz tu raz tam, uśmiechnięty, widownia w amoku… Totalne szaleństwo!

„You’re jumping someone else’s train…’/’Grinding halt'”

Nie zwalniamy tempa. Panowie ocierają już pot ręcznikami, Robert pokazuje nam język bynajmniej nie dlatego, że jest złośliwy, tylko raczej zmęczony. Ludzie w końcu tańczą, i na płycie i na trybunach, świetny, niezapomniany widok.

„Standing on the beach
With a gun in my hand
Staring at the sea
Staring at the sand”

Co za kuluminacja. Tempo coraz szybsze, a przecież wszyscy już wiemy, że niestety zbliżamy się do końca… Nie myślę o tym. Fantastyczna perkusja, fantastyczne gitary, mocny utwór, mocno zagrany, śpiewają już wszyscy. Bardzo podoba mi się taki układ koncertu, zaczynamy spokojnie, kończymy w amoku… choć pozostaje chyba większy niedosyt, niż zwykle (to możliwe?), ostatnie wrażenie jest piorunujące…

Nikt nigdy nie sprawił, żeby ot tak łzy ciekły mi po twarzy ze wzruszenia… Powtórzę się, ale właśnie to nazywam sztuka. I tym sztuka różni się od człowieka. Kiedy usłyszałam „Intro” i Plainsong… To piękne, że muzyka potrafi wzbudzać w nas takie emocje. To piękne, że potrafimy tak przeżywać i,że ciągle nas to „rusza”. Miałam wielką nadzieję, że ten koncert będzie moim spełnionym marzeniem i wyłącznie muzyczną ucztą, bez wartości dodanych, bez zbędnych myśli, które oddalają mnie od TU i TERAZ. Dokładnie tak było.

AniaK

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone