Machina: Dzikie huśtawki nastrojów

Machina, czerwiec 1996.

The Cure są fenomenem na skalę światową. Przetrwali punka, nową falę, nowy romantyzm, epokę disco, grunge i jungle, i wciąż są jednym z najpopularniejszych zespołów na świecie.

Przedostatni album Wish (1992r.) był najpopularniejszym w karierze grupy (trzymilionowy nakład) – stał się Nr. 1 w Wielkiej Brytanii i Nr. 2 w USA. W przyszłym roku zespół obchodzić będzie dwudziestolecie istnienia. W tym czasie przez The Cure przewinęło się ponad 15 muzyków, ale jedynym grającym od samego początku jest Robert Smith, mózg grupy. Jest nie tylko wokalistą, tekściarzem, kompozytorem, ale i biznesmenem, niezwykle czujnie i z dużym polotem pilnujący wraz z menedżerem grupy Chrisem Parrym interesów The Cure. W kwietniu ukończył 37 lat.

Dla dziennikarza Smith jest trudnym partnerem. Potrafi bowiem wpuszczać żurnalistów „w maliny”. Niedawno jednej z japońskich dziennikarek zupełnie na poważnie powiedzial o swojej hodowli… mlecznych krów. Uwierzyła. Po ostatniej wpadce z Lou Reedem leciałem do Anglii na glinianych nogach. Na szczęście, pierwsze spotkanie dziennikarzem z Polski Robert potraktował poważnie i chętnie udzielał wyczerpujących, choc momentami rozwlekłych odpowiedzi. Smith gdy jest w odpowiednim humorze lubi mówic.

Możliwe, że na jego otwartość wpłynęło otoczenie, w jakim spędził kilkanaście ostatnich miesięcy. Wywiad odbył się bowiem nie w hotelu czy siedzibie wytwórni płytowej, do czego byłem przyzwyczajony rozmawiając wczesniej z innymi gwiazdami, lecz w miejscu powstawania pierwszej od czterech lat studyjnej płyty The Cure. Nie było to jednak typowe studio nagraniowe. Na czas realizowania Wild Moon Swings zespół wynajął zabytkowy wiejski dom o 35 pokojach, położony nie opodal miejscowości Bath, założonej jeszcze przez Rzymian. Jego właścicielką jest znana angielska aktorka Jane „Doktor Quinn” Seymour, ale zbudowany został jeszcze przez króla Henryka VIII dla jednej z córek. „Czasem w nocy przychodzą duchy” – powiedział mi, podczas oczekiwania na wywiad, klawiszowiec Roger O’Donnel dodal – „Nie żartuję, nie jestem jakimś pieprzonym mistykiem, ale zapewniam cię, że kilkakrotnie nawiązałem z nimi kontakt. Ciekawe, że absolutnie się nie bałem. One opiekują się domem i chyba nas zaakceptowały, bo pracowało nam się wyśmienicie.” Nota bene pseudonim aktorski Jane Seymour to nazwisko jednej z żon Henryka VIII.

Po dwóch godzinach siedzenia przy kominku udałem – się do przepięknej, wyłożonej rzeźbionym drewnem sali, w której na jednej ze ścian wisiał stary wypłowiały gobelin. Wokół poustawiane były dziesiątki gitar, perkusja, zestaw instrumentów klawiszowych i komputery. Siedliśmy na poduchach.

„Nie chcieliśmy już płacić komuś za studio i sprzęt. Zdecydowaliśmy się po prostu kupić własne graty, wynająć dom i mieszkać w nim przez czas nagrywania płyty – co trwało w sumie rok – wspomina teraz Smith. Czy zaprzyjaźnili się z właścicielką? Nie. Oczekując na urodzenie bliźniaków, Seymour przyjechała do swojego domu raz, na Boże Narodzenie, ale z muzykami się nie widziała. Zostawiła nam jedynie kwiaty” – stwierdził, śmiejąc się, Smith.

Ostatnio z obozu The Cure docierały do nas dość dziwne wieści. Najpierw odszedł długoletni gitarzysta Por Thompson (nota bene szwagier Smitha), który miał dość zamkniętej – jak twierdził – formuły zespołu. Wkrótce objawił się ostrzyżony niemal na zero, w buddyjskich szatach, jako członek grupy wspomagającej duet Jimmy Page – Robert Plant. Niedługo potem Lol Tolhurst, były muzyk The Cure, wstąpił na drogę sądową. Twierdził, że kontrakt z zespołem zawarty w 1986 r. był dla niego niesprawiedliwy. Domagał się wielomilionowego odszkodowania, ale sprawę przegrał. Jakby kłopotów było mało, miesiąc po szczęśliwym dla Smitha werdykcie sądowym odszedł perkusista Boris Williams – oficjalnie, by poświęcić się rodzinie, nieoficjalnie mówiło się, że został wyrzucony.

„W momencie gdy odszedł Boris, byliśmy już w trakcie nagrywania płyty. Musieliśmy więc wszystko przemyśleć raz jeszcze. Bo nie chodziło tylko o znalezienie perkusisty, ale członka The Cure. Kogoś, z kim można żyć i porozumiewać się. To zasadnicza różnica. Boris był wyjątkowym pałkerem. Chcieliśmy mieć kogoś równie dobrego. Nie mogłem dopuścić do sytuacji, kiedy podczas koncertu ktoś na widowni słuchając naszych starszych utworów powiedziałby, że coś tu nie brzmi. Musieliśmy więc znaleźć kogoś bardzo dobrego technicznie. W przeszłości nigdy nie zastanawialiśmy się nad tym, że ktoś z nas źle gra. To nie miało znaczenia, bowiem wiedzieliśmy, że z biegiem czasu się nauczy.

W czasie świąt Bożego Narodzenia przez ten dom przewinęło się siedmiu perkusistów. I prawdopodobnie pięciu z nich mogłoby zagrać na nowym albumie: Ronald Austin z G-od Machine, Mark Price, który grał w Ali About Eve… Ostatecznie jednak zdecydowaliśmy się na Jasona Coopera, bowiem było w nim coś szczególnego. Jest ‚ od nas 7 lat młodszy, a do tej pory niemal wszyscy członkowie The Cure byli w tym samym mniej więcej wieku. To zmieniło grupę. Jej wewnętrzna dynamika jest obecnie zupełnie inna, znacznie lepsza… ł choć grupa grała w stabilnym składzie od roku 1984 do 1992 -jej jądro tworzyłem ja, Simon, Por i Boris – to dochodziło między nami do wielu napięć. Nie czuję, by tak było dzisiaj, przynajmniej nie w ten sam sposób. Nie muszę się już obawiać o łatanie każdego pęknięcia, o to, co się dzieje w zespole. Choć jestem pewien, że to się w ciągu roku zmieni – kończy nieco sarkastycznie.”

Niespodziewanie w szeregi grupy powrócił wspomniany wcześniej klawiszowiec Roger O’Donnel, który uczesniczył m.in. w nagrywaniu płyty Disintegration (1989 r). „Roger był z nami przez 3 lata i potem odszedł, by teraz powrócić. To zdarza się w The Cure.” Do pracy nad longplayem Wild Mood Swings zespół przystąpił więc znów w pięcioosobowym składzie. Mimo wszystko, czteroletnia przerwa między studyjnymi płytami wydaje się zbyt długa.

„Na tak długą przerwę wpłynęło odejście Borisa i sprawa sądowa z Lolem Tolhurstem, co przedłużyło pracę nad albumem o rok. Po raz pierwszy w naszej historii zdarzyło się, że zaczęliśmy nagrywanie, przerwaliśmy je, by powrócić do studia i zacząć ponownie. Przerwa pozwoliła mi na dopracowanie tekstów. Nie sądzę jednak, by był to zbyt długi okres. Nie wydaje mi się, by zbyt wiele osób wstrzymywało oddech, czekając na nowy album The Cure. Gdybyśmy po dwóch i pół roku wrócili ze słabą płytą, to byłoby dla mnie straszne.”

Jaka zatem miała być nowa płyta? (Rozmawia.liśmy 6 marca i wówczas nie znałem najnowszych nagrań.)

Składa się z czternastu bardzo różnych utworów. Dlatego też nazywa się Wild Mood Swings. W ciągu naszego życia często przechodzimy przez takie gwałtowne zmiany nastrojów. Jest na tej płycie chyba najbardziej pogodny utwór, jaki napisałem od lat – Mint Car. To jakby młodszy brat Friday I’m In Love. Album pierwotnie nazywał się Bare, czyli goły. Miało to oznaczać bardzo „gołe” brzmienie, bardzo proste, bardzo oczywiste, odarte z ozdobników. Tak się jednak nie stało, choć takie elementy znajdują się na płycie.”

W trakcie pracy nad albumem powstały dwa utwory wydane na ścieżkach dźwiękowych filmów opartych o komiksy, które są jednymi z ulubionych Smitha- The Crow (nagranie Burn) i Sędzia Dredd (przedziwny Dredd’s Song). Ponadto zespół „popełnił” swoją wersję słynnego Davida Bawiego – Young Americans, która jesienią pojawi a się na specjalnej płycie 104.9 – Album, wspierającej starania o otworzenie w Londynie radiostacji grającej wyłącznie muzykę alternatywną (spore udziały w tym przedsięwzięciu, zwanym X-FM, ma sam Smith i jego menedżer Chris Parry).

W twórczości The Cure teksty odgrywały równie ważną rolę, jak i sama muzyka. Robert Smith AD. 1996 jest już jednak nieco innym człowiekiem niż, powiedzmy, 10 lat temu. Musiały się więc zmienić i jego teksty Te na Wild Mood Swings są znacznie lżejsze, pogodniejsze, pokazują szczęśliwego, normalnego człowieka.

„W końcu zacząłem żyć normalnie i zobaczyłem różne sprawy w innej – niż dotychczas – perspektywie. W przeszłości pisałem osobiste teksty, bardziej skoncentrowane na mnie, pisane z mojego punktu widzenia. Tym razem starałem się wprowadzić elementy wspólne dla grupy ludzi tworzących The Cure. Dlatego też Wild Mood Swings to znacznie lepszy tytuł niż Bare. Był on zarezerwowany dla mojego wyimaginowanego solowego albumu, który wymyśliłem gdzieś w 1983 roku.”

Milczący do tej pory basista Simon Gallup niewątpliwie najbliższy od lat przyjaciel Smitha, nareszcie się odzywa: „Mimo, iż jestem dość blisko związany z Robertem, nie pytam go bezpośrednio o znaczenie poszczególnych tekstów, ponieważ robię to, co każdy – interpretuję je po swojemu. Zapewne nie raz odbieram je niezgodnie z intencjami Roberta…. – mówi. Smith błyskawicznie wtrąca: „…co zapewne uratowalo cie przed staniem się paranoikiem” Obaj wybuchają śmiechem.

Smith kontynuuje: „Już w czasie nagrywania demo staramy się nadawać utworom tytuły, co jest – jak uważam – bardzo głupim posunięciem, bowiem gdy przychodzi do pisania słów, gotowy jest już tytuł. Dlatego też później tekst utworu często nie ma nic wspólnego z jego tytułem. Trudno jest mi jednak przekonać innych, żeby utwór zmienił tytuł. To jest tak, jakby po długoletniej znajomości twój przyjaciel nagle zmienił imię. Tak więc często nasze utwory mają swoje oryginalne tytuły, jak np. Mint Car. To dobry przykład. To nagranie nie ma nic wspólnego ani z samochodami, ani z miętą.”

Natomiast na pytanie, czy istnieją tematy, których nie poruszą w swych tekstach, Robert odpowiada zupełnie poważnie: „Jest wiele problemów, które mnie niepokoją. Dotyczą globalnych spraw – politycznych, społecznych – o których jednak nigdy nie zaśpiewam. Byłoby to zbyt protekcjonalne i aroganckie. Agresja ludzka stanowi dla mnie problem, a przenoszona jest z pokolenia na pokolenie. Nie wydaje mi się jednak, że powinienem o tym śpiewać_ Sam bywam agresywny i trudno byłoby mi oderwać się od tego, co czasami jest również we mnie. Gdy o czymś śpiewam, muszę to dobrze znać, muszę to opisać, wnieść coś nowego, coś ważnego. Jeśli chodzi o wielkie sprawy, to nie potrafiłbym nawet zbliżyć się da nich. Musiałbym być Stingiem. Przepraszam…” – spostrzega, że chyba za dużo powiedział. Ale na proroka na pewno nie wygląda.

Na najnowszym singlu znalazł się przedziwny utwór The .13th, do którego teledysku nie robił już jednak wieloletni współpracownik grupy Tim Pope, ale kobieta – Sophie Miller, do tej pory mająca na swym koncie głównie współpracę z zespołem Hole. Dlaczego rozeszły się drogi The Cure i Pope’a?

„Doceniam to, co Tim zrobił dla nas – rozumiał nas i stworzył kilka naprawdę doskonałych, wspaniałych teledysków, które miały duży wkład w rozwój The Cure i w zdobycie popularności przez te utwory. Mieliśmy wiele szczęścia, bowiem znaleźliśmy kogoś, kto myślał w podobny sposób i potrafił nasze pomysły zrealizować. Wymyślić zwariowany pomysł nie jest trudno – trudniej jest go wytłumaczyć komuś, kto ma go realizować. Doszliśmy jednak do momentu, w którym to, co robiliśmy, było nazbyt przewidywalne. Obecnie Tim kręci w Los Angeles drugą część filmu The Crow. To jego pierwszy film fabularny.”

Gallup: „Nie każde wideo, jakie zrobiliśmy z Popem, było pierwszorzędne, nieprawdaż? Smith: Prawda. Tak naprawdę jedynym, a właściwie dwoma, które mu nie wyszły – z jego winy – byty teledyski do utworów Love Song i High. Z kolei Catch to była nasza wpadka, choć w sumie to miły klip, z jakimś pieprzonym kondomem wałęsającym się w tle.”

Robert James Smith urodzil się 21 kwietnia 1959 roku w Blackpool, choć dziecinstwo spędził w Crawey, malym miasteczku położonym w hrabstwie Surrey. Nadał chętnie tam wraca, a niedaleko domu rodziców zbudował własny, gdzie w towarzystwie żony Mary którą poznał, gdy mial 14 lat, spędza większość wolnego czasu. Swój rodzinny dom odwiedza jednak często, ma tam nawet swój własny pokój, który wygląda dokładnie tak samo jak 10 lat temu, gdy go opuścił, przeprowadzajac się do Londynu.

„Moje łóżko wciąż tam jest, podobnie jak zdjęcia na ścianie – w ogóle wszystko jest tak samo. Gdy pojawiam się tam, mama. odkurza, mój pokój bardzo dokładnie i tam właśnie śpię. Sądzę, że jestem szczęściarzem, majac takie miejsce.”

Jako sześcioletni chłopiec, Robert pod wpływem starszego brata Richarda nauczył się grać na gitarze. Wkrótce odkrył muzyke. Jimiego Hendrixa. „Hendrix był – i jest nadal – moim ulubionym prawdziwym idolem, biorąc pod uwage samą muzykę. Znałem na pamięć słowa utworów z albumów Are You Experienced i Axis: Bold As Love. To Hendrix spowodował, ze nauczyłem się grać na gitarze, znalem każdy jego akord. Podobał mi się przy tym sposób, w jaki śpiewał. W jego nagraniach było to wszystko, co powinno być w muzyce -potęga i emocje.”

Swój pierwszy zespół nazwany Malice, grający, co ciekawe, muzykę folkową, Smith zalożył wraz ze szkolnymi przyjaciółmi w 1976 roku. Kilka miesięcy później przyjął on nazwe Easy Cure, ostatecznie zmienioną w 1978 na The Cure. W tym też czasie kształtowala się muzyczna osobowość Roberta.

„W połowie lat 70. – gdy bylem jeszcze nastolatkiem – bez wątpienia mial na mnie wpływ glam rock. Potem – pod koniec lat 70 gdy poznałem Simona – byt to punk, który wywarl na mnie wielki wpływ ze względu na społeczny wstrząs, jaki wywołał. Miałem wtedy 16-17 lat, punk przez krótki czas mial dużą siłę, która do mnie przemawiała i coś dla mnie znaczyła. Czułem się częścią czegoś, co zmieniało świat. To było naiwne. Lubilen wtedy Wire – grupę, która wywarła chyba największy wpływ na mnie. To był efekt tylko jednego koncertu, podczas którego gralismy przed Wire.”

Od początku dziennikarze mieli problemy z zaszufladkowaniem muzyki The Cure…

„Przez lata zaliczano nas do grona zespołów gotyckich. To dziwne, bo tylko na początku, kiedy jeszcze nie ukuto takiego określenia, mogliśmy uchodzić za taką. grupę. Nosiliśmy wtedy długie płaszcze. Gdy pojawił się ten termin, nie mieliśmy nic wspólnego z tym nurtem. Nasz wygląd spowodował, że uznano nas za zespół odpowiedzialny za pojawienie się tej okropnej muzyki zwanej też „cmentarną”. Nie mieliśmy z tym jednak nic wspólnego.”

W początkach lat 80. – w czasie stanu wojennego w Polsce – The Cure byli inspiracją dla silnego u nas nurtu muzyki zwanej cold wave (zimna fala). Stalo się tak głównie za sprawą wydanego w 1982 roku albumu Pornography, który blyskawicznie zyskał status kultowej płyty. Robert twierdzi, że była ona najważniejsza w dorobku The Cure do czasu, gdy nagrali Disintegration. Po chwili zastanowienia dodaje jednak: „W sumie album 17 Seconds był dla nas – jako grupy – ważniejszy, bowiem podczas pracy nad nim wszystko zrobiliśmy samodzielnie, ‚bez jakiejkolwiek pomocy czy wpływu z zewnątrz. Według mnie był to też pierwszy raz, gdy zrobiliśmy coś naprawdę dobrego. W czasie nagrywania Pornography prowadziliśmy między sobą wojnę, wydaliśmy też wojnę światu. Bez wątpienia był to ważny etap w naszej działalności, ale patrząc jednak z perespektywy czasu, to nie było wcale zabawne. To w sumie smutny okres.”

Małomówny i lekko jąkający się Gallup odzywa się po raz wtóry: „To było coś zupełnie innego od wszystkiego, co znaliśmy do tej pory. Jednak ta inność zamanifestowała swą obecność w niezbyt przyjemny sposób.” Smith dodaje jeszcze: „W tym czasie – a trwało to gdzieś z 18 miesięcy – doprowadzaliśmy się do stanu, którym staraliśmy się zobaczyć, dokąd nas to wszystko zawiedzie. Szczerze mówiąc większość tego czasu spędziłem nie zdając sobie sprawy z tego, co się wokół działo.”

Pomiędzy muzykami dochodziło do coraz częstszych konfliktów, Smith z Gallupem nie raz bili się po koncertach, alkohol i narkotyki stały się nieodłącznym elementem ich życia. W czerwcu 1982 r. odszedł wyniszczony psychicznie i fizycznie Gallup, a jesienią grupa stała się duetem Smith – Tol-hurst, który zaczął nagrywać jak najbardziej popowe numery. „Po Pornography zespół praktycznie się rozpadł. Moje drogi z Simonem rozeszły się nie widzieliśmy się przez półtora roku. Brakowalo mi go, mimo iż nadal byłem z Lolem, to on nie był moim najbliższym przyjacielem.” Wkrótce potem Smith zupełnie niespodziewanie znalazl się w składzie innej kultowej i popularnej grupy -Siouxsie & The Banshees. Twierdzi jednak, że nie była to ucieczka od samego siebie, choć przeżywał wówczas trudne chwile.

„Gdy po raz pierwszy spotkałem Stevena Severine ‚a, przypadliśmy sobie do gustu. Wiedział, co mnie trapi, a że nagrywali w tym czasie nowy album, po prostu spytał.’ „Dlaczego nie miałbyś zagrać z nami?”. Nie byłem najszczęśliwszy grąjąc w papowym duecie The Cure, nagrywającym Let’s Go To Bed czy The Walk. Przez półtora roku starałem się upomnieć o Simonie, musiałem jednak mieć co robić, z kimś rozmawiać i upijać się. Sam fakt grania w Siouxsie & The Banshees nie niał tu znaczenia – chciałem po prostu być w jakiejś grupie i robić to, co lubię. W tym czasie naprawdę lubiłem ich muzykę – była bardzo dobra, a na scenie Banshees również prezentowali się bardzo dobrze.” Uśmiechając się szyderczo dodaje jeszcze: „Zresztą, byli dobrzy, gdy z nimi grałem.”

Przyjaźń ze Stevena Severinem zaowocowala w 1993 roku powstaniem dość niezwykłego projektu a nazwie The Glove, określaego przez muzyków mianem psychodelicznego pastiszu.

„Na Pornography wyrzucilem z siebie wiele rzeczy Przez rok czułem jakbym był chory – wciąż i wciąż wypluwałem z siebie wnętrzności. Nagrywanie albumu Blue Sunshine – The Glove to był zupełnie inny narkotyk. Narkotyk szczęścia. Ten projekt był zresztą tylko pretekstem do wyrwania wytwórni Polydor pieniędzy, za które mogliśmy kontynuować beztroskie życie. Powiedziałem im, ze nagramy album, a oni dali nam dużą zaliczkę, którą wydaliśmy na inne rzeczy. Potem zdaliśmy sobie sprawę, że musimy jednak zrobić płytę i nagraliśmy ją w tydzień. Wyszła nam nieźle. To jeden z tych niedocenianych, niezrozumiałych longplayów. Kiedyś z pewnością zostanie doceniony.”

W tym samym 1983 roku The Cure niespodziewanie zagościli na listach przebojów z zupelnie nietypowymi dla siebie piosenkami The Walk, Love Cats – co spowodowało iz zespół narodził się na nowo. Sława grupy rosła z albumu na album. W czasie tournee Disintegration (`89 r.) ich koncerty w Europie zobaczyło ponad 360 tys. osób! Co ważniejsze The Cure stali się niezwykle popularni również w USA, co wykonawcom angielskin udaje się, wbrew pozorom, dość rzadko.

Smith w ciągu dnia zazwyczaj śpi, pracuje w nocy, w związku z czym swych kolegów z zespołu widuje tylko przez kilka godzin dziennie.

„Lubię iść spać o 7 rano i spać cały dzień, podczas gdy inni prowadzą w tym czasie normalne życie. Jeśli ktoś mnie jednak obudzi wylatuje z grupy” – twierdzi żartem.

W nocy pracowali zazwyczaj wielcy dyktatorzy, jak Hitler czy Stalin. Czy Smith jest nim także? Jak się z nim pracuje? Simon Gallup śmiejąc się odpowiada: „To nieco paranoiczne, ale często jesteśmy pytani, czy Robert jest dyktatorem. Nie, nie jest dyktatorem. Oczywiście, to on podejmuje ostateczne decyzje w sprawach związanych z tym, co robimy, ale to nie znaczy, że jest dyktatorem. Tak naprawdę łatwo się z nim pracuje i nie stoi nad nami z batem…„ Smith błyskawicznie dodaje w charakterystyczny dla siebie, żartobliwy sposób. „Ale powinienem. Czasami nie mogę go jednak znaleźć.”

Smith nie ma jednak w sobie nic z gwiazdora. Co więcej, pilnie strzeże prywatnej strony swego życia. Stroni od skandali, mieszka na prowincji z żoną Mary i kilkoma psami, prasa pisze o nim tylko wtedy, gdy ma się ukazać kolejny album The Cure. Jak sam twierdzi, to jego własny wybór i jeśt mu z tym dobrze.

„Nie współczuję ludziom, których każdy krok śledzi prasa. Najpierw sami wskakują w świat brukowców, zatrudniają rzecznika prasowego i uruchamiają machinę, która robi z nich osobę publiczną. Dopiero potem orientują się, że był to błąd, bowiem ich prywatność zostala naruszona. Musisz chcieć stać się sławnym, to nie dzieje się przypadkiem. My nigdy nie wykonaliśmy takiego kroku. Nadal stoimy nieco z boku. Na ostatnie 4 lata zniknęliśmy ludziom z oczu – i nie polegało to na tym, ze umieszczono nas w jakimś magazynie i odliczaliśmy tylko dni do powrotu. żyjemy w bardzo dziwnym swiecie, do którego należy choćby właśnie ten dom, w którym rozmawiamy, ale nadal nie mamy szoferów i służących.”

Po czym z uśmiechem dodaje: „Powinniśmy ich mieć, ale nie mamy. Przy nagrywaniu album Wild Mood Swings zespół zdecydował się na wykorzystanie w nagraniach wielu nietypowych dla siebie instrumentów – pojawia się więc hinduski sitar, brazylijski bęben cuica, a takle instrumenty smyczkowe, nagrane przez małą orkiestrę, które zastąpiły typowe brzmienie instrumentów klawiszowych. Na pierwszym singlu, The 13th, znalazła się np. kubańska sekcja dęta. Chcieliśmy wytworzyć atmosferę meksykańskiego klubu, ale udało nam się pozyskać jedynie Kubańczyków. Kazaliśmy im jednak grać tak źle, jak Meksykańczycy. Takiego nagrania nikt się po nas nie spodziewał. I o to chodzi w działalności The Cure. Gdy ludzie usłyszeli w radiu ten singel, zapewne zaczęli się zastanawiać: „Dlaczego ten numer jest na singlu? Przecież nie będzie popularny!” Dla nas nie ma znaczenia, jak zostanie przyjęty, jaki będzie miał wpływ na sprzedaż albumu i karierę zespołu. Na tym etapie nie jest to dla nas istotne. Robimy to, co chcemy. To dobra zabawa.”

Koncertowa promocja nowej płyty również przebiega nietypowo. W maju zespół zagrał raptem kilka razy w Anglii, po czym na czerwiec zaplanowano… przerwę. Smith – wielki fanatyk piłki nożnej – nie mógł przepuścić takiej okazji, jak mistrzostwa Europy. Chciał teraz uniknąć sytuacji sprzed lat, gdy w czasie mistrzostw świata – by mógł obejrzeć interesujący go mecz – koncerty The Cure rozpoczynały się nieraz ze sporym opóźnieniem lub kończyły bez bisów. W tym roku Smith w spokoju obejrzy wszystkie mecze i dopiero po zakończeniu rozgrywek, na początku lipca, w USA rozpocznie się światowe tournee The Swing Tour. Do Europy grupa zawita jesienią i… już po zakończeniu oficjalnego wywiadu Robert niespodziewanie dodaje: „Mam nadzieję, że zobaczymy się w Polsce.” Po chwili pyta: „Jaka jest różnica, jeśli chodzi o granie w Warszawie i w Gdańsku? Co radzisz – zagrać w obu, czy tylko w jednym z tych miast? Ostatecznie obaj z Gallupem zostają przekonani do pomysłu zagrania w… Krakowie. A ile jest z Warszawy do Krakowa?”

Gdy uzyskują odpowiedź, stwierdzają: „O, to żadna odległość.” Dopytują się jeszcze o Gdańsk, Solidarność… „A gdzie jest więcej fanów The Cure – w Kra-kowie czy w Warszawie?” Na to pytanie zabrakło jednak odpowiedzi.

Rozmawiał Grzegorz Brzozowicz; Opracował Tomasz Słoń.

Artykuł ukazał się w miesieczniku Machina w czerwcu 1996 roku.

Podziękowania dla Jarka za nadesłanie materiału.

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone