Madryt, La Riviera 27.03.2000

(Uwaga od tłumacza: Żałujemy bardzo, ale niestety nikt z nas nie był osobiście na tym koncercie. Ponieważ jednak był to pierwszy koncert Trasy Marzeń, do tego koncert z nieprawdopodobnym zestawem utworów, w dodatku prawdopodobnie wielu z nich możemy spodziewać w Łodzi, postanowiliśmy przetłumaczyć dla was jedną z relacji z tego koncertu. Mimo, że podejrzewam, że moje odczucia podczas niektórych utworów byłyby inne niż poniższe, jest to wciąż najlepsza relacja z jaką się spotkałem. Życzę galopującej wyobraźni podczas czytania…)

Ciężarówka The Cure dotarła do hali koncertowej La Riviera w Madrycie dzień przed koncertem wieczorem o 21.50. Byłem tam i rozmawiałem z pracownikiem technicznym zespołu. Powiedział mi, że zespół odbywał próby przed trasą w Londynie i że przylecą do Madrytu dzisiaj. Koncerty będą utrzymane w kolorach czerwonym i czarnym, natomiast na tylnej ścianie sceny pokazywane będą różnego rodzaju filmowe projekcje. Aczkolwiek La Riviera jest tylko dużym klubem, więc koncert w całej okazałości będzie można zobaczyć po raz pierwszy dopiero w Saragossie w odpowiednio dużej hali (29 marca). Mój kolega, który stał przed halą wcześniej zadzwonił do mnie z telefonu komórkowego mówiąc, że w czasie próby zespół wykonał już: Open, Play For Today, The Loudest Sound, Like Cockatoos, Play For Today, Where The Birds Always Sing i próba jeszcze trwa. W tym momencie Roberta nie było jeszcze w hali – powiedział.

Koncert.
Co za chwile! Dream Tour (Trasa Marzeń) naprawdę zasługuje na swoją nazwę. Od czego mógłbym zacząć? Całe popołudnie kręciłem się w okolicach hali i podsłuchiwałem próby instrumentów. Później poszedłem do domu (mieszkam niedaleko), zjadłem obiad i wróciłem około 19.00., akurat kiedy kończyła się właściwa próba zespołu. W środku hali porozmawiałem chwilę z pracownikiem obsługi zespołu, który potwierdził, że nie będzie żadnego zespołu wspomagającego w tej trasie (okazuje się jednak, że ma być taki zespół w części francuskiej touru – przyp. MH). O 21.20. zapaliły się światła na scenie i usłyszeliśmy muzykę. To było coś w stylu neoklasycznym z dużą ilością instrumentów smyczkowych, nic specjalnego, aczkolwiek temperatura w hali wzrosła o kilka stopni. Pięć minut później zgasły światła w hali a zespół wyszedł na scenę witany przez ogłuszające krzyki rozentuzjazmowanych Hiszpanów (jestem Niemcem, ale nie byłem mniej entuzjastyczny). Teraz opowiem może o każdej piosence po kolei:

Out Of This World. Miły początek. Muzyka nie była zbyt głośna, podgłaśniali ją stopniowo podczas kilku pierwszych utworów. Nagle zdałem sobie sprawę, że wzruszenie zaczyna wyciskać łzy z moich oczu.

Watching me fall. Nadal jako drugi utwór na koncercie (podobnie jak w części promocyjnej trasy – przyp. MH). Bardzo dobrze przyjęty przez publiczność. Super zagrany.

WANT. Uwielbiam ten utwór z powodów osobistych. Jedyny minus jest taki, że zespół nie był idealnie nagłośniony w tym utworze.

Fascination street. Publika szaleje. Trochę za wolno zagrany.

OPEN. Zabawa zaczęła się na całego. Do tej pory utwory były takie same jak podczas minitrasy promocyjnej (w lutym 2000 – przyp. MH). I nagle rozbrzmiały znajome dźwięki gitary TAPE (tak!!!). Natychmiast pomyślałem jak zagrają OPEN, który był oczywistą kontynuacją. I co? ROGER GRAŁ NA TRZECIEJ GITARZE!!! Było to trochę zabawne; widać, że nie jest specjalistą od tego instrumentu. Ale założę się, że ten kawałek będzie stałym elementem tegorocznych koncertów. Miał specjalnie dopasowane światła i był perfekcyjnie zagrany. Znaczy przećwiczyli go wcześniej bardzo dokładnie.

If only tonight we could sleep. Zagrany porządnie. Mimo, że nie grają go zbyt często, na prawie każdym koncercie Cure, na którym byłem, grali go również. Także nie byłem tak entuzjastyczny jak inni, ale mimo to była to najgenialniejsza wersja tego utworu jaką kiedykolwiek słyszałem, razem z koncertem w Londynie 1.6.96.

PLAINSONG (!!!). Nigdy w moich najśmielszych marzeniach… Ale trasa nosi przecież nazwę ‚The Dream Tour’. Robert chodzący powoli dokoła sceny. Wprawdzie bez dymów, ale ze specjalnym oświetleniem, także być może to też będzie standardowy utwór w czasie całej trasy. Bez dzwoneczków na początku. Najlepszy moment nastąpił gdy Robert po skończeniu śpiewania poszedł do tyłu sceny i podniósł swojego Jazzmastera kiedy inni jeszcze grali. Zrozumiałem, że później zagrają…

Pictures of you. Drugie marzenie spełnione podczas Trasy Marzeń. Dla osoby takiej jak ja, za młodej by uczestniczyć w trasie Prayer Tour i usłyszeć Plainsong i Pictures Of You zagrane razem to była prawdziwa uczta duchowa. Publiczność była pod wielkim wrażeniem a ja utwierdziłem się w przekonaniu, że Pictures Of You to mój ulubiony utwór Cure grany na żywo. Gdy wykonany jest perfekcyjnie jak wczoraj brzmi jak MORZE gitar obmywające twoją duszę.

Shake dog shake. Zapowiedziany przez Roberta po hiszpańsku (i trochę po włosku) jako „Una canzione muy antigua”. Bardzo agresywnie zagrany, czyli tak jak powinien być i w bardzo szybkim tempie. Dużo lepiej niż podczas trasy w 1998. W tym momencie zdałem sobie sprawę, że zespół zagrał praktycznie wszystkie utwory, które otwierały koncerty podczas ostatnich kilku tras – Shake Dog Shake, Plainsong, Want, Tape/Open… Super…

From the edge of the deep green sea. Gorąco przyjęty przez publiczność.

SINKING. Odniosłem wrażenie, że niewiele osób na sali znało ten utwór. Zagrany tak jak w ’98, czyli bardzo dobrze.

The Last Day Of Summer. Zapowiedziany przez Roberta jako „Una canzione nueva”. Zagrany jak na płycie.

MAYBE SOMEDAY. Publiczność zachwycona. Trochę za cicha gitara Perrego.

SIAMESE TWINS. Kiedy się zaczął, pomyślałem, że chyba cofnąłem się w czasie. Londyn 1989 był tak dawno temu… Zagrali go zajebiście!!! Bardzo dobrze przećwiczony, wspaniała perkusja, wspaniały wokal. Robert zakończył śpiewając „Is it always like this?” długo po tym jak zamilkły już instrumenty, a publiczność śpiewała razem z nim. Niesamowite.

PRAYERS FOR RAIN. Zagrane dość średnio. Musieli zacząć go jeszcze raz, bo gitara była źle nastrojona. Mógłby być wykonany lepiej.

ONE HUNDRED YEARS. Zagrany niesamowicie. Światła były jak sen pełen ognistej czerwieni. Publiczność oszalała.

END. Słabszy moment koncertu. Trochę niedopracowany. Bas nie był do końca czytelny, co miało duży wpływ na brzmienie utworu, który opiera się przecież na basowym riffie. Być może Simon nacisnął niewłaściwy efekt. Ta część koncertu była trochę przydługa dla wielu ludzi na koncercie. Nieskończony strumień ciężkich 7-minutowych gitarowych utworów. Osobiście nie miałbym nic przeciwko gdyby włożyli tutaj Just Like Heaven dla utrzymania rytmu. (ja wręcz przeciwnie! – przyp. MH)

39. Włożylem stopery do uszu, ponieważ zaczęło być zbyt głośno, także trudno mi się wypowiedzieć na temat tego utworu.

BLOODFLOWERS. Stopery wyjęte na moją ulubioną piosenkę z nowej płyty. Super.

Pierwszy bis zaczął się niespodziewanie od ALL CATS ARE GREY. To było zbyt piękne by było prawdziwe. Zagrany tylko na trzech instrumentach – basie, perkusji i gitarze. Także Perrego nie było w ogóle na scenie a Robert tylko śpiewał.

DROWNING MAN. Zapowiedziany przez Roberta jako jeden z jego ulubionych utworów. A mój ulubiony utwór The Cure na żywo. Perkusja była trochę inna niż podczas trasy ‚Swing Tour’, wmiksowali w brzmienie komputerowy automat perkusyjny, jak za starych dobrych czasów. Jason uderzał w bębny jeszcze długo po końcowych gitarach a publiczność klaskała w ich rytm.

FAITH. Pierwszy bis zawierający tylko utwory z „Faith” nie mógł inaczej się zakończyć. Podejrzewam, że usłyszymy ten utwór nie raz w czasie tej trasy, również miał specjalne światła i był bardzo dobrze przećwiczony przez zespół. Nie było improwizowanego tekstu ale za to było długie, niesamowite gitarowe solo pod koniec. Bez 6-strunowego basu, ale z niesamowitą gitarą. Osiem minut.

PLAY FOR TODAY. Kiedy powrócili drugi raz sala drżała w posadach. Publiczność śpiewała tak głośno do melodii klawiszy, że zespołu prawie nie było słychać. Na bootlegu z tego koncertu pewnie będzie to brzmiało dość zabawnie. Chłopaki z zespołu śmiali się do siebie i wyglądali na zadowolonych.

A FOREST. Ten utwór rozłożył wszystkich. Długie zakończenie z trochę śmieszną partią gitary. Robert dał całusa publiczności, powiedział „Perfecto!” i zszedł ze sceny uśmiechnięty.

Światła się zapaliły, ale wtedy zdarzyło się coś czego nie doświadczyłem na żadnym koncercie w swoim życiu. Publiczność w ogóle nie chciała wyjść z sali, po 2 godzinach i 40 minutach koncertu. Ani jedna osoba nie kierowała się w kierunku drzwi, każdy krzyczał przez ponad 10 MINUT!!! Niewiarygodne. Ale zespół już nie powrócił, mimo, że w jednym momencie wydawało mi się, że światła zgasną ponownie. Być może zespół skierował się bezpośrednio do Rolls-Royce’a, który pewnie czekał na nich przed halą. Jeden z najlepszych koncertów mojego życia. I najlepsza rzecz: Dzisiaj drugi koncert!!! Być może zagrają Boys Don’t Cry tu czy tam. Tak czy inaczej Trasa Marzeń naprawdę zasługuje na swoją nazwę!

CHRISTIAN (tłumaczenie MH)

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone