Magazyn Muzyczny: Dobra prezencja

Na poczatek krótka historia pewnej przyjazni. W 1975 roku dwaj szkolni koledzy – nazwijmy ich Lol i Bob – zalozyli rock’n’rollowa kapele pod nazwa The Cure. 15 lat i 8 milionów sprzedanych plyt pózniej Robert Smith oswiadczyl Laurencowi Tolhurstowi, ze jego czas w zespole dobiegl konca. Koniec historii.

Prawie. Lol postanowił bowiem dopisać jej własne zakonczenie. „Od szesnastego roku życia bylem zawodowym muzykiem i nie bardzo jestem w stanie wyobrazić sobie siebie robiącego cokolwiek innego. Być może mógłbym być znakomitym listonoszem, albo kimś takim, ale chyba już za późno, żeby tak diametralnie zmieniać branżę i zaczynać karierę od początku.”

Wkrótce po „wypisaniu” z The Cure Tolhurst został jednak… farmerem. No, może nie należy tego rozumieć zbyt dosłownie, ale prawda jest, że nabył on piękny, stary dom i 15 akrów ziemi (wraz ze stawami i masa rzeczka) w prowincji Devon. Jako że jest to prowincja typowo rolnicza („mieszka tu od cholery nieprzyzwoicie bogatych „wieśniaków” hodujących różne kudłate czworonogi i objeżdżających rozległe włości rolls-royce’ami” – mówi Lol) kupił sobie kilka kózek i koziołków, które wypasa na swoich malowniczych tekach – i od czasu do czasu jest nawet zapraszany na miejscowe rolnicze święta.

Głównym zakupem, jakiego świeżo upieczony właściciel ziemski dokonał wkrótce po przeprowadzce, było jednak kompletne wyposazenie nowoczesnego studia nagraniowego, które zostało błyskawicznie zainstalowane w jednym ze skrzydeł „mieszkanka”. Kilka miesięcy pozniej zaproszenie na „krótkie wakacje na wsi” dostali: wokalista Gary Biddies (dawny partner basisty The Cure Simona Gallupa w grupie Fools Dance), klawiszowlec Chris Youdell I bębniarz Alan Burgess. Po przyjeździe dowiedzieli się od gospodarza, że z wakacji nici, ponieważ.., właśnie zostali zaangażowani do pracy w zespole pod nazwa Presence i przystępują do pracy nad materiałem na debiutancki longplay.

Niebawem ukazał się singel In Wonder, który dla jednych byl prosta kontynuacja tego, co Tolhurst robił w The Cure, inni (np. recenzent tygodnika „Sounds”) widzieli w nim powiew świeżego wiatru rozwiewający stęchliznę i pajęczyny dławiące od dłuższego czasu muzykę jego dawnego zespołu. Jeszcze większe emocje rozbudził dance-mix tego utworu, który wywołał dość powszechne w takich przypadkach zarzuty o zdradę.

„Zdrada? To jakaś bzdura” – śmieje się Lol. „Kogo mielibyśmy zdradzać – siebie?! Robimy to, co lubimy robić i chcemy, żeby spodobało się jak największej liczbie ludzi. To chyba normalne. Wkurzają mnie takie zespoły jak Deep Purple, które co kilka lat ogłaszają szumny come back i… grają dokładnie to samo, co 25 lat temu. Wypada sobie uświadomić, że Presence to nie jakaś pieprzona mutacja The Cure, tylko zupełnie nowy zespól. Zresztą The Cure też nie jest (i nie będzie) już tym zespołem, który wszyscy pamiętamy… Ta kapela to przecież nie tylko Robert. Jeśli ktoś wstucha się w nasze kawałki, na pewno odkryje pewne elementy znane z płyt The Cure – i wiośnie tych elementów zabraknie na następnych albumach. Odeszły wraz ze mną. Jedni zarzucają nam komercjalizację, inni twierdzą znów, że nasza muzyka jest niemodna, bo teksty są za poważne. Za poważne dla kogo? To jakaś paranoja. Mam w dupie, czy coś jest modne, czy nie – ważniejsze chyba, czy to coś jest mądre, czy głupie, dobre czy złe. Osiągnąłem taki etap w życiu, że nie muszę nic robić na silę. Jeśli mam komuś coś do powiedzenia, mówię, jeśli nie – przepraszam idę na spacer. Nie będę pisał tekstów o podrywaniu panienek w dyskotekach, bo w okolicy, gdzie mieszkam, nie ma dyskotek. Ten temat mnie nie dotyczy. Staram się być szczery w tym, co robię. Pewnie, że miło siedzieć sobie w ogrodzie i pić kawę ze śmietanką, ale nie znaczy to, że cale życie jest tak mile. Zeszłego lata umarła moja córka… Nie mogę tak po prostu przejść nad tym do porządku dziennego. To zdarzenie za bardzo wstrząsnęło moją psychiką, żeby jego echa nie pojawiły się w mojej muzyce. I naprawdę nie obchodzi mnie, czy to jest modne, czy nie.”

Wygląda na to, że Lol nie zamierza się ścigać ze swoim dawnym pryncypalem i udowadniać na listach przebojów, kto jest lepszy. Wystarcza mu spokojne życie na wsi, dobry zespół i możliwość robienia tego, co lubi. A że nie lubi – jak powiedział – robić niczego na silę, możemy się chyba wkrótce spodziewać niezłych produkcji. Bo poza tym wszystkim Mr. Tolhurst bardzo starannie dba o dobrą prezencję…

ARKADIUSZ PRAGLOWSKI

PS. Cytaty pochodzą z wywiadu, jakiego Laurence Tolhurst udzielił tygodnikowi „New Musical Express”.

 

Artykuł pochodzi z miesiecznika Magazyn Muzyczny z lipca 1991r.
Podziękowania dla Peitera za jego nadesłanie.

 

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone