Marmur, głaz i lód

Przeznaczenie chadza róznymi drogami, tak naprawdę… najczęściej są to bezdroza. Robert Smith może cos na ten temat powiedzieć: – Cóż, byłem zwykłym łobuziakiem wykolejeńcem. Nie wiem, jakim cudem udalo mi się zdać maturę. Miałem szesnaście lat, nie zajmowałem się niczym – i w końcu o maly włos nie wylądowałem w więzieniu za wandalizm. To mnie ostudziło. Zrozumiałem, ze muszę poszukać innej drogi. Pewnego dnia wybraliśmy się z Laurencern na koncert THE STRANGLERS. Było wspaniale. Wtedy wpadliśmy na pomysł założenia zespołu… i oczywiście zrobiliśmy to. Nazwaliśmy się MALICE. Pierwszy koncert daliśmy w święta Bozego Narodzenia 1976 roku. To była katastrofa. Mój starszy brat, jeszcze jeden gitarzysta i ja znaliśmy w sumie ze cztery akordy. Naszym solistą był półgłówek, który z kartką w ręku wyśpiewywał swe idiotyczne teksty, bo nie chciało mu się nauczyć ich na pamięć. W swym żelaznym repertuarze mieliśmy trzy piosenki: „Suffragette City” Davida Bowie, jeden numer Hendrixa i jeden T.REX. Graliśmy koszmarnie. Kiedy Laurence zaczął na koniec śpiewać „Wild Thing”, ludzie mieli dość. Przypuścili szturm na scenę i pobili nas. Minęło pół roku nim pozwolono nam znów wystąpić w Crawley. Oczywiście pod inną nazwą THE EASY CURE. Tym razem poszło znacznie lepiej. Punk rockowa, agresywna muzyka wywołała szczery entuzjazm w kołach najbardziej ostrych i zakręconych punków – i razu też na pozycję numer jeden wywindował się w zespole Robert Smith. śpiewający swym melancholijnym i niepokojącym głosem o dręczącycn go obsesjach lękach.

W 1978 roku w składzie Michael Dempsey (bas), Laurence Tolhurst (gitara) Robert Smith (gitara i śpiew) zespół – już po nazwa THE CURE podpisał swój pierwszy kontrakt. Jak się okazało – zupełnie bezsensowny. Nie doszło nawet do jednego koncertu. W czerwcu tego samego roku podpisano więc drugi, z inną firmą – i wreszcie coś zaczęło się dziac. W styczniu 1979 roku ukazał się pierwszy singel THE CURE „Killing An Arab” Brzmiał ponuro i apatycznie – w kołach punkowych wywołał ekstazę. Ale – dodajmy – tylko tam. Depresyjna, męcząca, brudna muzyka o brutalnym, ostrym brzmieniu równie nieumiejętnie grana, wypełniała wówczas tysiące innycn angielskich klubów i piwnic – nie zwrócono więc na THE CURE większej uwagi. Jednak wydany w maju pierwszy album „Three Imaginary Boys” zmienil sytuacje. Kilkanascie prostych, ostrcyh i dynamicznych piosenek mialo w sobie sile. Bylo tez coś urzekającego w nastroju stworzonym przez Roberta i spólke, tak prostymi przeciez srodkami. Nagrany wkrótce singiel „Boys Don’t Cry” nie pozostawial juz watpliwosci, ze w angielskiej muzyce wydarzylo sie cos wyjatkowego.

Zespół wyrusza na trasa grając na koncertowa jako support dla SIOUXSIE AND THE BANSHEES. W czasie lego tournee rozpoczynają się tak charakterystyczne dla THE CURE – spowodowane podobno autorytatywnym i dyktatorskim stylem bycia Roberta – przepychanki personalne (pozniej doprogadzają one do tego, ze nawet sam Robert opuszcza zespól, przyjmując w SIOUXSIE posadę gitarzysty) Tymczasem z zespołu odchodzi Michael zastąpiony przez Simona Gallupa. Dokooptowanie do zespołu Mattnieu Hanleya jest jeszcze bardziej brzemienne w skutkach: gitarowe instrumentarium THE CURE zostaje wzbogacone o instrumenty klawiszowe. Keyboardy Matthieu nie mają jednak większego wpływu na brzmienie drugiego LP „Seventeen Seconds”. Robert, który na „Three” spiewal o swych młodzienczych niepokojach, tu obsesje swe doprowadza do zenitu. Daje wyraz swemu obrzydzeniu zarowno w stosunku do zycia, jak i smierci. Głosi jednak, ze chce umrzeć. W każdym razie jeszcze przed swoimi 25 urodzinami. Nastrój ten udziela się muzyce zaaranzowanej w sposób znacznie ciekawszy i bardziej profesjonalny raz poprzedni album. Nie da się ukryc – THE CURE rozwijają się. Wydany w kwietniu 1981 roku album „Faith” jest tego kolejnym dowodem, zaś opublikowany dokładnie rok później LP „Pornography” jest ukoronowaniem poszukiwań muzycznych zapisanych na wszystkich poprzednich płytach. Agresywna gwałtowna. lecz pelna zycia muzyka THE CURE na ,,Pornography” znajduje swoj najbardziej doskonały wyraz. Wydaje się, ze dalszy rozwój jest juz niemozliwy, ze punkt dojscia został juz osiągnięty. Męczaca, gęsta atmosfera pojawiająca się w muzyce THE CURE znajduje jednak swe odbicie w zyciu zespołu. Najpierw odcnodzi Mattnieu, zaś w czerwcu 1982 opuszcza grupę skłócony z Robertem Simon.

Robert i Lot zmuszeni są dalej pracować sami. Wymyślając we dwójkę coś, co jedni uznają za totalnego bzika, inni za magiczny moment w karierze zespołu. Datą przełomową jest listopad 1982 roku. Na rynku muzycznym pojawia się singel zatytułowany „The Love Cats” Przebojowy, taneczny wręcz kawałek „Love Cats” jest pierwszym przejawem zwrotu, jakiego Robert i Laurence dokonują od bezkompromisowego, ostrego punkowego, czy tez post-punkowego brzmienia. Takie melodie jak „Let’s Go to Bed” czy „The Walk” z konca 1982 i początku ’83 roku -dokonują reszty. Zagorzali fanowie THE CURE czuja się jednak zawiedzeni i oszukani. Częśc z nich oczywiście wyraza zgodę na rozwój zaproponowany przez Smitha zdecydowana nie opuszczac go. W 1984 roku ukazuje się kompilacyjny album „Japanese Whispers” – zawierający muzykę z ośmiu singli, jakie ukazały sie pomiędzy listopadem 1982 i ’83 roku. „Love Cats” to z pewnością nie byl numer „w stylu” THE CURE a jednak ta róznorodność brzmienia ma w sobie coś pociągającego – jak wszystko, co niesie niespodziankę – pobudza fantazję. Niezmienny jest tylko urok fascynującego, melancholijnego śpiewu Roberta i jego spokojnej, lecz niepokojącej, ostro jęczącej gitary.

Gdy kilka miesięcy później ukazuje się nowy, psychodeliczny album „The Top”, THE CURE grają znów w innym składzie, z Porlern Thompsonem (gt) i Cliffordem Andersonem. Potem nastepuje kolejna zmiana, do gry powraca pogodzony i skruszony – zdecydowany od dziś akceptowac bez zastrzezen kazde słowo Roberta – Simon Gailup a nowymm perkusistą zostaje Bons Williams – ex THOMPSON TWINS. W 1985 roku ukazuje sie kolejny album „The Head On The Door -jak wszystkie ostatnie dokonania THE CURE zaskakujący róznorodnością i melodyjnoscią. Mimo tych ewidentnych atrybutów gwarantujących sukces, Robert i koledzy nie mogą się nadziwić, że mając za sobą osiem udanych płyt – za prawdziwy sukces maga uznać dopiero ten album, czy wydany zaraz po nim singel „Inbetween Days”, które narobiły więcej szumu niz caly dotychczasowy dorobek razem wzięty. Nieslabnące od lat uwielbienie dla muzyki granej przez THE CURE jest oczywiście zasługą jej klasy i atrakcyjności, ale też w pewnej – dość istotnej mierze – osobowości Roberta Smitna wywołującej u fanów nabożne niemal uwielbienie. O sukcesie decyduje bowiem zarowno muzyka jak jej wykonanie, teksty i jedyny w swoim rodzaju „image”. Wszystko to razem tworzy całość niezwykle przekonującą. Spróbujmy ją odtworzyć. Na scenie stoi Robert z białą – wapienną twarzą. na której błyszczą tylko przeraźliwie czerwone usta i obrysowane czarną kreską przenikliwe, niebieskie oczy. Niczym kurtynę rozsuwa ze swej twarzy zasłone czarnych włosów spadających mu az na brode. Spiewa o scianach, które tańczą przed jego oczyma, podlodze, która ulatuje mu spod nóg. Samotny tanczy w chmarze obrzydliwego robactwa. Pozwól mi samemu umrzeć, – krzyczy budząc się jednoczesne z koszmarnego snu. Ubrany jest najczęsciej w czarny długi płaszcz, nieco przykrotkie spoonie: na piersi nosi wielki kapłański krzyz. Nigdy się nie śmieje. Na scenie stoi niemal nieruchomo. Jego cały show to osobliwe podskokoobroty robiące dziwaczne wrazenie. Robert zabrania takze poruszac się na scenie członkom zespołu. – Podskakiwanie na scenie jest potwornie staromodne. To głupie, ze jak ktos chce szczególnie ostro zagrać, musi zaraz wymachiwać rękami, głową i tyłkiem, chwiac się na scenie niczym wzburzony indor -twierdzi.

Nie jest tajemnicą, że Robert trzyma swych kolegów z zespołu niezwykle krótko, ingerując także w ich zycie prywatne. Także publiczność zgromadzona na koncertach THE CURE nie ma lekko. Robert nie rozpieszcza swych fanów. wykonując na koncercie gesty dezaprobaty i znużenia, gdy tylko fani zaczynają szalec i tańczyć. Ich pełne uwielbienia ryki napawają go odrazą. A mimo to, od lat „niekochane dzieci” obdarzają go uwielbieniem Jego głos „marmur, głaz i lód”, jego „psychogitara” – doprowadzają do ekstazy.

To się nazywa mieć osobowość! Laurence, przyjaciel Roberta, stwierdza. – „Robert moze sobie pozwolić na bardzo wiele i nikt nie ma mu tego za złe. Lubią go” To dziwne, ale szaleństwa i wariactwa Roberta Smitha pomnazają mu przyjaciół a nie wrogów. Mówią o nim: – „Jest jak strach na wróble, śmieje się najwyżej raz w roku i jest wciąż przeciw wszystkim. On jest naprawdę zwariowany – ale jest genialny!”

Jednym z mniej groznych bzików Roberta jest podobno jego namietnosc do snu. Zasypiach we wszystkich mozliwych – i niemozliwych – okolicznosciach; w taksówce, w restauracji przy jedzeniu, podczas rozmowy. Za to noca wykazuje nieprawdopodobna zywotnosc. Blaka sie po Londynie od klubu do klubu. Oczywiscie nie tanczy, stoi z kamienna twarza w kacie i obserwuje.

Robert Smith to z pewnoscią dziwny facet bez watpienia obdarzony niecodzienna osobowoscią i wyobraznia. Sam jest autorem większosci piosenek i bardzo osobistych tekstów. Lęk przed śmiercia i jednocześnie pragnienie smierci – to jego stale obsesje. Zreszta sianie grozy wśród zasłuchanej w kazde jego słowo publiczności sprawia mu tez chyba jakąś perwersyjną przyjemność. Czyżby odbywalo się to w ramach autoterapii, autokuracji?

Mówi Laurence: Ludzie mysla. ze on musi łykać cale stosy narkotyków, by pisac tak odjazdowe piosenki. Ale on nie bierze. Jego fantazja jest nieustannie „w drodze nie ma miejsca we wszechświecie, dokąd nie dotarł w swych marzeniach. Dodajmy tylko, ze narkotyczne lęki i wizje Roberta nie wzięty się tak całkiem z powietrza. Sam Robert przyznaje, ze by za mocno uzalezniony narkotyków – na szczęscie ma to juz za soba. Dziś, makabryczne sny – retrospekcje, których budzi się zlany potem, stanowią pozywkę dla jego twórczosci. Przez cały czas spiewa o sobie, o swoich obsesjach i przezyciach. Jedna z jego wczesnych piosenek Boys Don’t Cry wzięta się tez z buntu, choc… specyficznego –

Dlaczego chłopcom nie wolno płakać? Słowa tej piosenki napisalem, gdy miałem czternaście rat. Co wciąż nam powtarzano: „męzczyzna nigdy nie płacze”. T0 bzdura. Czasami, gdy jestem sam, gdy coś mnie zupełnie załamie – płaczę!

Rok temu wydarzyło się cos, co swiadczy, iz w skuteczność kuracji, jaką zastosował w stosunku do siebie szef THE CURE, nie nalezy wątpić.. Szef bandy ponurakow – jak go złośliwie nazywano, zwariowany facet, ktore to wielką troską bylo to, zeby go nikt nie ujrzał z usmiechniętą twarzą. Zmienił się tak radykalnie, ze wokoło zaczęto o nim mowic teraz na dobre zwariował! Ale to nieprawda. Przebrany w damskie ciuchy, ostrzyzony na króciutko, pracuje ostro nad dalszym rozwojem swej kariery. – Ostatnio usmiecham się, udzielam wywiadów, bo po prostu – czuję się szczęśliwy. Mam usposobienie pesymistyczne, często popadam w depresje, zycie wydaje mi sie wtedy pozbawione sensu. Zdarza się, ze tygodniami nie odzywam się do nikogo słowem. Na szczęście jest Laurence, który zna mnie od przedszkola i rozumie nawet wtedy, kiedy nic nie mówię. Reszty rewelacji o Robercie dowiemy się kiedyś od niego samego. – Piszę codziennie ksiązkę – wyznał niedawno. – Mam juz sześćdziesiąt stron. Gdy skoncze z graniem, wydam ją. Jej tytul brzmi: „The Glass – Sandwich” Wymowne.

ANNA DĄBROWSKA

Artykuł ukazał się w tygodniku Razem, 1987 r.

Podziękowania dla Sławka za nadesłane materiały.

 

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone