Maryśka, odloty i sobowtóry

2 godziny 50 minut cudownego odlotu – tak około 7 tysięcy ludzi z niemal całej wschodniej Europy określało to, co się stało w Łodzi w piątek 14 kwietnia 2000 roku. W hali sportowej koncert zagrała jedna z najciekawszych kapel rockowych ostatnich dwóch dekad XX wieku – brytyjski kwintet The Cure. Do kraju nad Wisłą i Odrą Anglicy przyjechali po raz drugi.

„Chwyć mnie, jeśli zacznę spadać; Tracę grunt pod nogami; Nie mogę tak dalej; Za każdym razem, gdy się odwracam przegrywam kolejna rundę” – śpiewała razem z wokalistą The Cure, Robertem Smithem, słowa tytułowego utworu z kultowej płyty „Faith” ubrana na czarno 19-letnia Ilona z Wrocławia. Podobnie jak przed czterema laty w katowickim Spodku, tak i teraz „Faith” kończył koncert. I podobnie jak wtedy Ilona płakała. Kiedy wychodziła z hali oszołomiona i szczęśliwa zupełnie po niej „spływało”, że łzy rozmyły bladotrupi makijaż na twarzy i karminową czerwień po szmince na ustach. – „Dla takich chwil, mogłabym się codziennie tarzać w smole” – powiedziała nam wycierając oczy.

The Cure przyjechali do Polski w ramach trasy „Dream Tour 2000″ promującej ich najnowszą, znakomitą płytę „Bloodflowers”. Na korzyść Łodzi muzycy zrezygnowali z dwóch koncertów w Lipsku. – „Na początku listopada ubiegłego roku zadzwonił do mnie agent „Kjurów” z pytaniem, czy nie chciałbym ponownie zorganizować ich koncertu? Ja odpowiedziałem, że jasne i tak to się zaczęło” – opowiadał przed koncertem jego promotor Andrzej Marzec, szef firmy AMC, która jesienią 1996 sprowadziła The Cure do Katowic. – W poszukiwaniach odpowiedniej hali bardzo pomogli mi też sami muzycy. W jednej z rozmów telefonicznych powiedzieli mi krótko: „Koncert w Polsce musi być. Niech pan zrobi wszystko, żeby do niego doszło”.

Kilka miesięcy temu wieść o koncercie rozeszła się lotem błyskawicy. Równie szybko sprzedano 7 tysięcy biletów. Cena – normalnie 60 złotych – tuż przed występem podskoczyła u koników nawet dwuipólkromie. Sporej liczbie fanów, którym nie udało się kupić biletów w przedsprzedaży, raczej to nie przeszkadzało. – „Jeśli na takie wydarzenie człowiek czeka przez kilka lat, to nie ma ceny, żeby potem, w momencie gdy ono już nastąpi, nie wydać na nie pieniędzy. Ja odkąd się dowiedziałem, że „Kjur” na pewno zagrają w Łodzi, chodziłem jak zakręcony” – mówił po koncercie właściciel internetowej strony, poświęconej kultowemu zespołowi. – Marzyłem o zobaczeniu The Cure na żywo dokładnie trzynaście lat, czyli od dnia kiedy pierwszy raz usłyszałem ich „Pornografię”.

Łódź w dniu koncertu przemierzały tysiące panien i kawalerów ucharakteryzowanych na Roberta Smitha, faceta, który na pewno jest jednym z fenomenów pop-kultury XX wieku. Smith rozpoznawany jest migiem wszędzie, gdzie tylko się pojawi. Kruczoczarne nastroszone włosy uzupełnione czarnym makijażem wokół oczu i krwistoczerwoną szminką to jego normalny, koncertowy wygląd. – „Maluję się na Roberta, bo chcę się całkowicie utożsamiać z nim i z jego twórczością” – oświadczyła nam 19-letnia maturzystka Joanna z Pabianic, która jak podkreślila, na co dzień jest… blondynką. Łódzka „Gazeta Wyborcza” w specjalnym koncertowym dodatku opublikowała nawet ”przepis na fryzurę” Roberta Smitha: „Włosy trzeba spryskać żelem w sprayu albo lakierem, potem tapirować je jak najdłużej aż do powstania kołtuna-gąbki. Następnie całość trzeba delikatnie zmoczyć” – poradzili wielbicielom głównego „Kjura” łódzcy dziennikarze.

Charyzmatyczny lider The Cure poprzez swoje teksty ma wielki wpływ na fanów na całym świecie. „Pocałuj mnie na pożegnanie; Wynurzam się tuż przed zapadnięciem w sen; Nie widzisz, że się staram? Trudno jest pływać na tak głębokich wodach jak Ty; Na mieliźnie utonęło nie mniej od nas – twój oddech; Najdziwaczniejszy grymas twych ust – A my będziemy razem”.

Te pierwsze słowa tytułowej piosenki z jednego z najwspanialszych albumów grupy – „Desintegation”, doskonale oddają klimat twórczości The Cure (była w Łodzi śpiewana). Teksty Smitha są mroczne, ponure, niejednoznaczne, zagadkowe, często nacechowane beznadziejnością. Do ogromnej rzeszy osób przemawia to w bardzo silny sposób. Nie wiadomo jeszcze, z jakich przyczyn, ale na dwa dni przed łódzkim koncertem, podczas występu The Cure w Pradze, wydarzyła się tragedia. W ubikacji samobójstwo popełnił młody policjant. Choć organizatorzy tego nie stwierdzili, wpływu muzyki The Cure na nieszczęśnika nie można wykluczyć.

Obliczona na prawie 3 miesiące trasa „Dream Tour 2000″ – zespół ma zagrać w 48 miastach Europy i USA – jest być może ostatnią w karierze The Cure. – “Nie mam już ochoty dalej tego ciągnąć. Coś się definitywnie skończyło. Pragnę zachować z The Cure tylko dobre wspomnienia” – zapowiedział 27 marca w Madrycie, przed koncertem rozpoczynającym tournee Robert Smith. Jak napisało ostatnio paru krytyków muzycznych, jednym z pówodów takiej postawy wokalisty The Cure jest fakt, iż coraz mniej ludzie chce słuchać jego utworów. W łódzkiej hali sportowej mieliśmy dowód na to, jak bardzo owi znawcy się mylą. – “Na koncercie „Kjurów” byłem w Birmingham w 1982 roku, zaraz po wydaniu przez nich „Pomography”. W Polsce panował stan wojenny, ja od roku siedziałem w Anglii i wcale się nie paliłem do powrotu pod skrzydła WRON-y – wspomina letni warszawiak Marek, jeden z pionierów polskiej informatyki. – Słowa piosenek Smitha z „Seventeen Seconds”, czy „Faith” sprzężone z tym, co się wtedy działo w Polsce dawały piorunującą mieszankę. Jeżeli do tamtej pory jedynie mi się wydawało, że nienawidzę komuny, to po Birmingham wiedziałem to już na pewno.”

Marek był jednym z najstarszych fanów The Cure, jakich udało nam się w Łodzi spotkać. W tłumie najwięcej było – oczywiście – nastolatków. – “Ja, stary pryk mogę się tylko cieszyć, że tyle młodzieży chłonie te muzykę. Mit The Cure nie zginie.” – stwierdził informatyk. – “Nie czuję się gorsza przez to, że gdy powstawała „Pornografia” mnie jeszcze nie było na świecie. Choć mam dopiero 16 lat, muzyką „Kjurów” ekscytuję się tak samo jak mój brat, który jest ode mnie dwa razy starszy” – wytłumaczyła nam „zrobiona” na Smitha Ola, uczennica II klasy łódzkiego ogólniaka.

Hotel Grand przy reprezentacyjnej ulicy Piotrkowskiej. Przed oknami „łódzka aleja gwiazd filmowych”. Fani The Cure nie zwracają najmniejszej uwagi na nazwiska Agnieszki Holland czy Jerzego Hoffmanna. Dla nich od rana liczy się jedno – ujrzeć Roberta z bliska i zdobyć jego autograf. Na trzy godziny przed koncertem tłum przed hotelem gęstnieje. Co chwilę słychać piski, ale to tylko fałszywe alarmy. Muzycy pojawiają się w hotelowym hallu około 16.30. W otoczeniu ochroniarzy przemykają się do autobusu, który zawozi ich do hali na próbę.

Łódzka hala sportowa, ulica Skorupki, godzina 19. W środku wrze. Normalnie obiekt mieści do 5 tysięcy widzów, ale tego wieczoru jest ich o ponad dwa tysiące więcej. Wielu spod hali odchodzi rozczarowanych – biletów nie ma już od dawna. Godzina 19.25 – wreszcie światła gasną. Bez żadnego supportu, bez żadnego zbędnego dźwięku – grupa przy ogłuszającej owacji wychodzi na scenę. Zaczynają się 2 godziny i 50 minut „nieopisanego szczęścia”. Rozbrzmiewa „Out of This World”, a potem „Watching Me Fall”. Rytm wybijany przez perkusistę Jasona Coopera nadaje utworom duszne, transowe brzmienie. Bębniarza doskonale uzupełnia basista, Simon Gallup. Delikatne podkłady na syntezatorach gra klawiczowiec Roger O’Donnel. Publika nieprzerwanie wyśpiewuje ze Smithem teksty wszystkich jego utworów. Wokalista – widać to wyraźnie sprawia wrażenie zaskoczonego.

The Cure zagrali inny koncert niż ten sprzed czterech lat w Katowicach. Z najbardziej komercyjnych przebojów pojawił się tylko jeden – „Just Lika Heaven” z płyty „Kiss me, Kiss me, Kiss me”. To nie koniec różnic. W przeciwieństwie do Katowic wszyscy muzycy wystąpili w czarnych strojach, chcąc chyba podkreślić powrót do swoich muzycznych korzeni. W sumie kwintet zagrał 27 utworów, w większości z płyt: Seventeen Seconds, Pomography, Desintegration i Bloodflowers. Dwa razy wychodził na scenę, by 7-krotnie zabisować. Jak zauważyli znawcy – występ The Cure był na tyle udany, że Robert Smith, choć nie jest to w jego zwyczaju, „nawet czasem ruszał się na scenie, a nie tylko stał przy mikrofonie”. Niepowtarzalnego nastroju wieczoru nie zepsuła nawet zawodna technika – kilka razy gitarzyście Perty ‚emu Bamonte odmawiało posłuszeństwa „wiosło”, a w finałowym utworze ,,Faith” Robertowi zepsuł się mikrofon. Ta ostatnia usterka nie miała jednak żadnego znaczenia. Wręcz przeciwnie – nadała niesamowitej dramaturgii zakończeniu koncertu.

Godzina 23.15. Włączone w hali światła wieszczą, że to już naprawdę koniec. Z parkingów szybko znikają samochody. Wiele z nich ma bardzo dalekie trasy do pokonania. Widać rejestracje z Litwy, Łotwy, Ukrainy, no i z całej Polski. Ci, którzy nie mają dosyć, idą na After Cure Concerl Party do klubu C4 nieopodal dworca Łódź Fabryczna. Wprawdzie rezerwacje wykupione były od dawna, ale po niewielkim zamieszaniu przy bramce i nam udało się tam wejść. Jest kilka minut po północy i impreza dopiero się rozkręca. Klub, mieszczący się w starej, zniszczonej kamienicy, cały pokryty graffiti, to chyba najbardziej „undergrandowe” miejsce w Łodzi. Przy wejściu człowiek w masce gazowej i poniemieckim hełmie przekornam się z bramkarzami. W środku – świat piwa, zakręconej zabawy i „maryśki”. No i oczywiście „Kjurów”. – „I am from Lithuania” – trochę niezgrabną angielszczyzną przedstawia się nam przybysz z Wilna i niemal jednym tchem wyrecytowuje: „It doesn’t matter if we all die; Ambition in the back of a black car; In a high building there is so much to do; Going home time; A story on the radio…” – początkowe słowa piosenki „One Hundred Years”, z kultowej płyty Pomography z 1982 roku. Litwin znika w mroku, a do nas podchodzą dwie „robertki” z Poznania i zaczynają śpiewać inny kultowy utwór „A Forest” z płyty „Seventeen Seconds”. Mija druga, trzecia godzina imprezy. O piątej bawią się już tylko najwytrwalsi, ale i tak klub jest pełny.

After The Cure Concert Party kończy się o świcie. Wracając do Opola, cały czas dudnią nam w uszach bębny Coopera, bas Gallupa, gitara Bamonte’a, klawisze O’Donella i melancholijny głos Smitha. Cóż, byłoby super, gbyby choć jeszcze raz można ich było wspólnie usłyszeć. Może Robert Smith żartował tylko, kiedy mówił, że to już nieodwołalnie ostatnia trasa The Cure?

BOGDAN BOCHEŃSKI
KRZYSZTOF STECKI

 

Artykuł ukazał się w Nowej Trybunie Opolskiej w kwietniu 2000 r.
Zachowano pisownie oryginalną.

Podziękowania dla kjurek72 za nadesłane materiały.

 

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone