Mój Dream Tour 14-28.04.2000

Łódź 14.4., Berlin 16.4., Hamburg 17.4., Rotterdam 19.4., Londyn 22.4., Paryż 25.4., Paryż 26.4., Oberhausen 28.4.

THE CURE – NAJWAŻNIEJSZY ZESPÓŁ NA ŚWIECIE.

Od dwunastu lat jestem wyznawcą, maniakiem, fanatykiem The Cure. Czy jest w tym coś złego? Czy można przeżywać tą Muzykę i nie być fanatykiem The Cure? Co czujesz gdy zobaczysz po raz pierwszy Kobietę-Miłość Swojego Życia? Czy jesteś zaskoczony i zaintrygowany? Czy chcesz spotkać się z Nią ponownie? Gdy poznasz ją bliżej czy chcesz być obok Niej codziennie, spędzić każdą możliwą chwilę blisko Niej? Czy chcesz przeżyć jak najprawdziwiej każdy pojedynczy dzień? Czy śnisz o pocałunku? Czy pragniesz kochać się z Nią wczesnym rankiem, w słoneczny dzień, gasnącym wieczorem i cichą nocą, jakby czas stanął w miejscu? Czy Marzysz o tym by kochać Ją bezgranicznie do końca życia?
I co w końcu robisz?

“Gdybym kiedyś choć przez chwilę mógł POCZUĆ w sobie odpowiedź na chociaż jedno z tych pytań…” – to Marzenie, które żyje we mnie jakby od zawsze. Rok 2000 okazał się być rokiem spełnienia Marzeń…

W tym roku mogłem zaplanować sobie wyjazd na więcej niż jeden koncert The Cure. Już w 1998 pojechałem na trzy koncerty. Wcześniej miałem trochę wątpliwości czy to nie będzie za dużo wrażeń. Jednak koncert drugi, w Dreźnie, Koncert Życia pozbawił mnie wszelkich wątpliwości.

Każda jedna chwila trzymania Cię za rękę ma wartość nieskończoną.

Dlatego też w tym roku chciałem zobaczyć jak najwięcej koncertów. Optymalna dla mnie okazała się trasa zaczynająca się w Łodzi, a kończąca 2 tygodnie później w Oberhausen – 8 koncertów, bez francuskiego Lille. Niskie pokłony biję tutaj dla Internetu – bez ciebie, stary, miałbym sporo kłopotów ze zdobyciem tylu biletów. W przeciwieństwie do koncertów z lat poprzednich, gorączkę przedkoncertową zacząłem odczuwać dość wcześnie – wiele dni przed 14 kwietnia. Z kilku powodów – “specyficzna” organizacja polskiego koncertu, niesamowite zestawy utworów grane przez zespół podczas pierwszych koncertów trasy, wreszcie coraz gorętsze dyskusje na ‘sivvym’ – polskiej liście dyskusyjnej The Cure.

Połowę dnia 13 kwietnia spędziłem na rozmowach telefonicznych – “mieszkają w Grandzie!”, “dostałem autograf od Gallupa na Piotrkowskiej!!!”, “idę do tego pubu!, zadzwonię jak wrócę”, “czekam pod drzwiami, ale impreza zamknięta!”… i tak dalej i tak dalej… ja tymczasem 300 kilometrów od Łodzi… Spać później nie mogłem…

Jutro zobaczę Cię ponownie.
Obejmę, przytulę bardzo mocno,
dotknę policzkiem policzka,
poczuję Twój oddech i uśmiech,
i zamknę oczy…

Wreszcie nadszedł DZIEŃ PIERWSZY. 14 kwietnia – kolejna najważniejsza data w życiu polskich fanów The Cure. Po południu zapakowany na cały wyjazd wyruszam z Bydgoszczy razem z sympatyczną (i jak się okazało bardzo odważną – pozdrowionka Kasia&Kamil) znajomą. Przed halą byliśmy około 18-tej. Oczywiście otoczoną już wtedy tłumem podobnych nam. Wtedy nastąpił czas kilku spotkań z przyjaciółmi – wiernymi wyznawcami tej samej Muzyki. Spotkań pełnych napięcia, oczekiwania, tremy, początków wzruszenia, radości, że jesteśmy tu razem. Co to są za chwile? Nic innego nie może równać się z tym Uczuciem…

Spotykam m.in. Klausa – znajomego fana z Danii. Wybiera się na identyczną trasę jak ja – od Łodzi do Oberhausen. Od dzisiaj po każdym koncercie będziemy spotykać się przy konsolecie. Wchodzimy do środka koło 18.30. Z przejęcia nie zwracam uwagi, że jest jakieś stoisko z koszulkami, dopiero kilkanaście minut później widzę u znajomych, że coś nakupowali. Eh… odłożę to sobie na któryś z następnych koncertów. Sala jeszcze dość pusta, wodzę wzrokiem dokoła, dźwięki jakby już wiszą w powietrzu, gotowe by na nas spaść wszystkie na raz. Niewielką grupką zajmujemy wygodne miejsca ok. 10 metrów przed konsoletą. Powinien być tu najlepszy dźwięk, dobry widok i nikt nie będzie przeszkadzał…

Za sceną widzę wiszące białe płachty – to pewnie te ekrany, o których czytałem wcześniej. Długi rząd gitar po prawej stronie, po lewej klawisze. Pewnie ustawią się jak w Hamburgu na początku lutego – od lewej Roger, Robert, Simon, Perry, z tyłu Jason… Taaaa… Rozglądam się dokoła – przejęte i uśmiechnięte twarze przyjaciół. Myślę trochę o tym co zagrają i trochę boję się o tym myśleć. WIEM, że ten koncert będzie niesamowity, piękny, wzruszający, że zagrają dla nas Koncert Marzeń. To już nie jest WIARA, ja to WIEM.

Jedyne czego teraz pragnę to całym sobą być jak najbliżej,
czuć oddech, dotyk, włosy, ciepło…

Klasyczne intro… za parę minut wyjdą na scenę.

Głowa i serce myślą tylko o jednym… o Tobie.

Wreszcie są. Każdy wie co zagrali później, każdy z nas przeżył to na swój sposób. Każdy zapamiętał swoje Najistotniejsze Chwile. Dla mnie koncert był wypełniony po brzegi Istotnymi Chwilami. Następowały jedna po drugiej. Każda miała swój początek, szczyt i koniec. Po niej natychmiast następowała kolejna. Każda była inna i każdą przeżywałem bardzo głęboko.

Spokojny, wzruszający początek ‘Out Of This World’, jak delikatnie falujące Morze wczesnym rankiem. Ekrany z tyłu sceny jak na poparcie całe w odcieniach błękitu. Jeden z moich ulubionych początków płyt – ‘Open’. Przypominają mi się chwile gdy po raz pierwszy słyszałem ten utwór – słuchawki, leżę na kanapie w pokoju, w dłoniach wkładka z tekstami z tak długo wyczekiwanej płyty. ‘The Loudest Sound’ – przepiękny utwór, jeden z najpiękniejszych utworów, które kiedykolwiek napisał Robert. I do tego jeszcze wieczorno-księżycowe Morze na tylnym ekranie, mogłoby być najsmutniejszym obrazem na świecie, mogłoby być najradośniejszym. ‘The Kiss’ – pierwszy utwór na koncercie, który totalnie rzuca mnie na kolana. To od zawsze jeden z moich najukochańszych utworów, jeden z tych, których już nigdy miałem nie usłyszeć na żywo… Tymczasem grają go w Polsce! Wielkie czerwone usta całują się gitarowymi dźwiękami z nami wszystkimi. Co za niesamowita gra Roberta! Mam wrażenie, że ten utwór trwa 20 minut i jeszcze się nie kończy. I marzę o tym by się nie kończył, by te gitarowe dźwięki lały się, lały i lały, by utopiły nas wszystkich w tej hali na zawsze. Do tego nieprawdopodobna partia basu. Prawdę mówiąc w Łodzi nie zwróciłem na nią specjalnej uwagi. Wszystko przez gitarę Roberta. Dopiero w czasie następnych koncertów odpadałem również przy basie… Zaraz potem ‘Końcówka lata’ – następny przepiękny utwór z nowej płyty. I ‘From The Edge…’ – utwór historia, prawdziwe Morze rozlewa się w całej hali. Zmienia kolory jak Bałtyk w różnych porach roku.

 

 

A nasze ręce na błękitnym niebie wydają się otaczać cały świat…

Końcówka podstawowego setu jest genialna. Esencja Cure – Cure do bólu gitarowy, najlepszy jaki tylko może być – ‘Prayers For Rain’, ‘100 Years’, ‘End’ – co za boskie wykonanie!, ‘39’ i najpiękniejszy dla mnie utwór tego roku – ‘Bloodflowers’. Aż się wierzyć nie chce, że to już 2 godziny minęły. Jak to dobrze, że przed nami wciąż bisy…

Każdy jeden utwór jest jak jedno spojrzenie w Twoje oczy…
przez chwilę zagadka, tajemnica, potem uśmiech i radość.
I chce się patrzeć i patrzeć bez końca…

‘Plainsong’ – Światło narodzin i śmierci oraz ‘Disintegration’ – Muzyka początku i końca – kolejny potężny kawał mojego życia, kolejne najważniejsze utwory, kolejne zdecydowane ruchy rzeźbiarza modelującego mojego ducha, kolejne łzy szczęścia…

Jak to dobrze, że jesteś tak blisko,
że widzę Cię nieustannie…

‘M’ – utwór-symbol i jednocześnie początek bardziej energetycznego bisu. Dziękuję, że Polacy są niesamowicie entuzjastycznymi fanami, że tak bardzo wczuwają się i reagują na Muzykę. Tak jak w Katowicach zakochuję się w każdym jednym człowieku, który przyszedł na ten koncert. ‘Just Like Heaven’ – i ten Moment musiał nastąpić. Myślałem o nim od samego początku koncertu. Przez cały utwór mam wrażenie, że tatuuję sobie jego tytuł na sercu. I wytatuowałem. Codziennie do dzisiaj czuję go średnio raz na 15 minut. Później tak wyczekany przez Polskę ‘A Forest’ i tak jak w Katowicach na koniec ‘Faith’. Czy dewastacja może być pozytywna? Tak właśnie się czułem. Nie ma innego zespołu na świecie, który może dać takie Uczucie. Nie ma i nie będzie. Jest tylko jeden.

Parę godzin spędzone z Tobą
jest jak krótka chwila, jak pół chwili, jak ćwierć.
I jak można później nie tęsknić,
gdy ledwo dotknąłem Twej skóry,
gdy ledwo spojrzałem Ci w oczy,
wypowiedzieć zdążyłem z trzy słowa,
ze cztery usłyszeć, z siedem pomyśleć?
Czy szczęście jest we mnie czy smutek?
Co zrobić byś była koło mnie dziś w nocy?
Co zrobić bym czuł Twój policzek ponownie?
I czesał Twe włosy palcami
i trzymał Cię całą rękami?
Tak mi Ciebie teraz brakuje…

Po koncercie spotkałem jeszcze kilku przyjaciół, których nie widziałem wcześniej. Każdy w oczach miał Jedno.

Później jeszcze całonocna audycja w ‘Trójce’ (wielkie dzięki Piotr!), podczas której moja nieprzytomność mieszała się z dźwiękami, echami wrażeń, obrazami przeszłości i Wizjami przyszłości.

Tylko TY potrafisz wywołać we mnie takie Uczucia.
 Dziękuję, że jesteś…

Mimo tylu wrażeń wiedziałem, że to nie koniec. To dopiero pierwszy koncert z ośmiu, które w ciągu najbliższych dni zobaczę. Byłem szczęśliwy.

Mimo smutku rozstania z Tobą, wiedziałem, że pojutrze zobaczę i poczuję Cię ponownie.
 Stałaś się nieodłącznym elementem mojego życia.
 Bez Ciebie byłoby ono tak strasznie puste…

16 kwietnia. W piątkę dotarliśmy do Berlina. Hala bardzo podobna do tej, w której widziałem koncert Bauhausu 2 lata wcześniej. Na początku nawet wydawało mi się, że to ta sama. Jakby stara hala fabryczna z cegły, bardzo surowa, czarna w środku. Bez żadnych miejsc siedzących. Tam jest wreszcie czas by dokładnie obejrzeć koszulki i inne rzeczy, które sprzedają. Miejsce zajmuję podobne – przed konsoletą. Jeden koncert będę pod sceną, ale to jeszcze nie ten. Zagaduje nas jeden Niemiec koło 40-tki, pyta skąd przyjechaliśmy i co my – tacy młodzi (!) robimy na koncercie The Cure – “Przecież oni grają już od ponad 20 lat!” No tak… Po chwili rozmowy zdradza nam, że pierwszy raz widział Cure na żywo w ’81 albo ’82, dokładnie nawet nie pamięta. Eh… kolana zrobiły mi się miękkie. Mija jeszcze kilka chwil, kilka słów i drugi raz w tym roku słucham jednej z ulubionych klasycznych kompozycji Roberta Smitha.

Drugie spotkanie z Tobą.
 Pierwsze było najcudowniejsze na świecie.
 Czy takie nierealne Marzenie może spełnić się ponownie…?

Koncerty w Berlinie, dzień później w Hamburgu, następnie w Rotterdamie i w Londynie były bardzo podobne pod względem repertuaru do koncertu w Łodzi. Set podstawowy jak i bisy były niemal identyczne. Pojawiły się zaledwie dwa “nowe” utwory – ‘Snakepit’ (Berlin, Rotterdam) i ‘Sinking’ (Rotterdam, Londyn). Zresztą na obydwa bardzo liczyłem wcześniej. Należą do moich “kultowych” utworów The Cure. Klaustrofobiczny ‘Snakepit’ z Robertem grającym na flecie i dziesiątkami wijących się węży na tylnych ekranach, ‘Sinking’ ze zniekształconą twarzą Roberta zajmującą cały tył sceny – prosto z kamery umieszczonej tuż przy głównym mikrofonie – takie zostaną w mojej pamięci z tej trasy.

Koncerty były podobne repertuarem, natomiast zasadniczo różniły się moim odbiorem. Nie da się ukryć – koncert w Łodzi wchłonąłem całym sobą, mógłbym nawet powiedzieć – pożarłem nawet nie gryząc. Przed Łodzią byłem w stanie totalnego głodu tej Muzyki, od wielu dni wszystkie moje zmysły były podrażnione do bólu. I 14 kwietnia wszystkie rzuciły się na te dźwięki bez opamiętania. Na następnych koncertach były dużo spokojniejsze. Berlin i Hamburg mógłbym nazwać koncertami bardziej “wizualnymi”. Muzyka wchodziła we mnie równie głęboko jak w Łodzi, ale jednocześnie miałem miejsce by się napatrzeć na efekty wizualne a podobno “chłodna” publiczność niemiecka okazała się być niemal tak entuzjastyczna jak polska. Natomiast Rotterdam… to był TEN koncert, który obejrzałem stojąc przy samej scenie.

Hala Ahoy robi niesamowite wrażenie z zewnątrz. Jest to bardzo nowoczesny budynek. Mieści również sporo publiczności. Po wejściu do środka okazało się, że przody są bardzo luźne. Spokojnie można było podejść pod samą scenę. Ponieważ od pierwszego koncertu w Łodzi myślałem o tym by nagrać całe klasyczne intro, które wybrzmiewa przed Out Of this World, a tutaj bez problemu można było stanąć pod samym głośnikiem zdecydowałem, że intro nagram właśnie w Rotterdamie. I tak się stało. Co było dalej? Po paru minutach na scenę wyszedł zespół, przy barierkach o dziwo nie zrobiło się bardziej gęsto, więc co mi zostało… Od głośników przesunąłem się jedynie bliżej centrum sceny i tak już zostałem do końca koncertu. Zresztą na tym właśnie koncercie publiczność była najmniej “nagrzana” z wszystkich, które widziałem. Przez cały koncert można było spokojnie podejść pod samą scenę, wyjść po piwo i za chwilę wrócić dokładnie w to samo miejsce. Hmmmm… z jednej strony dobrze – stałem parę metrów od zespołu z idealnym widokiem, widząc najmniejszy grymas na twarzy Roberta, Perrego, Simona, Rogera czy Jasona, nikt nie wrzeszczał do ucha, nikt nie popychał czy szturchał, z drugiej… czegoś tu brakowało. Koniec końców po Łodzi był to drugi koncert, na którym prawie w ogóle nie widziałem co dzieje się na tylnych ekranach. Cały czas wpatrywałem się w twarze muzyków, w gitary, perkusję… zapisywałem wszystko dokładnie oczami. Zupełnie nowy, inny odbiór Muzyki. Koncert zespołu The Cure zamienił się trochę w koncert konkretnych osób. I kolejne przemyślenia rodziły się w mojej głowie…

DREAM TOUR – perfekcyjna nazwa dla tegorocznych koncertów, zarówno dla fanów jak i dla zespołu. Robert gra swoje ulubione utwory, co wieczór dostaje nieprawdopodobny aplauz, o którym większość zespołów może tylko marzyć. W zamian fani dostają swoje Koncerty Marzeń. Ich ulubione utwory z całej kariery zespołu zaprezentowane razem jednego wieczoru. Perfekcyjnie przećwiczone wcześniej przez zespół i tak później zagrane. Do tego oprawione niesamowitymi efektami wizualnymi. Od rozmaitych obrazów rzucanych w czasie utworów na cztery ekrany umieszczone z tyłu sceny, po różnokolorowe, raz dynamiczne, raz wyciszone światła dziesiątek reflektorów zawieszonych praktycznie w każdym zakątku scenicznej przestrzeni.

Koncerty są naładowane emocjami do bólu. Gdy ogląda się kilka koncertów pod rząd, w ciągu kilku dni, człowiek ma wrażenie, że więcej już mu się nie zmieści. Ledwo zdążył przetrawić 5% przeżyć z poprzedniego wieczora a dzisiaj ponownie otrzyma dawkę 100%-ową. No i tak trochę jest – tak jak przeżyłem koncert w Łodzi – wiem, że było to przeżycie wyjątkowe. Z drugiej strony po każdym koncercie mam wrażenie, że ten właśnie był najlepszy, najlepiej nagłośniony, najlepiej zagrany przez zespół. No i w związku z tym jakie to szczęście, że na nim jestem. To, że miałem takie właśnie odczucia mogę zawdzięczać klasie, jaką reprezentuje The Cure. Tak myślę. Zespół perfekcyjnie przygotowany do tej trasy. Polityka “ostatniej trasy”, “ostatniej płyty”, którą od lat wyznaje Robert – przez niektórych wyśmiewana czy nawet krytykowana – sprawdza się jednak znakomicie. Osobiście mam wrażenie, że to co zobaczyłem i usłyszałem w tym roku, to już jest szczyt, to jest maksimum, to jest wszystko czym The Cure jest i był przez te 20 lat swojej działalności. Ale przecież te same myśli miałem w roku 1992, te same w 1996…

Sekundy biegną szaleńczo
mijają z lewej to z prawej
wybiegają zza rogu
padają jak deszcz

Zielone liście żółkną
żółte spadają i giną
Ubrania blakną
Włosy siwieją  

Ty… jesteś wciąż uśmiechnięta
Twe oczy błyszczą jak dawniej
Te same mam myśli gdy jesteś

  Te same tęsknoty gdy znikasz
We śnie tak samo oddychasz
Tak samo dotykasz i kochasz
Tak samo…

Po koncercie w Rotterdamie przyszedł czas na wyjazd do Londynu. Ale zanim do tego doszło 20 kwietnia spędziłem w Brukseli na… koncercie. To niesamowite, ale w czasie tego wyjazdu spełniło się jeszcze jedno bardzo nierealne wcześniej moje Muzyczne Marzenie. Poznałem osobiście i około godziny spędziłem na rozmowie z Piotrem Fijałkowskim – niesamowicie charyzmatycznym wokalistą kiedyś zespołu Adorable (lata 91-94) – kolejnego Zespołu Mojego Życia (!) a teraz wokalistą swojej nowej kapeli o swojskiej nazwie Polak. Rozmawialiśmy przy okazji właśnie ich koncertu, ale to już inna historia…

Po deszczowej nocy spędzonej w samochodzie na parkingu gdzieś między Lille a Calais, wczesnym rankiem 21 kwietnia razem z Klausem – znajomym Duńczykiem załadowaliśmy się na prom do Dover. A na promie mała niespodzianka – poznajemy czwórkę Węgrów, fanów The Cure, którzy okazuje się, biją nas na głowę jeśli chodzi o Cure’owe “maniactwo”. Nasze 8 koncertów robi się mizerne przy ich 26(!!!) europejskich koncertach – czyli WSZYSTKICH, od Madrytu 27 marca do Rzymu 8 maja. Chwalą się, że napisali wcześniej do zespołu, informując o swoich planach, a oni w zamian fundnęli im bilety na wszystkie koncerty. Super. To dopiero wyprawa.

W Londynie rozstaję się z Klausem do czasu koncertu, on mieszka u swoich znajomych, ja u swoich. To miasto po raz kolejny powala mnie Muzyką, która dosłownie wylewa się z każdego zakamarka, nie wspominając o jedynych w swoim rodzaju sklepach muzycznych. Dla mnie Londyn od wielu lat jest i pewnie już zostanie muzyczną stolicą świata.

Koncert ma miejsce w Arenie Wembley, tuż koło słynnego stadionu. I jest to największa hala jaką przyjdzie mi zobaczyć. 12 000 ludzi, koncert w 99% wyprzedany. Na dodatek dzień po urodzinach Roberta, no i jedyny do tej pory koncert na Wyspach (nie licząc promocyjnego koncertu w lutym). Z tych kilku powodów od samego początku liczę, że ten koncert może być niezwykły. W dzień koncertu przylatuje jeszcze do Londynu Tomek Z., z którym razem udajemy się do hali. W metrze raczej nie zauważamy wielu klimatów Cure’owych, natomiast stacja Wembley Park jest już w 100% koncertowa. Zgodnie z instynktem stadnym zdążamy w kierunku hali. Na miejscu kierujemy się do specjalnej kolejki dla tych z biletami na płytę. Dostajemy czerwone bransoletki (pewnie żebyśmy się nie pchali na trybuny ;) ) i już jesteśmy w środku. Hala faktycznie duża, w kształcie prostokąta, trybuny po bokach i naprzeciwko sceny. Klimat przed koncertem podobny jak wcześniej. Sala napełnia się dość wolno, wiele osób kręci się przy stoiskach z piwem i gadżetami koncertowymi. Reszta siedzi już na swoich krzesłach, ewentualnie na płycie. Zadziwia mnie dość kuriozalne zachowanie ochroniarzy. Nie pozwalają spokojnie wyciągnąć się na podłodze na płycie, mimo, że miejsca jest w bród. Od razu podchodzą i każą wstać lub siedzieć tak by zajmować jak najmniej miejsca. Absurd. Miałbym ochotę się kłócić, ale nie chcę ryzykować utraty sprzętu, którego ponownie udało się przemycić. Zresztą, jak się później okazało, to nie był koniec bujnej wyobraźni angielskich ochroniarzy. Nie raz zdarzało się już w czasie koncertu, że ktoś brał drugą osobę na barana. W sumie to chyba dość normalne zachowanie na koncercie. Nie tutaj jednak. Mimo bardzo dużej i szerokiej sali, dość gęsto napakowanej przez ludzi, ochroniarze twardo przeciskali się przez cały tłum i ściągali takich amatorów na ziemię. Co za poświęcenie! Co kraj to obyczaj.

Tak jak wspomniałem wcześniej, repertuar był niemal identyczny jak na poprzednich koncertach. Publiczność okazała się być jednak bardzo dobrze nastawiona do zespołu – mimo, że The Cure w Anglii jest daleko poza brytyjskim top-em i uważany jest raczej za przeżytek przez brytyjską prasę muzyczną, która zresztą specjalizuje się w rekordowo absurdalnych recenzjach (patrz np. recenzja ‘Bloodflowers’ w Melody Makerze czy też recenzja tego koncertu w NME). Powodem nastawienia publiki być może było to, że to jedyny koncert, który zaplanowali w Wielkiej Brytanii (podczas gdy np. w Niemczech, Francji czy Hiszpanii zagrali po 5 razy). Mimo wszystko jednak po publiczności spodziewałem się czegoś więcej. Po cichu liczyłem na jakieś “Happy Birthday…” czy coś w tym stylu. Niestety, sztywniactwo zwyciężyło, albo może po prostu tylko brak świadomości, że Robertowi dzień wcześniej stuknęło 41 lat… Niemniej był to kolejny niesamowity Koncert Marzeń. Rewelacyjnie nagłośniony, perfekcyjnie zagrany. Kolejny raz usłyszałem życiową wersję “The Kiss”, odjechany “Sinking”, cudownie smutny (jeśli mogę tak powiedzieć) “The Loudest Sound”, genialnie zagrany “End”, wymarzone “Plainsong” połączone z “Disintegration” i wszystkie inne utwory, każdy po kolei w ponownie najlepszej wersji. Zespół też wyglądał na bardzo zadowolony. Często uśmiechali się do siebie, sami byli chyba zaskoczeni tak pozytywnym przyjęciem. Po koncercie załapaliśmy się z Tomkiem na ogromniaste (naprawdę wielkie!) plakaty “Bloodflowers”. Niedługo, gdy zmienię mieszkanie, powieszę go w centralnym miejscu…

Dwa kolejne dni spędziłem w Londynie, próbując na ile to tylko możliwe chłonąć atmosferę tego niesamowitego miasta. A później przyszedł czas na powrót na kontynent i podróż do Paryża…

Czasem wydaje mi się, że jestem daleko
Czasem zastanawiam się ile dni jeszcze zostało
Czasem tęsknię do Chwil, które minęły
Czasem myślę, że wcale nie jest tak pięknie

  Ale przecież Ty wciąż jesteś…

Paryż jest miejscem legendarnym jeśli chodzi o koncerty The Cure. 3 niesamowite koncerty w hali Zenith (tej samej co w tym roku) w roku ’92, w czasie których zagrali niemal WSZYSTKO (włącznie z Big Hand, Forest z Robertem na basie(!), It’s Not You, Forever i wiele innych), zostały nawet wyróżnione  później znakomitą płytą ‘Paris’. W 1996 zagrali rewelacyjny koncert w hali Bercy – 35 utworów, z których wiele grają bardzo rzadko, koncert transmitowany później we fragmentach nawet w polskim radio. Miesiąc później wrócili do Paryża do mniejszej sali Bataclan na zupełnie wyjątkowy koncert – utwory grając chronologicznie, po 2 z każdej płyty(!). We wcześniejszych latach było podobnie. W ’89 dwa równie genialne koncerty także w hali Bercy, w roku ’87 także. Dlatego też zastanawiając się nad tą trasą przed wyjazdem, po 2 koncertach paryskich obiecywałem sobie najwięcej. I co?

FAKTY PRZEKROCZYŁY WSZELKIE MOJE WCZEŚNIEJSZE WYOBRAŻENIA!!!
Gdybym żył tylko dla muzyki Cure, po tych dwóch paryskich koncertach mógłbym umrzeć. Tak jak każdy jeden koncert tej trasy był Koncertem Marzeń, tak te dwa były PONAD MARZENIAMI. Takie koncerty nie zdarzają się ani na jawie ani we śnie. Po pierwszym koncercie Klaus stwierdził, że następnego dnia może być tylko rozczarowanie, tylko słabszy koncert. I co? I rozczarowania nie było… Ale może od początku…
Nie tylko pewnie ja zdawałem sobie wcześniej sprawę z wyjątkowości koncertów paryskich w historii The Cure. Dlatego też oba koncerty zostały wyprzedane dużo wcześniej. W konsekwencji po drodze do hali co chwilę byłem zaczepiany czy nie chcę sprzedać biletu. I prawdę mówiąc miałem na sprzedaż po jednym bilecie na każdy dzień. Nie muszę chyba mówić jakie oczy zrobił pewien Włoch, któremu zaoferowałem obydwa bilety i to po normalniej cenie zakupu. Wziął bez wahania sprawiając wrażenie, że uratowałem mu życie. Zresztą… czy to takie dziwne?

Hala Zenith jest okrągła, miejsca dla widzów i scena mają rozkład a’la teatr grecki. Trybuny wokół sceny, w środku arena z miejscami stojącymi. Bilety były jednego rodzaju, także każdy wybierał czy chce siedzieć czy stać. Według informacji organizatorów sala mieści 7 000 widzów, czyli tyle samo ile podobno hala w Łodzi. Na moje oko jednak w Paryżu ludzi było dużo więcej niż w Polsce. Zanim jednak wszedłem do środka kręciłem się trochę w przedsionku z różnymi stoiskami. Na każdym  koncercie oferta była identyczna. Te same koszulki, tour-book i wisiorki, wszystko w praktycznie takich samych cenach jak w Polsce. I gdy tak stałem obok jednego stoiska nagle, tuż obok mnie przeszedł Roger trzymając za rękę małego chłopca. Niemal identycznie (oprócz chłopca) jak przed koncertem w Katowicach. Jak zwykle uśmiechnięty, bardzo pogodny. Wziąłem to za dobry znak. Przeszedł tak zwyczajnie, że Klaus, który stał ze mną w ogóle go nie zauważył.

W końcu weszliśmy do hali. To jedyne dwa koncerty, które miałem zobaczyć we Francji. Jest to o tyle istotne, że w czasie koncertów francuskich przed The Cure występowała grupa supportująca. Był to zespół francuski Ekova. Tak jak się domyślałem grający zupełnie inną muzykę niż wszystkie zespoły “kojarzące się” z The Cure. Robert nie przepada za brzmieniami a’la Cure, także zgodził się na zespół grający muzykę “indyjską”, to najlepsze określenie jakie przychodzi mi do głowy. Dalekowschodnie instrumenty, wokalistka w długiej sukni wyśpiewująca raczej wokalizy aniżeli normalne słowa. Mimo, że nie słucham raczej takiej muzyki to słychać było, że grają naprawdę na dobrym poziomie. Ludzie też zresztą przyjęli ich bardzo entuzjastycznie. Zagrali około pół godziny w oba dni. Gdy zapaliło się światło po ich koncercie ZACZĘŁO SIĘ…

Najpierw ludzie. Publiczność w Paryżu była po prostu N I E P R A W D O P O D O B N A. Na miejscu zespołu chyba niemożliwe byłoby sobie wymarzyć bardziej entuzjastyczną widownię. Ludzie byli naładowani dużo wcześniej zanim rozpoczął się koncert. Pół godziny przed rozpoczęciem występu wywoływali zespół tak jak w Polsce wywołuje się na bis. Ogłuszający krzyk, tupanie nogami, klaskanie WSZYSTKICH osób stojących i siedzących (dokładnie mówiąc stojących przy swoich krzesłach) – a to wszystko grubo ponad pół godziny przed rozpoczęciem koncertu. Muszę przyznać, że byłem zszokowany. Byłem już w życiu chyba na ponad stu różnych koncertach, ale takiej reakcji nie pamiętam. Szybko zaczęła we mnie rosnąć świadomość, że będę świadkiem historycznego wydarzenia. Z autentyczną trwogą mierzyłem wzrokiem dach hali z zapytaniem czy wytrzyma ten hałas…

Zająłem miejsce stojące tam gdzie trybuny stykały się z areną. Zaczynały się tam schody na górę trybun. Stanąłem na trzecim schodku z kolei. Przez to byłem blisko i jednocześnie miałem idealny widok, z głową około pół metra ponad innymi głowami. Gdy rozbrzmiało ‘Adaggio’ i zgasło światło pomyślałem, że hala odlatuje. Nie słyszałem już nic. Na szczęście oba koncerty były bardzo głośne, tak jak inne bardzo dobrze nagłośnione, także muzyka docierała idealnie, mimo niesamowicie głośnych krzyków i oklasków.
Podstawowy set pierwszego koncertu był dość podobny jak w poprzednich dniach. Jedyną nowością było “If Only Tonight We Could Sleep” – kolejny utwór, na który bardzo czekałem od Łodzi…

Leżę w łóżku, miękkiej pościeli
zupełnie tak jak na trawie
I ręce chcą objąć ponownie
Twe ciało pełne pragnienia
Twe ciało anioła z oczami
jak Słońca gorące i lśniące…

 No i przez cały czas niesamowity entuzjazm publiczności. Widać było, że zespół czuje to bardzo i aż nie wie co ze sobą zrobić. Patrzyli co chwilę na siebie nawzajem szeroko się uśmiechając, kręcąc głowami jakby z niedowierzaniem. Przyznam się, że mnie poniosło też bardzo. Wszyscy, którzy uważają mnie za maniaka The Cure powinni pojechać na taki koncert i zobaczyć jak wygląda “prawdziwe maniactwo”…

Po ‘Bloodflowers’ Robert nie mógł zejść ze sceny. Musiał być nieźle oszołomiony. Czekaliśmy parę chwil i wyszli na pierwszy bis… bis, który zapamiętam do końca życia… COLD, FIGUREHEAD, PORNOGRAPHY. Trudno coś tu napisać. Bis niewyobrażalny w emocjach i przeżyciach jakie wywołał, zagrany idealnie, opatrzony wyjątkowym światłem. ‘Cold’ z ultrasonograficznym zdjęciem embrionu na tylnych ekranach sceny. ‘Figurehead’ czarno-czerwony i ‘Pornografia’ – najpierw czarna ciemność, następnie przez cały utwór włączony jeden silny, biały reflektor umieszczony nisko za plecami Jasona. Dał niesamowity efekt  – spowił całą scenę w cieniu zostawiając rozproszone białe światło i czarne sylwetki muzyków przy instrumentach. Do tego te pokręcone dźwięki z początku utworu, galopująca perkusja, agresywna muzyka i chory tekst i wokal Roberta. Autentyczny STRACH, apokalipsa, śmierć, koniec. Nie ma drugiego  zespołu, który potrafiłby stworzyć TAKI KLIMAT…

Jednak minęło kilka chwil i ponownie wyszli. Po takim bisie klimat mógł być już tylko lżejszy… There Is No If, Trust, Plainsong, Disintegration… tak jak pierwszy bis w Polsce. I tak jak w Polsce ‘Trust’ zagrany przez Rogera i Perrego na klawiszach, ‘Plainsong’ z Robertem przechadzającym się przez scenę. Szaleństwo udzieliło się bardzo Robertowi, podszedł do publiczności i zaczął podpisywać ludziom okładki. Roger zrywał z podłogi kartki, na których jest lista granych utworów, robił z nich samoloty i rzucał w tłum. No po prostu niesamowite rzeczy, chwile, momenty. Nie zapomnę ich nigdy. Po ‘Disintegration’ Robert znowu nie mógł zejść ze sceny. Rozkładał ręce jakby nic nie mógł poradzić na to, że koncert dobiega końca. Ale po paru minutach wyszli ponownie. I następna niespodzianka – utwór, którego nie grali jeszcze ani razu w tym roku i zresztą do dzisiaj jest to jedyny koncert, na którym go zagrali – ‘Boys Don’t Cry’. Oczywiście sala popłynęła z dźwiękami. I na koniec potężna wersja ‘A Forest’.

Koncert przeszedł do historii. Zarówno jako do przeszłości, jak i do duchowej Księgi Wydarzeń Życia. Na taki koncert przychodzi się jako Jan Kowalski, Piotr Iksiński… a wychodzi zupełnie kimś innym, odmienionym na zawsze. Nie dziwne więc było pokoncertowe zdanie Klausa: “Stary, jutro może być tylko rozczarowanie.” Ja, mimo wszystko, czułem, że Robert jest taki, że nie pozwoliłby nikomu na rozczarowanie koncertem The Cure. Wierzyłem, że następnego dnia będzie COŚ, nie wiem co, ale COŚ, co również wpisze się do tej samej Księgi.

No tak… po takim koncercie nie mogliśmy tak po prostu pojechać do hotelu. Dzięki Klausowi, który miał większe znajomości ode mnie wkręciliśmy się w totalnie niesamowite towarzystwo. Na te dwa koncerty poprzyjeżdżali ludzie niemal z całego świata. Wszyscy ze świadomością, że mogą być świadkami niesamowitych koncertów. I tak w grupce około 10 osób poszliśmy do knajpy. Ale za to w jakiej grupce! Ludzi, których znałem wcześniej tylko z nazwisk, totalnych fanów od wielu wielu lat – Chris White – facet, który przygotowuje ‘Curenews’, oficjalny fanzin zespołu, Daren Butler – autor niesamowitego wydawnictwa ‘Cure On Record’, chłopaki z zespołu Curiosity – chyba najlepszego cover bandu z Belgii, dziewczyna, która przyleciała specjalnie na te dwa koncerty ze Stanów i autorka strony internetowej ‘Club America’, Cherry – młody Szwajcar, jedna z zaledwie kilku osób, która ma wejście do Roberta Smitha w każdej dosłownie chwili, czy to do szatni, czy na próbę, jedna z kilku osób, z którymi Robert bardzo lubi rozmawiać, jeszcze dwóch kolesi i jedna dziewczyna z Anglii, no i ja z Klausem. W życiu bym się nie spodziewał, że będę z tymi ludźmi i to wszystkimi na raz siedział przy jednym stole i pił piwo. Wszyscy byli niesamowicie sympatyczni, naprawdę. Chris nawet kojarzył mnie z listów wysyłanych na ‘Chain Of Flowers’, podpytywał o niezwykłego polskiego singla z remixami ‘Maybe Someday’. Wszyscy chcieli wiedzieć jak się wymawia ‘Łódź’ itp… Kilkugodzinną dyskusję zdominował oczywiście koncert i… piłka nożna… Mimo totalnego “doświadczenia” koncertowego wszyscy oni byli tak samo pod wrażeniem koncertu jak ja. Eh…..

Dzień następny. Rano, po porządnym spaniu trochę zwiedzania, jakiś sklep muzyczny i z powrotem pod halę. To miał być siódmy, przedostatni koncert. Mimo, że na żadnym koncercie nie robiłem zdjęć, ponieważ nie chciałem się specjalnie rozpraszać, rano stwierdziłem, że jednak jakieś zdjęcia z koncertów muszę mieć! Przeżywam tyle Istotnych Chwil w czasie tych dni, muszę mieć jakieś pamiątki w postaci zdjęć. Wyciągnąłem swojego kobylastego Zenita, przytwierdziłem dobrze do pleców, trochę pouśmiechałem do dziewczyny stojącej na bramce i wszedłem. Wszystkie zdjęcia, które są na tej stronie są właśnie z tego koncertu. Zająłem miejsce niemal takie samo jak dzień wcześniej. Ponownie na rozgrzewkę Ekova i ponownie niesamowity entuzjazm publiczności. Jeszcze przed rozpoczęciem koncertu spotkałem się z nowymi “wczorajszymi” znajomymi, umówiliśmy się na część drugą posiedzenia po zakończeniu tego koncertu.

Podejrzewałem, że podstawowy set będzie już “nie-standardowy” i to się potwierdziło. Po ‘Fascination Street’ zamiast ‘Open’ zabrzmiał ‘A Strange Day’, już szósty utwór z “Pornografii” zagrany w ciągu tych dwóch dni. Niesamowity utwór, następny z “kultowych”… Później ‘The Last Day Of Summer’ – zagrany dopiero drugi raz po koncercie łódzkim i następnie ‘Pictures Of You’. Też bardzo przeze mnie czekany. Cudownie zagrany, ze sceną całą spowitą w klimatycznym kolorze niebieskim.

Później ‘Where The Birds Always Sing’ – po raz pierwszy słyszę ten utwór i jest to już ostatni, dziewiąty utwór z nowej płyty zagrany w Paryżu. Dalej potężnie nakręcony przez Roberta ‘The Kiss’…

Usta są po to by dotknąć
Twojego miękkiego policzka
Usta są po to by stwierdzić
jak gładką masz skórę w łódeczce
Usta są po to by uśmiech
Przekazać dziś Tobie z radością
Usta są po to by pragnąć
ust Twoich lgnących do moich…

Następnie ‘From The Edge…’ i 100% rąk podniesionych do góry w czasie “…hands in the sky…”, po ‘100 Years’ kolejna niespodzianka – ‘Shiver And Shake’ – następny gitarowo-wymiatający utwór i ta wyjątkowa końcówka – ‘End’, ‘39’ i ‘Bloodflowers’. Zeszli. Parę chwil i na scenie pojawia się tylko Roger, Simon i Jason. Scena robi się granatowa, a z głośników zaczyna płynąć charakterystyczny rytm perkusji… Przez chwilę jestem zdezorientowany, ale zaraz… przecież to ‘All Cats Are Grey’! Co za utwór! I jeszcze słucham go na żywo. Wierzyć mi się nie chce po raz nie wiem już który. Po chwili wchodzi Roger z monumentalnymi klawiszami i Simon z bardzo głębokim basem. Po około dwóch minutach części instrumentalnej na scenę wychodzi Robert witany owacyjnie (i to zdecydowanie za słabe określenie stanu w jakim była publiczność) po to by zaśpiewać piękny tekst. Jestem zdemolowany. Na wytchnienie jest tylko kilka sekund. Przedstawienie trwa nadal… ‘Drowning Man’. Dla mnie najbardziej wzruszający utwór z płyty ‘Faith’. I na zakończenie bisu ‘Faith’ utwór tytułowy z tej płyty. Po raz pierwszy pojawiają się obrazy na tylnych ekranach w czasie tej kompozycji – czarno-białe zarysy ogromnej świątyni. Bardzo skąpe światła, pięć punktowych czerwonych reflektorów i w czasie śpiewu Roberta jeden dodatkowy, biały skierowany właśnie na niego. Bardzo wzruszający bis. Historia z dnia poprzedniego się powtarza. Ciężko im zejść ze sceny. Po paru chwilach wracają na drugi bis… wycieczka na wcześniejszą płytę – ‘M’, ‘Play For Today’ i ponownie ‘Forest’. 100% dłoni klaszczących w rytm basu. Publiczność ze szczytu jest już chyba w chmurach. Chwila przerwy wypełniona nieprawdopodobnym hałasem publiki. Każdy wyzwala resztki energii, to już będzie chyba ostatni bis tego dwudniowego koncertu. I warto było… Just Like Heaven i na sam koniec dwa znowu niespodziewane utwory, nie grane do tej pory w tej trasie – 10.15. Saturday Night i Killing An Arab, obydwa rozświetlone chyba wszystkimi reflektorami jakie tylko były do dyspozycji.

I co tu powiedzieć? Wśród wielu Koncertów Marzeń zdarzyły się dwa koncerty paryskie PONAD WSZYSTKIM. Ludzie dali z siebie więcej niż wszystko i zespół oddał to samo. Emocji było tyle, że starczyłoby na sto innych koncertów. Część odczuć zostało gdzieś pod dachem hali Zenith, część wsiąkła głęboko w serce. Co powiedzieć? Chyba tylko tyle, że jeśli kiedykolwiek jeszcze The Cure zagra w Paryżu – będę tam na 100%. Są to momenty, których nie można stworzyć sobie w wyobraźni a co dopiero opisać słowami.

Mimo wszystko jednak strasznie cieszyłem się, że jeszcze jeden koncert przede mną. “Ten przepiękny sen jeszcze trochę potrwa…”. Koncerty ładują emocjami do bólu, ale i uzależniają bardzo również…

Po koncercie, tak jak się umawialiśmy poszliśmy do knajpy. Tym razem ja z Klausem na krócej, bo facet załapał jakieś choróbsko. Za to przez chwilę był z nami również brat Rogera, wracał z nami metrem. Bardzo podobny zresztą. Pożegnaliśmy się serdecznie, mówiąc ‘do zobaczenia w Roskilde…’

27 kwietnia – Paryż. Z racji tych przeżyć już nawet teraz dokładnie nie pamiętam co robiliśmy tego dnia. Na pewno zwiedzaliśmy miasto, a przeżycia powoli wsiąkały pod skórę. Następnego dnia rano ruszyliśmy do Oberhausen. Hala położona tuż przy autostradzie, także trafiliśmy bez problemu. Miła niespodzianka na ostatni koncert. Bramkarze praktycznie w ogóle nie obmacywali także wejście miałem totalnie bezstresowe. Hala wewnątrz bardzo podobna do większości hal – prostokątna, z trybunami po bokach a także z tyłu, wielkości takiej jak hala łódzka. Koncert był jakby podsumowaniem mojego “Dream Tour’u”. Podobny zestaw utworów, ponownie najlepsze wykonanie jakie słyszałem. Zabrzmiał ‘The Kiss’, ‘Sinking’, ‘Loudest Sound’, ‘End’, ‘Plainsong’, ‘Disintegration’ i wszystkie inne najważniejsze utwory The Cure. Nowością były zupełnie nowe obrazy w czasie niektórych utworów. Po raz pierwszy ‘Trust’ miał oprawę “filmową”. W czasie trwania tej piosenki na tylnych ekranach paliły się dziesiątki żółtych świec, w czasie ‘Watching Me Fall’ nie pojawiła się już twarz japońskiego dziecka zmieniająca się w twarz Roberta z okładki nowej płyty. Zamiast tego na ekranie widniało duże rysunkowe Słońce. Koncert Marzeń. Tym razem ostatni. Mimo wszystko, mimo tylu wrażeń było mi smutno…

I co dalej? W ciągu zaledwie dwóch tygodni przeżyłem tyle niesamowitych Chwil, więcej niż w całym dotychczasowym życiu, tyle wrażeń, że ich ilość już dawno przekroczyła możliwości absorpcji moich zmysłów. Co dalej? Czy teraz czas położyć się na odpoczynek rozmyślając i wspominając te Chwile? Może czas umierać? A może raczej krzyknąć za Robertem… I’m always wanting more! I just can’t stop!

Każdy chyba pragnąłby umieć latać. Czasem, gdy pomyśli się wystarczająco mocno,
 gdy stworzy się odpowiednie warunki – można tego dokonać.
 Gdy w końcu wzleci się wysoko ponad ziemię widok staje się coraz piękniejszy.
 Ale też coraz trudniej zobaczyć grunt. Mija czas, a wielu zaczyna myśleć,
 że ta chmura, na którą wskoczyli – to jest ziemia.
Myślą, że to na czym siedzą to brudny piach.
 Piękny widok robi się szary, codzienny, nudny…
 Ale wiesz co? Ja wiem, że jesteś Chmurą.
 Wiem, że ten widok jest taki sam jaki był gdy po raz pierwszy go ujrzałem
 – najcudowniejszy na świecie. I jeszcze coś… ON UZALEŻNIA.

Myślałem o tym nie raz. Przecież nie wiem jaką piosenkę, jaki nowy zespół usłyszę jutro. Teoretycznie mógłby być lepszy od wszystkiego co usłyszałem do tej pory w życiu. Teoretycznie… Nie wiem jak to wyjaśnić. Mój ścisły umysł zdecydowanie nie pomaga w znalezieniu rozwiązania tej zagadki. Ja po prostu WIEM, CZUJĘ, że zespół, który jest moim numerem jeden już usłyszałem. Wiem, że żaden inny nie będzie dla mnie lepszy. Żaden inny nie da mi tylu Istotnych Chwil. Bez względu na to czy jest to ostatnia płyta czy dalej będzie się rozwijał i nagrywał kolejne.

Nikt inny nie da mi Krwistoczerwonych Kwiatów. Ja to po prostu WIEM.

Dlatego 1 lipca będę w Roskilde. Dlatego jeśli trasę zakończą mini-tourem po Wielkiej Brytanii, na nią również bez cienia wahania pojadę.

Dlatego zawsze będę marzył o następnej Wspólnej Chwili… M.

Na koniec mała uwaga dla jeszcze niezdecydowanych – jeśli wahasz się czy nie pojechać do Roskilde lub do Werchter – NIE WAHAJ SIĘ! Zobaczysz – to będą jedne z najpiękniejszych Chwil Twojego Życia!

I jeszcze gorące pozdrowionka dla wszystkich super-towarzyszy koncertowych, którzy dzielili ze mną zagraniczną część Istotnych Chwil – Kasi, Klausa, Kasi&Kamila, Marcina, Mariusza, Beaty i Tomka.

Maciek Herman

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone