Muzyka tak bardzo niepokojąco złowieszcza

Czy po czymś tak minorowym, posępnym i przygnębiającym można było przypuszczać, że panowie Smith, Gallup i Tolhurst nagrają płytę jeszcze bardziej przybijającą? Zwłaszcza, że konflikt Smitha z Gallupem był właściwie dla całej trójki już nie do wytrzymania. Również zatargi ze wspólproducentem Philem Thornalleyem z pewnością nie pomagały. Smith po nagraniu trzech płyt z Mike’em Hedgesem zapragnął świeżej krwi, kogoś równego mu wiekiem. Co wcale nie przyniosło, przynajmniej na początku, spodziewanego efektu. jednym z problemów było okropne brzmienie gitar, którego Phil nie trawił— wspomina Smith. Nie mógł zrozumieć, że to jes właśnie to, o co nam chodzi!

Z dnia na dzień Pornography stało się płytą kultową. Na palcach jednej ręki policzyć można było wtedy albumy z muzyką tak niepokojąco złowieszczą. Closer Joy Division i… długo, długo nic. Powstała całość na pewno naznaczona piętnem wspomnianego już kilkakrotnie Joy Division, ale i chociażby Siouxsie And The Banshees. Przeszkadzało to komuś? Z pewnością nie. Z dnia na dzień Robert Smith stał się osobą, z którą mogło identyfikować się przeżarte zwątpieniem rozczarowaniami pokolenie. Cóż wielkiego jest w tej płycie? Na pewno śmiertelnie poważny ton głosu interpretującego porażające teksty: It doesn’t matter if we all die (One Hundred Years). Na pewno zimna, dołująca muzyką (to monotonne perkusyjne dudnienie, ten wybity do granic możliwości bas).

Na pewno atmosfera powalającej bezradności i beznadziei. Zmianie klimatu nie pomaga nawet względnie „wesoły” The Hanging Garden — jedyny… przebój z Pornography (34. miejsce m Wielkiej Brytanii). Siamese Twins skutecznie tę niby jaśniejszą atmosferę wybija. Smutek, smutek i raz jeszcze smutek: w The Figurehead (bas rewelacja), w A Strange Day (warto zwrócić uwagę na pobrzękującą gitarę w tle), w Cold (rozbuchane syntezatorowe dźwięki to prawdziwy skarb tych ledwie czterech i pól minuty). I must fight the sickness, find a cure — pada w kończącym płytę nagraniu finałowym, raczej muzycznym kolażu niż piosence. Właściwie to trzeba było poczekać na to z pięć lat. Do Kiss Me Kiss Me Kiss Me.

Grzesiek Kszczotek
Recenzja ukazała się w miesięczniku Teraz Rock, 2008.

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone