Nadrobić zaległości

NIGDY NIE MIAŁEM PLANU WIELKIEJ KARIERY- PODKREŚLA ROBERT SMITH. A JEDNAK ZESPÓŁ THE CURE, ZMIERZAJĄCY ZAWSZE WŁASNĄ DROGĄ I NIEUZNAJĄCY KOMPROMISÓW, ODNIÓSŁ NIEPODWAŻALNY ŚWIATOWY SUKCES.

Album The Head On The Door zyskał większe powodzenie niż wszystkie poprzednie. Zapewnił grupie zwłaszcza uznanie publiczności amerykańskiej, dotychczas odnoszącej się do niej dość chłodno. Logiczne wydawało się więc pójście za ciosem i przygotowanie następnej płyty wedle tej samej recepty. Robert Smith nie byłby jednak sobą, gdyby wybrał tę drogę. Nie tylko odmówił szybkiego powrotu do studia, ale też postanowił, że nowe dzieło The Cure będzie ambitnym albumem dwupłytowym, przygotowanym w dodatku na bardziej demokratycznych zasadach niż wcześniejsze. Obawiano się komercyjnej klapy, ale kiedy w maju 1987 roku zestaw Kiss Me Kiss Me Kiss Me ujrzał światło dzienne, szybko stało się jasne, sukces The Head On The Door nie był przypadkowy.

Nowy album przyniósł kolejne przeboje i umocnił pozycję formacji w USA. Co jednak nie do końca wzbudzilo entuzjazmu u Roberta Smitha. Zacząłem obczuwać się, że tracimy ostrze – mówil on w 1989 roku na łamach magazynu „Q”. I dodawał: Sprzedanie miliona plyt w Ameryce oznacza, że zaczynają traktować cię jak inne zespoły, które sprzedazpodobną ilość. I jeśli nie masz żadnych charakterystycznych cech poza fryzurą, nie ma łatwego sposobu, aby tego uniknąć. Zacząłem więc mówić w piosenkach o sprawach, o któzych ludzie nie chcą słuchać. W tym samym czasie w rozmowie z dziennikarzem francuskiego magazynu „Rock’n’Folk” dodawał: Polydor ma dobre pomysły, jak nas promować, abyśmy stali się tak wielcy jak U2. Jedyne, co musimy w tej sytuacji robić, to postępować odwrotnie. Im mniej będziemy widoczni, tym lepszą muzykę będziemy tworzyć.

Smith nie krył satysfakcji z albumu Kiss Me Kiss Me Kiss Me, ale gdy przystępował wraz z kolegami do pracy nad kolejną płytą, znowu postanowił dokonać zwrotu. Wyjaśniał: Chciałem, abyśmy tym razem nagrali coś tak mocnego i emocjonalnego juk „Faith”… Był to wszakże czas naznaczony problemami natury personalnej. Muzycy The Cure swoim trybem życia nie dostarczali pożywki prasie bulwarowej. Smith: Nigdy nie myślałem o sobie jako o gwieździe rocka. Ciągle robię zakupy w tym samym gównianym sklepie. Mieszkam w tym samym apartamenciew Maida Vale. Jeżdżę tym samym starym Jeepem… I jeśli nawet kilka lat później przyznał się, że chciał w tym czasie kupić wysepkę na środku kanału La Manche z wielką betonową fortecą z czasu drugiej wojny, nie pozwolił sobie na ten kaprys.

Sukces uderzył jednak do głowy Lolowi Tolhurstowi. Gdy muzyk zaczął mieć poważny problem z alkoholem, pozostali postawili Robertowi ultimatum: Albo on, albo my. Smith wspomina: Po prostu powiedzialem mu, że już go nie potrzebuję. W pewnym momencie stal się naszym gościem, przychodził tylko podczas posiłków i był zupełnie gdzie indziej myślami. Nigdy nie miał żadnego wkładu w muzykę The Cure i jest jedynym wśród nas, który nie oparł się pokusie życia pelnego ekscesów. W końcu stal się tak uciążliwy, że skupialiśmy się na nim, a nie na muzyce. I choć nazwisko Tolhursta pojawiło się jeszcze na okładce wydanej w 1989 roku płyty Disintegration, była to tylko grzeczność ze strony kolegów. Chociaż był uwzględniony, w opisie plyty, od dwóch lat już nie byl częścią zespołu – wyjaśnia Smith. Obowiązki Tolhursta już w1987 roku przejął Roger O’Donnell, a jego z kolei trzy lata później zastąpił Perry Bamonte.

Paradoksalnie ani problemy z Tolhurstem, ani fakt, że wydany w maju 1989 roku album Disintegration okazał się najmroczniejszym od lat, nie odbiły się na karierze zespołu. Dzieło do dziś uważane jest za jedno z największych osiągnięć grupy. Bez wątpienia początek lat go. należał do The Cure. Podczas promującej nowy album trasy Prayer Tour pozycja zespołu w Stanach była już tak mocna, że mógł sobie pozwolić na granie na stadionach, zaliczał każdą znaczącą uroczystość muzyczną. W styczniu 1991 roku, w londyńskim studiu MTV zarejestrował też akustyczny występ na potrzeby programu MTV Unplugged.

Choć Robert Smith sugerował, że Disintegration może być ostatnim dziełem grupy (na łamach magazynu „Rolling Stone” mówił: Doszedłem do punktu, w którym żadna sila na świecie nie jest w stanie zmusić mnie do wyruszenia w trasę. Prędzej polamię sobie ręce, niż do tego dopuszczę. Zostało mi do zagrania 27 koncertów i gdy tylko skończymy tournee po Ameryce, to będzie koniec. Przynajmniej  dla mnie.

Hossa The Cure wydawała się nie mieć końca. Jeszcze w listopadzie 1990 roku na półki sklepowe trafił album Mixed Up, będący zbiorem remiksów. Można by ten fakt przemilczeć, gdyby nie to, że przyniósł jedną premierową kompozycję Never Enough, która okazała się mieć kluczowe znaczenie dla przyszłości zespołu. A przede wszystkim dla wydanej w 1992 roku płyty Wish. Jak wyjaśniał Smith: Jestem całkowicie przekonany, że byłaby to zupełnie inna płyta, gdybyśmy nagrali te utwory w czasach „Disintegration”. Dopiero praca nad „Never Enough” z „Mixed Up”wywolala w nas pragnienie, by znowu stać się zespołem gitarowym. Porl Thompson zawsze był nastawiony na gitarowe brzmienie, ma sporo starych gitar i wzmacniaczy, i w przeszlości musial czuć się ograniczony moim dążeniem do dźwiękowego minimalizmu. Jak się miało okazać, nowe podejście do brzmienia spotkało się z entuzjastycznym przyjęciem ze strony fanów.

Wish był pierwszym albumem zespołu, który dotarł na szczyt list bestsellerów w Wielkiej Brytanii, a w Stanach Zjednoczonych, gdzie zatrzymał się na pozycji drugiej, został nawet nominowany do nagrody Gramy (w kategorii „najlepszy album muzyki alternatywnej”). Praca nad Wish przebiegała w wyjątkowo przyjemnej atmosferze. Podobnie było podczas trasy po ukazaniu się albumu, zakończonej na początku grudnia 199z roku. Jak się jednak okazało, był to kres względnej stabilizacji w The Cure.

W styczniu 1993 roku na rozstanie z zespołem zdecydował się Porl Thompson. A po latach pracy na najwyższych obrotach w końcu i sam Robert postanowił pozwolić sobie na odrobinę odpoczynku. Wziąlem kilka miesięcy urlopu mówił wtedy. Odnowiłem kontakty z siostrzeńcami i siostrzenicami. Starałem się być normalny. Nie, nie starałem się być normalny, bo jestem normalny, ale starałem się żyć jak normalni ludzie. Wraz z żoną w 1988 roku kupiliśmy nowy dom, a ja nie spędzilem w nim więcej niż trzy miesiące. Uświadomiłem sobie, że zupełnie nie znam własnego domu. Teraz mogłem nadrobić zaległości w czytaniu, słuchaniu muzyki i oglądaniu telewizji – zająć się tym wszystkim, co ludzie uważają za oczywiste. To była prawdziwa przyjemność.

Robert Smith wraz z Simonem Gallupem i Perrym Bamontem wrócił do studia w 1995 roku, by we współpracy z perkusistą Jasonem Cooperem i wracającym do składu Rogerem O’Donnellem przygotować kolejny album. Jednak wydany w 1996 roku Wild Mood Swings nie mial już w sobie uroku trzech poprzednich. Nie odniósł też tak spektakularnego sukcesu. To pierwszy album, który nie cieszył się takim powodzeniem jak plyty wydane przed nim – przyznawał Smith. O ile wiem, sprzedał się w liczbie około pól miliona egzemplarzy, a więc połowę tego co „Wish”. Czteroletnia przerwa między ich ukazaniem się była bardziej znaczaca niz przypuszczałem. Nadal pragnę, aby ten album był słuchany i mam zamiar walczyć o utrzymanie naszej pozycji, ale też patrzę na to wszystko w sposób bardziej pragmatyczny.  Osiągnąłem o wiele więcej, niż kiedykolwiek zakładałem. Nie mam więc prawa narzekać.

Nie ulegało jednak wątpliwości, że era największych komercyjnych sukcesów The Cure dobiegła końca.

 

MICHAŁ KIRMUĆ

Tekst ukazał się w miesięczniku Teraz Rock.

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone