Niebanalna klasyka niebanalnych emocji

Jeśli zbyt długo kultywujesz w sobie poczucie jałowości, ono zacznie cię zżerać. Można zachować w świadomości to poczucie, ale jednocześnie trzymać je pod kluczem w takim miejscu, by nie przeszkadzało ci normalnie żyć i czerpać radość z różnych rzeczy. Wciąż nie ma znaczenia, czy wszyscy umrzemy, ale pogodziwszy się z tym faktem, dalej możesz robić coś, co cię naprawdę bawi – tak w 1989 roku, nawiązując do słynnej pierwszej linijki albumu „Pornography”, opowiadał Robert Smith o „Disintegration”. Rzeczywiście, chyba w tym należałoby upatrywać sposobu na długowieczność The Cure: umiejętności wyrażania ogromnych, niebanalnych emocji i ciągłego samozaparcia by ciągnąć wózek dalej i odbudowywać się po każdym autodestruktywnym seansie. I tak mamy rok 2009, a oni ciągle grają i chyba jeszcze nigdy nie cieszyli się taką estymą podziemnego światka jak obecnie.

Kiedy zrodziła się ta „kultowość” zespołu? Pierwszy okres twórczości stojący pod znakiem nowofalowego „Killing An Arab”, właściwie popowego „Boys Don’t Cry” oraz postpunkowego longplayu „Three Imaginary Boys”, niejako uzupełnionego przez płytę „Boys Don’t Cry”, jest z perspektywy czasu oceniany relatywnie wysoko, niezłe noty ukazywały się także w ówczesnej brytyjskiej prasie. Cóż z tego, kiedy rok 1979 przyniósł muzyce brytyjskiej takie arcydzieła, że „Three Imaginary Boys” ze swoją „kuchenno-sypialnianą atmosferą” nie mógł wytrzymać porównania. Szczególnie Wire (Smith był obecny na ich koncercie w 1978 roku) ukazało Smithowi całą słabość jego kapeli. Rok później zespół z Crawley wydał „Seventeen Seconds”. Minął jednak niecały miesiąc, a media żyły już czymś innym: samobójstwem Iana Curtisa i wydaniem „Closer” Joy Division, drugiej, ostatniej, doskonałej płyty zespołu, którego wokalistą był Curtis. Uczciwie trzeba przyznać, że i w tej rywalizacji The Cure nie mieli podstaw by wierzyć w artystyczny triumf. „Seventeen Seconds” to jednak być może najważniejsza płyta w całym dorobku zespołu. Dla publiki musiał to być szok. Z kapeli, która ledwo wychylała nosy zza pralki uwiecznionej na okładce debiutanckiej płyty, stali się jednymi z ojców chrzestnych gotyckiego rocka, nomen omen pogardzanego raczej przez Smitha. Na płycie pojawiły się chłodne, zdehumanizowane, obsługiwane przez Matthieu Hartleya klawisze (wcześniej The Cure obywali się bez tego instrumentu) oraz jeden z nielicznych elementów pozostających przez lata niezmiennie na albumach grupy: poetyckie, enigmatyczne teksty Smitha. Dla większości stało się jasne, że nawet jeśli nie mają do czynienia z muzyką wybitną, to na pewno oryginalną i świadomą swojej wartości. The Cure pozyskało też całe nowe rzesze fanów, których wierność będzie jednym ze znaków rozpoznawczych zespołu. Kolejne, znakomite już „Faith” i „Pornography” jedynie umocniły pozycję zespołu wśród undergroundowej publiczności. „Faith”, będacą rozliczeniem Smitha ze swoją wiarą, kościołem, dzieciństwem i katolickim wychowaniem przynosi konkretne, wyraziste, czasem przepiękne („Funeral Party”) lub hipnotyzujące („Primary”) melodie oraz wreszcie z konsekwencją zrealizowaną tematykę. „Pornography” z kolei to niekontrolowany, gwałtownych wybuch, ekshibicjonizm pozornie nielicujący z tematyką śmierci. Dla wielu to najwybitniejszy album grupy i jest w tym sporo racji. Właściwie każdy utwór prezentuje podobny, bardzo wysoki poziom. Płyta jest spójna, przy czym nie odbija się to na ekspresyjności samej muzyki, która gdy złapiemy odpowiedni emocjonalny kontakt z angielskim triem, rzeczywiście może robić ogromne wrażenie.

To co przysporzyło The Cure fanów, a krytyków nieco zniesmaczyło, sam zespół unicestwiło. Wyniszczająca trasa koncertowa, a właściwie wyniszczający, stojący pod znakiem używek tryb życia doprowadziły kapelę do rozpadu. Wtedy ujawniła się niezwykła zdolność Smitha do regeneracji oraz jego właściwe poświęcenie dla The Cure, rozumianego nie jako zespół, ale jako specyficzną, ważną muzykę. Smith zaangażował się w pracę nad efemerycznym projektem The Glove oraz zatrudnił się jako gitarzysta w Siouxie and The Banshees, nagrywając z nimi album „Hyaena”. Następnie przystąpiono do nagrywania tzw. fantasy singles (np. „The Walk”, „Let’s Go To Bed”. „The Lovecats”), które później znalazły się na „Japanese Whispers”. Pierwszym studyjnym albumem od czasów „Pornography” okazał się lżejszy, ale dość płowy, uważany tradycyjnie za najsłabszy w dyskografii, wydany w 1984 roku album „The Top”. Na miejsce usuniętego już wcześniej Gallupa Smith skaperował dotychczasowego współproducenta Phila Thornalleya, a do zespołu dołączył Andrew Anderson. Kolejnych zmian w następnych latach było tak wiele, że którą płytę nagrywał jaki skład wie chyba tylko Robert Smith i najwięksi fanatycy zespołu.

Jest rok 1985. The Cure stanęło na nogach. Potraktowani z pobłażliwością przez prasę (jak wszyscy rekonwalescenci) mogli ruszyć do kolejnego boju. Fanów mieli wielu, w tym w większości wiernych i zahartowanych. Ale USA jeszcze czekała na ich atak. „The Head On The Door” to było to. College rockowe, melodyjne piosenki zaprowadziły The Cure na 58. miejsce na liście najlepiej sprzedających się albumów w Stanach Zjednoczonych, co jak na angielski zespół było wynikiem bardzo dobrym. I tu dochodzimy do kolejnej ważnej rzeczy związanej z formacją: stosunkowo duża popularność poza granicami własnego kraju. Do miejsc szczególnie przychylnych zespołowi należy wymienić przede wszystkim Francję, oczywiście Amerykę, a także Polskę, gdzie mierzyć się z nimi mogą chyba jedynie Depeche Mode. Po części wynikało to z niezwykle intensywnych tras koncertowych grupy oraz ich zaangażowania w występy – do dziś nie grają raczej krócej niż dwie godziny. „The Head On The Door” było na pewno ważnym krokiem ku popularyzacji The Cure i nie można się temu dziwić. Wszelkie pochwały jakie spadły na płytę wydają się być uzasadnione, choć może nagroda Melody Maker dla autorów najlepszej płyty roku to lekka przesada. Tym niemniej „Push”, „A Night Like This”, „Close To Me” czy „In Between Days” mają miejsce wśród najlepszych utworów zespołu.

W dwa lata później Smith zabrał się za, w zamyśle, najambitniejsze, ale i najbardziej zespołowe dzieło grupy: dwupłytowe „Kiss Me Kiss Me Kiss Me”. Tak eklektycznego, tak długiego i rozbudowanego albumu The Cure jeszcze nie mieli. Sukces odniosły single, w tym największy przebój The Cure w USA, „Just Like Heaven”. Znów komercyjnie wygrali, ciągle przy tym nie tracąc dotychczasowych fanów ani etykietki zespołu alternatywnego. Artystycznie było już trochę słabiej, siedemdziesiąt minut nie zostało wypełnione równym materiałem, ale The Cure było u szczytu swojej popularności. Spróbujmy podsumować te jedenaście lat.

Może się po moim opisie zdawać, że The Cure byli w samym centrum uwagi brytyjskiej prasy. Rzeczywiście media interesowały się nimi zespołowi nie groziło także komercyjne fiasko, ale na samym szczycie nie byli nigdy. Pierwsze dwie płyty musiały zostać w cieniu wydawnictw Gang Of Four, Wire, PIL, The Clash, Joy Division, a nawet Magazine czy amerykańskich Talking Heads. „Faith” i „Pornography” kiedy nastąpiło powszechne zmęczenie muzyką wywodząca się z postpunku. Chyba największym uznaniem cieszyło się „The Head On The Door”, ale i tak bezspornie palmę pierwszeństwa na Wyspach dzierżyli wtedy niesamowici The Smiths. Z kolei w Ameryce był to okres rozkwitu muzyki niezależnej oraz karier Michaela Jacksona i Bruce’a Springsteena. Rok 1989 nie miał przynieść przełomu.

Laurence Tolhurst, do którego ksywka „Lol” w dobie internetu pasuje jak żadna inna, to jedyny, obok Roberta Smitha muzyk The Cure, już mający miejsce w legendzie muzyki rockowej. Jego wkład w twórczość zespołu z płyty na płytę był coraz mniejszy nawet w najbardziej demokratycznej „Kiss Me Kiss Me Kiss Me”. W The Cure był od samego początku (Obelisks, Malice, Easy Cure) i do samego końca jego niskie umiejętności nie uległy zmianie. Trzymany był w zespole, bo to na nim koncentrowały się wszystkie problemy The Cure. Ale w pewnym momencie miarka się przebrała. Alkoholizm Lola zaczął mieć więcej niż negatywny wpływ. Smith podjął decyzje o wyrzuceniu starego przyjaciela z zespołu. Na początku wydawało się, że wszystko ułoży się na drodze pokojowej (Tolhurst jest nawet wymieniony w książeczce w „Disintegration” pod hasłem „other instruments” – sic!), ale zmowę milczenia na początku lat 90. przerwał Lol. Jego wynurzenia na temat swojej kluczowej roli w The Cure brzmiały śmiesznie w kontekście faktycznych zasług. Brutalne i agresywne ataki Smitha na dawnego kolegę i jego kapelę Presence jeszcze pogłębiły nieszczególny wizerunek Lola. Od tej pory Tolhurst na zawsze miał stać się synonimem nieutalentowanej rockowej niedorajdy, kozła ofiarnego.

Do nagrywania „Disintegration” przystąpiono w najlepszym chyba dotychczasowym składzie: Robert Smith (wokal, gitara, instrumenty klawiszowe), Simon Gallup (bas, instrumenty klawiszowe), Porl Thompson (gitara), Roger O’Donnel (instrumenty klawiszowe), Boris Williams (perkusja). Smith otwarcie postawił sprawę: albo akceptujecie moja wizję albo nie i wtedy ja zabieram manatki i nagrywam ją pod własnym szyldem. Na szczęście zaakceptowali.

Zaczyna się kilkunastosekundową ciszą, którą zaraz wypełniają rozlewające dźwięki klawiszy, jęki gitary i miarowe, obrzędowe uderzenia bębnów. To „Plainsong”, wolna, snująca się, pozbawiona charakterystycznego motywu perła, ale lśniąca być może najjaśniej w całym zestawie. Brzmienie dostojne i metafizyczne rozpościera się na ponad pięć minut podczas których Smith smutkiem w swoim głosie wyraża, że historia przez niego opowiedziana jest już zamierzchła przeszłością. Echo tylko pogłębia to wrażenie. Sometimes you make me feel like I’m living at the edge of the world/ „It’s just the way I smile” you said – tłumaczeniem można jedynie zepsuć jakąś niewysłowioną genialność tych wersów.

O ile „Plainsong” było ułożone w formę dialogu między kochankami, o tyle „Pictures Of You” jest raczej gorzkim, płaczliwym, osobistym wyznaniem człowieka, któremu pozostały już tylko zdjęcia i który jak sam mówi „niemal uwierzył, że są one wszystkim co może czuć.”

There was nothing in the world that I ever wanted more
Than to feel you deep in my heart
There was nothing in the world that I ever wanted more
Than to feel the breaking apart my pictures of you”

„Pictures Of You” miało to, czego nie miało „Plainsong”. I nie chodzi tu tylko o klawiszową plamę rodem z „Atmosphere” Joy Division, ale przede wszystkim o wyrazistą, starannie struowana melodię. Pozwoliło to na wypuszczenie właśnie tego utworu na singlu. Singlami zostały także „Lovesong”, „Lullaby” i „Fascination Street”. Na pierwszy rzut oka zupełnie inne i w temperamencie niepodobne. „Lovesong” wydaje się być wyborem najoczywistszym. Drugiej tak łatwo wpadającej w ucho melodii na płycie nie ma. Nie ma chyba też tak banalnego tekstu, wszystko utrzymane jest w konwencji: „kocham cię, sprawiasz że czuję się młody”. I może zahaczałby sam utwór o niebezpiecznie niskie rejony gdyby nie doskonały skrzypcowy motyw, wspomagany przez wyjątkowo swobodną tu gitarę.

„Lullaby” zawierało chyba jeszcze słynniejszy skrzypcowy motyw. Opowieść o zawsze głodnym, ogromnym pająku, pożerającym podmiot liryczny doczekała się fantastycznego teledysku, chyba najlepszego w historii zespołu. Nakręcił go Tim Pope, już od 1984 nadworny reżyser The Cure. Teledyski szybko zresztą stały się bardzo mocną stroną zespołu, szczególnie w kontekście ich komercyjnych zmagań.

„Fascination Street” to chyba tak naprawdę najbardziej mroczna pozycja na „Disintegration”. Smith z Thompsonem tworzą gitarowe, pokręcone tło, że aż wydaje się nam, że idziemy tą ulicą dziwów, że czas „przeciąć dyskusje” i w takt dynamicznej sekcji rytmicznej rzucić się w wir zdarzeń. „Fascination Street”, jak większość utworów na płycie jest obdarzona długim instrumentalnym wstępem. To album właśnie takich monumentalnych wstępów czy to zarysowujących melodię czy tworzących klimat.

Na „Disintegration” jest jeszcze siedem utworów, ale nie ma sensu rozpisywać się na temat ich wszystkich. Zwraca uwagę „Last Dance” – ostatni taniec, pożegnanie z młodością: I don’t think we would kiss in the way that we did when the woman was only a girl. Dla Roberta „Disintegration” było bardzo osobistym albumem. Zawarcie ślubu i przekroczenie trzydziestki skłoniły go do refleksji na temat przemijania, dodajmy, nie pierwszej w historii zespołu. Kluczowe dla albumu zdają się być także dziewiąta i dziesiąta pozycja. Dźwięk deszczu, dostojne bębny i klawisze niczym latarnia morska rozświetlająca ocean. Can’t you see I try/ swimming the same deep water as you – wypłakuje Smith. Kilka minut później rozedrze się w najbardziej „headonthedoorowej” piosence na Disintegration, w utworze tytułowym. Tu nie ma już tej nadziei, którą pozostawia „The Same Deep Water As You”. Smith śpiewa: „zostawię cię z dziećmi”, gdyż „zawsze jest koniec”. Część fanów uważa, że na tym powinna się kończyć płyta, że nie ma już teraz nic do dodania, ale lider The Cure jeszcze poza niezłym „Homesick”, pozostawia trochę nadziei w brzmiącym jak letni deszcz w dzień po burzliwej nocy „Untitled”. Wszystko co było piękne minęło, ale z poczuciem klęski trzeba walczyć, mimo że ból na długo jeszcze pozostanie. Może i niezbyt odkrywcze, ale jeśli chodzi o Smitha na pewno oryginalne.

Opowiedzieć co nieco o większości piosenek nie znaczy jeszcze opowiedzieć o „Disintegration”. To co w ogromnym stopniu wpływa na nasz odbiór to jej jednolitość. Z jednej strony oznacza to, że z słuchaniem płyty przesadzić nie możemy, bo łatwo ją w ten sposób obrzydzić, z drugiej sprawia, że te nastroje zostają zwielokrotnione. Ponad siedemdziesiąt minut muzyki to rzeczywiście spora dawka i decydując się na ten krok Smith musiał mieć świadomość, że w tej sytuacji uratować go może jedynie materiał wybitny. I tym razem wszystko zagrało. Niesamowite intra, przepiękne melodie, zupełnie wyjątkowe brzmienie, błyskotliwe, poetyckie teksty a wreszcie przebojowe single spowodowały największy artystyczny i komercyjny sukces The Cure. W Wielkiej Brytanii album doszedł do pozycji trzeciej, ale prawdziwym hitem stał się w Stanach Zjednoczonych. Angielski zespół osiągający numer dwunasty na liście „Billboardu” to było coś!

Tak jak zastrzeżone było wcześniej: pomimo, że artystycznie „Disintegration” spełniał wszelkie wymagania, rok 1989 miał znowu należeć do kogoś innego. Co mieli zrobić The Cure między Stone Roses a Pixies? Mogli jedynie dalej iść swoją drogą. I rzeczywiście, pomimo ciągłych zapowiedzi Smitha o rozwiązaniu zespołu wydali pięć płyt. Trzeba by spożytkować kolejne kilka tysięcy znaków, aby i ten etap w karierze zespołu opisać. Osobiście najwyżej cenię mroczny, nawiązujący i do „trylogii”, i do Disintegration „Bloodflowers” wydany w 2000 roku. Każdy jednak z tych albumów był czymś nowym: „Wish” przyniosło radiowy hit „Friday I’m In Love”, „Wild Mood Swings”, choć nie do końca udolnie, próbowało stworzyć swoisty muzyczny koktajl, natomiast niebezpiecznie ciężki „The Cure” z tego względu będzie zapamiętany, że powstał w pierwszym roku, który moglibyśmy określić rokiem The Cure.

Sukcesy nowej rockowej rewolucji, a później dance-punku sprawiły, że przypomniano sobie o korzeniach takiej muzyki. Pixies czy Gang Of Four szybko musieli zwierać szeregi i reaktywować się. The Cure taki krok nie był potrzebny, gdyż oni wiedli spokojny żywot rockowych dinozaurów. I nagle cała uwaga zwróciła się na nich: dla niezależnych serwisów byli bohaterami, a na najlepiej obsadzonym festiwalu na świecie „Coachella Festival” występowali w roli głównej atrakcji. Po przeszło trzydziestu latach ciężkiej pracy, splendor spłynął na nich w całej okazałości. Takim zespołom jak The Cure należy się on w pełni. Zawsze właściwie byli trochę inni, co powodowało, że nigdy nie stanęli na czele żadnego z nurtów. Stworzyli jednak na przestrzeni lat tak oryginalną i atrakcyjną wizję, że dziś stali się wzorem. Stali się klasyką.

* Wykorzystany cytat jak i wiele informacji zaczerpniętych zostało z książki Jerzego Rzewuskiego The Cure. Poletko Pana Boba.

Autorem recenzji z 2009 r. zamieszczonej również w serwisie screenagers.pl jest Jakub Radkowski

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone