Nieprzewidywalny zbiór piosenek

Czteroletnia przerwa dzieląca Wild Mood Swings od ostatniej studyjnej płyty Wish dala się Smithowi we znaki. Długie opóźnienie w nagrywaniu nowego albumu tłumaczył brakiem pomysłów, choć — biorąc pod uwagę konkretne okoliczności — wynikało ono również z gruntownej reorganizacji The Cure po odejściu Poda Thompsona i Borisa Williamsa. Dwóch świetnie rozumiejących intencje lidera muzyków, których zastąpienie naprawdę nie było łatwe. Dodatkowo problemy alkoholowe Gallupa i jego mizerny stan emocjonalny nadal nie były rozwiązane. Nagle okazało się, że na starcie do nowego materiału The Cure to duet Smith i nie tak dawno przyjęty Perry Bamonte…

Gwałtowne zmiany nastrojów, bo tak należy tłumaczyć tytuł tego wydawnictwa — to niejednolity i nieprzewidywalny zbiór piosenek, na których gruncie Smith — jak sam mówi: ponownie odkrył w sobie uśmiech.
Utrzymany w rytmie salsy The 13th, nawiązujący do stylistyk dance Round & Round & Round, hołdujący latom 60. i wytwórni Motown Strange Atraction — tego wszystkiego było za wiele dla ortodoksyjnych fanów grupy. Nieprzychylnie zareagowali na Wild Mood Swings. To nie była estetyka, to nie było bronienie The Cure.

Prasa też nie była zachwycona, pamiętajmy, że w połowie roku 1996 (kiedy w końcu po długich męczarniach produkcyjnych płyta ujrzała światło dzienne) na Wyspach królował britpop, z rozchwytywanymi wówczas zespołami: Oasis, Suede i Blur. Abstrahując od przyczyn artystycznej nieokreśloności albumu i nie najlepszego w dziejach The Cure składu, odnotować trzeba kilka wzlotów.

Przede wszystkim otwierającą całość kompozycję Want — osadzoną w gęstym brzmieniu gitar i mrocznej typowo cure’owskiej atmosferze, której daleko do list przebojów. Numb — chyba najbardziej gorzki i przejmujący fragment całości — opowiada o poddaniu się narkotykom, o drodze prowadzącej do autodestrukcji. I jeszcze ostatnie trzy utwory (Trap, Treasure, Bare) śmiało zapuszczające się w świat odwiecznych emocjonalnych obsesji Smitha. Słuchając tej płyty nie zapominajmy o będącym  mottem tego albumu — aforyzmie La Rouchefoucalda: Z wiekiem stajemy się jednocześnie i głupsi, i mądrzejsi.

Przemek Psikuta
Recenzja ukazała się w miesięczniku Teraz Rock, 2008

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone