Obronną ręką

Długo „wychodziła” ta płyta, oj długo… Ale Robert Smith przyzwyczaił już chyba swoich fanów do tego, że pełne studyjne albumy ukazują się od pewnego czasu co cztery lata. Po bardzo udanym krążku „Bloodflowers” z 2000 roku, z obozu Kjurczaków zaczęły dochodzić coraz dziwniejsze i coraz bardziej sprzeczne informacje, a późniejsze posunięcia Smitha można było uznać, delikatnie mówiąc, za dyskusyjne.

Na początku usłyszeliśmy, że wspomniany „Bloodflowers” to definitywnie ostatni album zespołu i ostateczny koniec The Cure (choć akurat w to nikt chyba nie wierzył, bo przerabialiśmy to już nie raz). Później doszła informacja, że nowa płyta jednak wyjdzie, ale będzie dostępna tylko w Internecie… Miast niej dostaliśmy natomiast zbiór odgrzewanych największych hitów zespołu, co było sporym nadużyciem, zważywszy na fakt, że stało się to całkiem świeżo po wydaniu podobnej płyty z singlami („Galore”). Aby nie być jawnie posądzonym o wyłudzanie monet tudzież banknotów od fanów do „Greatest Hits” dołączony został, oprócz jednego nowego utworu, także duet Smitha z Saffron z Republici, na który lepiej jednak spuścić zasłonę milczenia, a także bonusowy krążek zawierający akustyczne wersje największych utworów, który również wzbudził spore kontrowersje, gdyż był pomysłem co najmniej dziwnym. Później następuje okres rozmaitych kolaboracji i gościnnych występów Smitha u innych wykonawców, których niektóre efekty powodowały, że „prawdziwi fani” rwali sobie garściami natapirowane włosy z głów lub budzili się nocami zlani potem w swoich wymalowanych na czarno pokojach z krzykiem na wyszminkowanych ustach. To wszystko powodowało, że obawy o jakość nowego materiału The Cure narastały. Po kolejnych wydawnictwach (na pewno ciekawszych dla fanów) takich jak fenomenalny DVD z zapisem berlińskiego koncertu z cyklu Trilogy i czteropłytowym zbiorze unikatowych b-sajdów „Join The Dots”, wszystkich fanów poraziła kolejna rewelacja: producentem nowego albumu miał zostać nie kto inny, a Ross Robinson! „To już koniec…” – mówiono. I przyznam, że sam byłem tym faktem zdruzgotany. Jak bowiem człowiek, odpowiadający na co dzień za brzmienia takich zespołów jak Korn, Sepultura czy Limp Bizkit, które dla fanów klimatycznego, melancholijnego grania uważane są za substytuty stolca muzycznego, może kalać swymi brudnymi łapskami muzykę The Cure? Widmo zainfekowania Apteki nu-metalowym wieśniactwem dla nastolatków, było chyba jeszcze gorsze niż wiszące wcześniej nad płytą jaźmo tanecznych-techno wycieczek pana Boba. Zespół opuścił na dodatek swoją długoletnią wytwórnię Fiction Records… Zaczęło się niecierpliwe odliczanie…

Już na samym początku „The Cure” jawi się nam jako album nie tak spójny stylistycznie jak „Bloodflowers”, bliżej mu do muzycznego eklektyzmu płyt „Wish”, czy „Kiss Me…”, które pomimo swej różnorodności stanowiły całkiem zgrabne całości (czego nie da się na przykład powiedzieć o „Wild Mood Swings”). Największym jednak zaskoczeniem na „The Cure” jest brzmienie, wpływ Robinsona nie spowodował na szczęście jakichś drastycznych jego zmian, nie mniej jest odczuwalny. Brzmienie jest chropowate, głośne, zabrudzone, z zaostrzoną sekcją rytmiczną i – co było dotychczas niespotykane – naprawdę mocno wyeksponowaną perkusją. Odbyło się to jednak niestety kosztem instrumentów klawiszowych. Charakterystyczne „plumkania” O’Donnella zostały tak ograniczone i schowane za tą odrapaną dźwiękową ścianą, że
czasami wydaje się, że ich po prostu nie ma (dobrze, że są wyjątki). Odeszły niestety także te typowo kjurowo-podwodne gitarowe wstawki. Jakby dla podkreślenia, za zmianą brzmienia poszły pewne zmiany na polu kompozycyjnym. Wyjątkowo mało jest na płycie fragmentów wyciszonych, okraszonych ową jedyną w swoim rodzaju kjur-melancholią. Materiał jest cięższy i mocniejszy, przez co sprawia wrażenie mniej „uduchowionego” i w dużej mierze pozbawionego owej lirycznej „smithowej” aury. Ofiarami padły także melodie, które zostały zdominowane przez rytm i motorykę. Tekstowo Smith obraca się w swoich ulubionych tematach, takich jak przemijanie i (najczęściej utracone) miłość i marzenia, ale Wydaje mi się, że tym razem robi to niestety (poza pewnymi wyjątkami) mniej przekonywująco niż kiedyś. Pomimo tego, po wielokrotnym przesłuchaniu nowej płyty, muszę przyznać, że „The Cure” jest płytą dobrą, a momentami nawet bardzo dobrą. Udało się z większości tych wszystkich zmian, wyjść zespołowi obronną ręką. Płyta wymaga długiego „osłuchania”, ale później ciężko się już od niej oderwać.

Album otwiera „Lost” – prawdziwy dźwiękowy kopniak w rzyć dla starych fanów. Utwór niepodobny do niczego co wcześniej wyszło z obozu Cure. Przy narastających agresywnych, hałaśliwych i surowych dźwiękach Smith z coraz większą pasją wyrzuca z siebie kolejne wersy („I can’t find myself…”), a jego krzyk wywołuje dreszcze. To właśnie wokal „trzyma” ten utwór przy życiu, bo muzycznie jest on wręcz prymitywny w swej surowości. Kolejny – „Labyrinth” – to już typowe arcydzieło. Na takie kawałki czeka się cztery długie lata. Zaczyna się nieco orientalne, później wszystko przechodzi w dynamiczny gitarowy trans z rewelacyjnymi, znów pełnymi pasji, wokalami i bardzo dobrym tekstem, zaś w magicznej 43 sekundzie drugiej minuty następuje dźwiękowa kulminacja – prawdziwa lecznicza eksplozja. Bez wątpienia jest to jedna z najlepszych kompozycji w historii The Cure, a na jej wykonanie koncertowe już teraz czekam z niecierpliwością. Dwa kolejne utwory na płycie „Before Three” i „The End Of The World”, tak jakby dla równowagi, ukazują to bardziej popowo-singlowe oblicze zespołu, choć ten kto spodziewa się melodii rodem z „Just Like Heaven” srogo się zawiedzie. Mi podoba się bardziej ten pierwszy z nich, taki „Wish’owaty” wesoło-smutny to utwór o utraconych marzeniach. Natomiast singlowy „TEOTW” (z najlepszym teledyskiem od wielu lat) nie bardzo mnie przekonuje. Wybranie go na utwór promujący, było standardowym, powielanym od lat błędem zespołu, gdyż nijak odnosi się on do zawartości krążka. Ot, kjurowa klasa średnia. Numer pięć to kolejny z wielkich na płycie. Mroczny „Anniversary”, bo o nim mowa, to jeden z nielicznych wyjątków, gdzie klawisze tak wyraźnie dochodzą do głosu. Przyznam, że ten utrzymany nieco w duchu albumu „Pornography”, ale zrealizowany nad wyraz świeżo, utwór, oddaje dobrze kierunek w jakim przed premierą widziałem nowe oblicze The Cure. Hipnotyzujący syntezatorowymi rozlewiskami w tle „Anniversary” uspokaja, natomiast następujący bezpośrednio po nim – „Us or Them” – jest jak niespodziewane uderzenie czymś tępym w głowę. To chyba najbardziej agresywny kawałek jaki zespół nagrał. Takiej wściekłości w głosie Smitha nie słyszałem już dawno. Może właśnie dlatego brzmi on dla mnie nienaturalnie. The Cure nie są stworzeni do takiej muzyki. Za dużo tu, prymitywnej agresji i hałasu, która brzmi nieprzekonywująco. Od tego momentu następuje też słabsza część płyty. Następny w kolejności można opisać równaniem: „In Your House” + „Never Enough” = „alt.end”. Tak, wiem, trochę przesadzam, bo mimo wszystko ten kalkowany przeciętniak nadrabia taką fajną atmosferą „wyluzowania”, ale nie wybija się poza średnią. „(I Don’t Know What’s Going) On” to z kolei dość błaha popowa piosenka w starym klimacie „The Head On The Door”. Można jej posłuchać, ale gdyby jej tu nie było, album na pewno by zyskał. Dobrze komponujące się z poprzednim nagranie „Taking Off” to też takie radosne kjurowe granie, w stylu tych popowych i lekko noworomantycznych, wędrówek grupy z lat osiemdziesiątych. Jest tu coś z „Just Like Heaven” – te charakterystyczne gitarowe wstawki, choć nie da się ukryć, że „Just…” jest utworem o wiele lepszym. Znajdziemy tu też coś z „Mint Car”, „A Pink Dream” i „2 Late”. Ot, takie przyjemne pogrywanie, ktore ma swoich fanow, acz w tym, odgrzewanym nieco, wydaniu nie robi na mnie większego wrażenia. Razi także dość banalny tekst. Następny w kolejce – „Never” – jest największym nieporozumieniem na albumie i jednym z największych wypadków zespołu przy pracy. Pustka, brak emocji, a na dodatek wszystko w duchu tego modnego ostatnio beznadziejnego nowojorskiego pseudo-garażowego popierdywania. Męczące i bez polotu – kompletna pomyłka, choć Robinsson na pewno był w siódmym niebie podczas jego nagrywania. No i tak dochodzimy do ostatniego kwadransu płyty. Bardzo mocnego kwadransu… Gorączkowy, przeszywający, histeryczny, z powoli wzrastającym napięciem „The Promise” to prawie dziesięć i pół minuty bardzo silnych emocji. Ciężki, przytłaczający, pełen frustracji, żalu, złości, żeby nie powiedzieć wkurwienia utwór, ale nie w sposób podany jak na „Us or Them” a bliższy temu z „The Kiss” robi piorunujące wrażenie. Szalone gitary, inkrustowane efektem „wah-wah”, a pod koniec już tylko pełne bezsilności krzyki i ściana hałasu. Na samą myśl o wysłuchaniu tego na żywo, mam gęsią skórke. „…And I’m still waiting…”. I kiedy już wybrzmiewa ostatni dźwięk „The Promise” The Cure fundują nam cudowny finisz. „Going Nowhere” to zdecydowanie najbardziej wyciszony, smutny i liryczny utwór na płycie. wypełniony tą cudowna kjurowa melancholia, o której wspominałem wyżej, którą tak bardzo kocham, a której na „The Cure” nie ma niestety za wiele. Utwór przypomina rewelacyjny „Chain Of Flowers” lub najbardziej szlachetne momenty z „Disintegration” i „Bloodflowers”. Tylko na „Going…” tak wyraźnie słychać O’Donnellowskie piano, a co za tym idzie analogie nasuwają się same („Homesick”, „Sinking”). Piękna kompozycja i szkoda tylko, że trwa jedynie 3 minuty z hakiem…

…i gdyby „The Cure” miało się zakończyć już tutaj, czułbym na pewno jakiś niedosyt, a może i lekkie rozczarowanie. Dla mnie album trwa jednak dalej, a to dlatego, że 12 wymienionych powyżej utworów zawiera jedynie ta wersja płyty przeznaczona „dla reszty świata”, którą można było nabyć właśnie w Polsce (choć amerykanie są w jeszcze gorszej sytuacji, gdyż nie dostali nawet zamykającego „Going Nowhere”!). Anglicy otrzymali natomiast utworów 13, Japończycy 14, zaś wydanie winylowe zawierało ich aż 15… Do materiału doliczyć można także 2 nagrania z singla („alt.end”) nie umieszczone na płycie. Jak pewnie już się domyślacie, ten „dodatkowy”, potraktowany nieco „na odwal” materiał powala… fakt, nie umieszczenia go na głównej edycji płyty jest skandaliczny. Dziwię się, jak Smith mógł nie wyciągnąć wniosków, wynikających z podobnych zabiegów znanych choćby z „Wish” czy „Wild Mood Swings” – kiedy to b-sajdy przyćmiewały fragmenty płyt… Piękny, rozmarzony i poruszający „Truth Goodness and Beauty” przypominający „It Used To Be Me” to jedna z największych „ofiar” skalpelu Roberta. Bardzo dobra melodia, cudowne linie wokalne i refleksyjny tekst. Klasyczny The Cure w najlepszym wydaniu! Albo taki przygnębiający, mroczny, ponury „This Morning”, trwający ponad siedem minut i przenoszący nas w czasy Głębokich Czarnych Jezior… Ale chyba najlepszym z ‚odrzutów’ z „The Cure” (albo na równi z „Truth…”) jest smutny „Your God Is Fear” z piękną melodią. Początkowe dźwięki basu, jak w koncertowych wersjach „The Same Deep…”, później jeszcze klimatycznie coś z dwójki „A Big Hand” i „Scared as You”, i może nieco z „This Morning”, a potem to wejście klawiszy w 52 sekundzie trzeciej minuty…ahh… W końcu prawdziwie gęste, soczyste brzmienie, a nie jakiś robinsonowy minimalizm ze schowanymi klawiszami. Obrazu dopełnia solidny, melodyjny, bardzo old-skoolowy „Fake”… Wszystko to daje nam 21 minut niesłusznie odrzuconej muzyki… Skandal i tyle. Dobrze jednak, że nagrania te są dostępne i każdy może sobie w domu skompilować z nich „poprawioną” wersję albumu.

ps. Można nabyć także wydanie „The Cure” poszerzone o płytę DVD, której zawartość (przygotowywana chyba w wielkim pośpiechu) mocno rozczarowuje.

Tomasz „Slay” Pacyna
Recenzja pochodzi z serwisu Taboo.art.pl

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone